Jak dwóch śmiałków iglicę zdobyło

Cezary Kaszewski
Ossolineum
44-tonowa iglica ma u szczytu przekrój czterech centymetrów. Dwóch śmiałków, 15 i 16 października 1948 roku, przez 24 godziny, wchodziło pionowo na wysokość 106 metrów, żeby strącić uszkodzone lustra. Odważnych studentów z Krakowa witało na ziemi 30 tysięcy wrocławian.

Szlagierem Wystawy Ziem Odzyskanych w 1948 roku stała się iglica. Strzelista konstrukcja, dzieło polskiego inżyniera Stanisława Hempla, miała górować nad ogromną germańską Halą Stulecia.
"Iglica to niejako maszt okrętu "Rzeczpospolita" - chwalił przewodnik po Wystawie Ziem Odzyskanych. Iglica stała się nie tylko symbolem wystawy, ale po latach symbolem miasta.

Całego montażu ponadczterdziestotonowej konstrukcji dokonano na ziemi. Na szczycie zamontowano lustra o średnicy około czterech metrów. Wprawione w ruch obrotowy miały łapać z ziemi światła reflektorów. Ten wirujący, świetlny dysk miał być koroną i główną atrakcją wystawy.

Skończyło się na marzeniach. Burza, która przeszła nad stolicą Dolnego Śląska tuż po postawieniu konstrukcji, nie tylko okaleczyła lustra, ale uczyniła je niebezpiecznymi. Część zwierciadeł spadła z impetem na ziemię. Ocalałe, pogięte fragmenty u góry, poważnie zagrażały zwiedzającym. Czubek iglicy był uszkodzony.

Rozważano różne warianty: snajperów do zestrzelenia resztek zwierciadeł czy też demontaż z użyciem balonu, bo żadne drabiny strażackie tak wysoko nie sięgały. Pojawili się dwaj śmiałkowie: Wojciech Niedziałek i Zbigniew Jaworowski, studenci z Krakowa, którzy zdecydowali się na ponadstumetrową pionową wspinaczkę.

Otrzymali błogosławieństwo samego konstruktora iglicy. Prof. Hempel potwierdził swoim autorytetem, że czubek iglicy wytrzyma boczne, prawie 90-kilogramowe obciążenie. Tyle ważył taternik ze sprzętem. Akcja wspinaczkowa zelektryzowała Wrocław.

15 października 1948 roku "Słowo Polskie" informuje:
"W skład sprzętu wchodzą - według relacji Jaworowskiego - liny wspinaczkowe wykonane z nylonu (trwalsze kilkanaście razy od konopnych), specjalne pętle podciągowe, szelki zakładane na piersi, 10 klamer, 11 karabinków sprężynowych do asekuracji oraz ubranie, w skład którego wchodzą wiatrówki, hełmy, okulary i plecaki. Poza tym sprzęt do zdjęcia uszkodzonych luster".

Po wielu godzinach wspinaczki studenci proszą o coraminę, lek wspomagający pracę serca. Pogoda jest pod psem. Wiatr wieje w kierunku południowo-wschodnim. Na wysokości 16 metrów z szybkością 2 metrów na sekundę. Iglica się kołysze.
- Odchylenia od pionu mogły być jednometrowe - ocenia po latach dr hab. Dawid Mądry z Politechniki Wrocławskiej.
O godz. 3.10 obaj taternicy nie mogą wspinać się dalej, bo zaplątała się linka. Zimno na wysokości 80 metrów daje się we znaki. Kontakt z ziemią jest zerwany.
16 października, o godz. 5.30 nad ranem, Wojciech Niedziałek osiąga wysokość 83 metrów. Przed dziewiątą, blisko celu, przesyła pozdrowienia Polskie Towarzystwo Tatrzańskie z Zakopanego.

Ostatnią przerwę zrobił Niedziałek o metr od luster. Myślał o jak najlepszym do nich dojściu i sposobie demontażu. Finał obserwowały tłumy.
- Chodziłem pod iglicę - wspomina prof. Olgierd Czerner, wówczas student II roku architektury PWr. - Przychodziłem wielokrotnie, bo od długiego patrzenia z zadartą głową bolał kark - dodaje.

Wspólnie z Tadeuszem Zipserem, wówczas 18-latkiem, a później również profesorem Wydziału Architektury PWr, komentowali z dołu wielogodzinną akcję.
- Podziwiałem, ale byłem krytyczny, rasowi alpiniści powinni wspinać się po górach, a nie na metalowy maszt - dopowiada Czerner.

Prof. Tadeusz Zipser:
- Przychodziłem wielokrotnie, o różnych porach. Mieszkałem w pobliżu, na ulicy Skłodowskiej-Curie. Krakowscy taternicy budzili respekt i wierzyłem, że całą akcję zakończą sukcesem.
Czerner i Zipser sami wcześniej wspinali się po górach.

Cała akcja trwała 24 godziny i 15 minut. W niedzielę, 17 października 1948 roku, "Wrocławski Kurier Ilustrowany" wybił na czołówce: "30 tysięcy wrocławian powitało na ziemi zwycięzców iglicy". Tłumy gapiów zebrały się głównie na ul. Wróblewskiego, przede wszystkim w rejonie torowiska tramwajowego.

Pod samą iglicę nie można było w czasie wspinaczki podchodzić. Nocą trasę taterników oświetlało kilka reflektorów lotniczych. Po usunięciu uszkodzonych luster, krakowscy studenci stali się bohaterami Wrocławia.

Znali się krótko. W czasie wspinaczki mówili krótkimi komunikatami: co jest niezbędne i co należy dalej zrobić. Byli od siebie niedaleko, w odległości dziesięciu do dwudziestu metrów. Po sześćdziesięciu latach od wejścia na iglicę, prof. Zbigniew Jaworowski charakteryzuje krótko Wojciecha Niedziałka - dobry partner. Schodzenie ze szczytu trwało dwie godziny.

Cała prawda w hotelowym pokoju
Rozmowa z prof. Zbigniewem Jaworowskim, który 60 lat temu z Wojciechem Niedziałkiem, ochotniczo zgłosił się, żeby zdjąć pokiereszowane lustra z iglicy.

Panie profesorze, długo się przedtem zastanawialiście?

W ogóle się nie zastanawialiśmy. Byliśmy w Zakopanem i przeczytaliśmy w miejscowej gazecie o kłopocie z iglicą. Wspominano tam o pomyśle zestrzelenia resztek szklanych luster przez snajperów. Studiowaliśmy w Krakowie, gdzie rozwijała się nowa technika taternicka, nazywana techniką podciągową. Nie tylko ją znałem, ale dobrze ją czułem. Niedziałek, z koła zakopiańskiego, jeszcze jej nie znał, ale wiedziałem, że szybko ją opanuje. Pomyślałem, że tą nową techniką wejdziemy na iglicę.

Był Pan wtedy doświadczonym taternikiem?

To był 1948 rok, mój najlepszy sezon w życiu. Zostałem członkiem zwyczajnym klubu wysokogórskiego. Kurs taternicki przeszedłem w 1947 roku, a sam zacząłem się wspinać w 1946 roku. Chodziłem po górach trzy lata.

Planowaliście swoją wyprawę na pięć godzin wspinaczki. Trwała całą dobę...

Nie wszystko przewidzieliśmy. Przygotowania we Wrocławiu trwały tydzień. Zamieszkaliśmy w hotelu, na tyłach terenów wystawowych, w budynku o konstrukcji okrętu. Tam robiliśmy pierwsze przymiarki i postanowiliśmy na pierwszym etapie użyć cybantów specjalnej konstrukcji. To były obejmy zaciskowe, zrobione na podstawie projektu, który dostarczyła dyrekcja wystawy, a wykonał wrocławski Mostostal. Planowaliśmy wspinaczkę pięciogodzinną, bo takie były nasze wcześniejsze doświadczenia. Tyle czasu zajęłoby nam pokonanie 106-metrowej ściany w Tatrach. Okazało się jednak, że przekazane nam cybanty są inne niż te, które były w projekcie. Jak weszliśmy na stalową ścianę, to się okazało, że nie mają dobrych wymiarów, nie pasują. Nie chcieliśmy odkładać akcji i przy pomocy młotka zaczęliśmy wszystko dopasowywać. Rozszerzaliśmy je, stukając w iglicę. Założenie klamer miało trwać pięć minut, a trwało pół godziny, czasami nawet więcej. To była główna przyczyna wydłużenia czasu wspinaczki.
Czy tam bardzo bujało u góry?

Bujało jak cholera.

A jakie było odchylenie od pionu?

Nie byłem na samej górze. Byłem 10 metrów poniżej Niedziałka, wiał silny wiatr. Jak patrzyłem w dół, to wszystko kiwało się chyba ze dwa metry od pionu.

Wchodziliście w kaskach ochronnych?

Wchodziliśmy w hełmach Ludowego Wojska Polskiego. Wcześniej rozmawiałem z pułkownikiem, który wpierw mnie po żołniersku obsztorcował, a później powiedział: - Wybierzcie sobie odpowiedni hełm - z jednym warunkiem - to nie może być mój hełm. Poszedłem do dużej sali magazynu i zapytałem: "Który to jest hełm dowódcy?" Po jego wskazaniu, wziąłem go ze sobą. I na iglicę wszedłem w hełmie pułkownika. Bardzo ciężki, był zbędnym balastem przy schodzeniu. Spuściłem go swobodnie z wysokości. W kontakcie z ziemią stał się tak płaski, jak sprasowana blaszka. Jedna z warszawskich gazet odnotowała: "Po wylądowaniu hełm był nienaruszony". Taki był duch tego czasu...

Kibicowano Wam we Wrocławiu serdecznie...

Aż nazbyt. Przy schodzeniu, jeszcze na trójnogu iglicy, otoczył nas tłum. Podjechała karetka pogotowia, ale nie sposób się było do niej przecisnąć. Jakiś młodzian, jak kibic sportowy, wykrzykiwał z entuzjazmem: "Niech żyją!" O mało mi żeber nie połamał. Musiałem go brutalnie odepchnąć. Do karetki dostałem się przez okno.

Po kilku godzinach wspinaczki podano wam jakiś lek.

Coraminę, była wtedy modna w taternictwie. Znikła już z medycyny, a to był lek nasercowy, poprawiał akcję serca. Obaj go potrzebowaliśmy, bo w nocy było zimno, wiało.
Stosowaliście w czasie wspinaczki różne techniki?

Na górze iglicy nie było konstrukcji kanciastych, tylko okrągła rura. Wiedzieliśmy, że nie będziemy zakładać żadnych cybantów, tylko węzły Prusika. Wybrałem się na wasze Stare Miasto i znalazłem sklep z linami. Kupiłem gruby sznur, kilkadziesiąt metrów, o przekroju półtora centymetra, z niego robiliśmy węzły. Zakładało się je dookoła rury i dociskało. Nie wiedzieliśmy tylko, jak będą się zachowywać w czasie deszczu. W nocy, blisko naszego hotelu w parku, stały latarnie. Deszcz nie chciał lać. Musieliśmy się jednak przekonać, jak to się sprawdzi na mokrym i śliskim. Sikaliśmy na te rury z góry, po czym Niedziałek się wspiął i okazało się, że trzyma się.

Gdyby któryś z Pana wnuków chciał się dzisiaj wspiąć na podobną konstrukcję, to co by mu Pan powiedział?

Żeby tego nie robił.

Dlatego, że to zbyt ryzykowne?

Wtedy tak nie uważałem. Dzisiaj odradzałbym swoim bliskim bycie taternikiem. Sam wielokrotnie mogłem się zabić, wiele zawdzięczam przypadkowi. Ze trzy razy wychodziłem cudem z lawiny.

Czy otrzymaliście za iglicę jakieś honorarium?

Dyrekcja wystawy chciała nam na siłę zapłacić. Myśmy się jednak uparli, że za żadne skarby nie bierzemy od nich żadnych pieniędzy. Podeszli nas wtedy podstępnie. Powiedzieli: "Macie przecież zniszczony sprzęt, uszkodzone ubrania." A co tam można było zniszczyć? Wszystko było tylko do prania. Ale rzeczywiście pożyczyliśmy nową linę nylonową, jedyną wtedy taką linę, która trafiła do Polski. Lina była nowa, biała, a iglica była pokryta taką miejską sadzą. Więc po akcji nie była już biała tylko czarna. Zwrócili nam koszty tego sprzętu i równowartość za ubrania. Zapłacili także za koszty podróży. Sprzętu i ubrania oczywiście nie wyrzuciłem, tylko wyprałem. Jako student medycyny kupiłem za to kilka tomów "Anatomii" profesora Adama Bochenka.

Ówczesna prasa poświęcała Wam swoje czołówki...

Jedna z dziennikarek wtargnęła do naszego pokoju w hotelu, zastając mnie po kąpieli w stroju adamowym. Uspokoiła mnie, żebym niczym się nie przejmował, bo "bohaterowie są zmęczeni". Odpowiadałem na pytania, a ona nieskrępowana notowała moje słowa. Pokój hotelowy opuściła równie niespodziewanie, jak do niego weszła.

Ballada o Niedziałku
napisana przez Tadeusza Zipsera w 1949 roku

Żył w Krakowie pewien śmiałek
A nazywał się Niedziałek.
Był on - coś jak szewczyk Skuba
Jednym słowem: miasta chluba!
Żył i wzrastał pośród skałek
Wielki wspinacz - W. Niedziałek
Aż pewnego poniedziałku
Ślad zaginął po Niedziałku.
Kraków zmartwił się niemało!
Gdzie się podział? Co się stało?
W ten czas właśnie okazale
W.Z.O. w rozkwitu chwale
We Wrocławiu trwa - lecz oto
Dziwnym gnębi się kłopotem.
Bo imprezy całej chwała
Stumetrowy maszt - iglica
Brzydko wręcz się zachowała
Marszcząc swe lustrzane lica,
Co na górze zgodnym wieńcem
Słońca raczą się rumieńcem!
Gdzież jest człek tak mocny w łapie
Co do szczytu się wydrapie?
Czy jest w Polsce taki śmiałek?
Już się znalazł! Kto? Niedziałek!
Już po kraju wieść się niesie
Że Niedziałek Wojciech pnie się
Na iglicy lśniący szczyt.
Że tak wolno? To nie wstyd!
Źle dobrane są cybanty.
Wojciech pnie się ściśle kantem,
Ściśle kantem, hen aż tam,
Gdzie się zmienia cały kram,
Gdzie się kończą, śliskie żebra,
W górę pnie się gładka żerdź.
Żerdzią jeszcze drogi ćwierć!
Tu prussika węzłów chwyty
Zaprowadzą go do szczytu.
A na dole gapiów zgraja
Oddychać się odzwyczaja
Każdy dech hamując w płucach.
Nasz bohater rozkaz rzuca:
Lina w lewo! Teraz w prawo!
A publiczność szepcze: brawo!
"Czemu" - Feluś rzekł do Frania,
- "Patrzysz pan jak zaiwania
Pan Niedziałek aż do wierzchu?
Ja od rana aż do zmierzchu
Stoję tutaj bez wytchnienia.
On na górze się wysiedział,
O mnie nikt się nie dowiedział.
O nim cała prasa pisze -
O mnie nawet nie chcą słyszeć.
Jemu wciąż jeść posyłają.
Czy mnie choć skosztować dają?!
A więc co do tego komu,
Że ja pójdę już do domu".
Kończąc moje liche pienie
Łączę usprawiedliwienie:
Każdy rymi tak jak umie,
Każdy rymi tak jak chce,
Redaktorze W. H. P.!

Koronawirus fake news. Oto największe absurdy.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3