Freya von Moltke - strażniczka pamięci i prawdy

Katarzyna Kaczorowska
Młode, szczęśliwe małżeństwo. Helmuth i Freya krótko po ślubie
Młode, szczęśliwe małżeństwo. Helmuth i Freya krótko po ślubie Fundacja Krzyżowa
W mitologii nordyckiej Freja to bogini miłości. Najpiękniejsza w panteonie, gwarantowała szczęśliwe życie, choć patronowała też wojnie i połowa wojowników poległych w bitwach podlegała jej władzy. W Walhalli, u stołu wojowników, miała miejsce równe Odynowi, władcy bogów. Czy mała Freya Deichmann mogła przeczuwać, że imię wybrane jej przez rodziców, odciśnie się na całym jej życiu? Piszemy o Frei von Moltke, ostatniej z Kręgu z Krzyżowej, niemieckiej opozycji antynazistowskiej.

Otwarta, serdeczna, życzliwa - tak wspominają ją wszyscy. Ludzie, którzy mówią o ostatniej pani na Krzyżowej, podkreślają, że choć wiedzieli, iż spotykają żywego uczestnika historii, nie było w niej nic pomnikowego.

Freya von Moltke zaskakiwała i od razu zaskarbiała sobie sympatię rozmówców przenikliwością, dbałością o uczucia innych, uwagą, z jaką słuchała każdego, z kim spędzała choćby krótką chwilę. 1 stycznia zmarła w Vermont, w USA. Przeżyła 98 lat. Annemarie Franke, dyrektor zarządzający Fundacji Krzyżowa dla Porozumienia Europejskiego kilka dni później powiedziała: - Lukę, jaka zostaje po odejściu takich ludzi, trudno wypełnić, ale zawsze zostaje pamięć.

Kinder, Küche, Kirche. Dzieci, kuchnia, kościół - tak widziano rolę kobiety zarówno w wilhelmińskich, jak i weimarskich Niemczech. Córka bankiera z Kolonii Freya Deichmann, choć odebrała staranne mieszczańskie wychowanie, do tej konwencjonalnej roli jakoś nie pasowała. Studentka prawa, miała 18 lat, kiedy poznała przystojnego i wyróżniającego się z tłumu - ponad dwa metry wzrostu nie dawały szans na przegapienie go - Helmutha Jamesa von Moltke. Czarujący młody mężczyzna był prawnukiem brata słynnego feldmarszałka, który w militarnej historii Europy zapisał się tym, że rozgromił w 1866 roku Austriaków, a w latach 1870-71 Francuzów.

Po raz pierwszy do majątku rodziny w Krzyżowej (feldmarszałek kupił go za 240 tysięcy talarów w 1867 roku) przyjechała w 1930 roku. Rok później Freya Deichmann była już panią von Moltke. Małżeństwo nie przeszkodziło jej w skończeniu studiów - w 1935 roku była doktorem prawa. Z Helmuthem Jamesem połączyła ją nie tylko miłość, ale też podobna wrażliwość społeczna i system wartości, w którym nie było zgody na brutalne deptanie praw człowieka przez nazistów.

Wyspa na brunatnym morzu
W Berlinie, gdzie studiowała Freya, naziści nie mieli łatwej drogi do zwycięstwa. W stolicy aktywne były różne prądy polityczne, miasto tętniło życiem kulturalnym, choć i tu wielki kryzys był odczuwalny. Natomiast na Dolnym Śląsku nazizm zdobył wielu zwolenników, co oddał bardzo dobry dla nich wynik wyborów. Zwycięstwo partii Hitlera było dla rodziny von Moltke ponurym wydarzeniem. Helmuth James, prawnik tak jak żona, zrezygnował z pracy w sądzie. Nie chciał legitymizować nowej władzy. W 1935 roku w Berlinie otworzył kancelarię adwokacką i zaczął studiować prawo w Wielkiej Brytanii. Miał nawet zamiar przenieść tam swoją kancelarię, ale ostatecznie oboje z Freyą zdecydowali, że ich miejsce jest w Niemczech.
- To była ich niezgoda na rzeczywistość. I poczucie odpowiedzialności za własny kraj, którego, mówiąc obrazowo, nie chcieli wydawać na pastwę nazistów - tłumaczy profesor Krzysztof Ruchniewicz, wrocławski historyk, dyrektor Centrum im. Willego Brandta.

Ruchniewicz przypomina, że w latach dwudziestych ubiegłego wieku Helmuth James wspólnie ze swoim wykładowcą z Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, Eugenem Rostenstock-Huessym, organizowali w Lwówku Śląskim obozy integracyjne, w których uczestniczyli młodzi robotnicy, inteligenci i rolnicy. Jak na owe czasy była to bardzo postępowa i ważna społecznie idea.
- To był czas Republiki Weimarskiej, stawiania wielu pytań o przyszłość Niemiec. Rewolucyjność tych spotkań polegała na tym, że przełamywały bariery społeczne. W Niemczech wilhelmińskich robotnik i hrabia nie siedzieli przy jednym stole i nie dyskutowali o tym, jakie ma być państwo, w którym żyją - mówi Ruchniewicz.

Taki dom, takie wychowanie
"Twój mąż stoi przed sędzią Trybunału Ludowego, który skazał go w tym procesie - nie jako protestant, nie jako właściciel ziemski, nie jako arystokrata, nie jako Prusak, nie jako Niemiec, lecz jako chrześcijanin, nie kto inny" - te słowa Helmuth napisał do żony w styczniu 1945 roku, tuż po rozpoczęciu pokazowego procesu, jaki naziści wytoczyli członkom Kręgu z Krzyżowej.

Tę nazwę nadało im gestapo, które po zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu w lipcu 1944 roku, tropiąc przeciwników wodza, wpadło na trop grupy. Tajna policja uznała ich za spiskowców, choć nie planowali, tak jak Stauffenberg, podkładania bomb. Krąg z Krzyżowej był groźny, bo skupiał ludzi, którzy nie bali się myśleć i starali się stworzyć dla Niemiec program na przyszłość. Przyszłość bez Tysiącletniej Rzeszy.

- W Polsce mamy skłonność po podważania sensu działalności tej garstki opozycji antynazistowskiej w Niemczech. Zapominamy, jak wiele nas różniło w sensie mentalnym i politycznym. My w XIX wieku nie mieliśmy własnego państwa i myślenie o nim było tożsame z myśleniem o buncie, powstaniu przeciw zaborcy. Niemcy w XIX wieku tworzyli swoje państwo, a to oznaczało dla nich myślenie o jego fundamentach, czyli prawie. Dla nas opór musiał być czynny, dla Niemców był integralnie związany z heglowską koncepcją, że do buntu wystarczy wolna myśl. Nie było podstaw prawnych do skazania Helmutha Jamesa von Moltke na karę śmierci, ale on sam w jednym z listów do żony napisał, że został skazany za to, że odważył się myśleć - tłumaczy profesor Ruchniewicz.
Krąg z Krzyżowej, początkowo luźna grupa znajomych związanych ze sobą towarzysko lub z racji wspólnych studiów (większość jego członków była prawnikami), spotykał się w różnych miejscach. Najważniejsze spotkania odbyły się właśnie w majątku von Moltke w Krzyżowej. Wyglądały jak zwykłe zjazdy rodzinno-towarzyskie, a sąsiedzi Frei i Helmutha Jamesa, i tak krzywo patrzący na ziemianina, który nie entuzjazmował się sukcesami nazistów, na szczęście nie domyślali się, o czym rozmawiają goście młodego małżeństwa.

Na szczęście, bo myśląc o przyszłości swego kraju, Helmuth James liczył się z tym, że państwo, które rozpętało wojnę, utraci Śląsk na rzecz Polski lub Czechosłowacji. Rozmawiano też o tym, że trzeba będzie osądzić zbrodniarzy, tych, którzy zdeptali prawo (nie istniało jeszcze wtedy w jurysdykcji pojęcie "zbrodni wojennej" i "ludobójstwa"). I uważano, że powinni oni stanąć nie przed trybunałem zwycięzców, ale przed trybunałem złożonym i ze zwycięzców, i własnych obywateli.

- Kilka lat temu Anglicy nakręcili film o Kręgu z Krzyżowej. Widać w nim mężczyzn dyskutujących przy stole, na którym stoją lampki z koniakiem. Gdzieś tam z tyłu są kobiety, które notują to, o czym rozmawiają ci mężczyźni. To głęboko nieprawdziwy obraz. Freya von Moltke czy Marion Yorck von Wartenburg były dla swoich mężów nie sekretarkami, ale partnerkami. Helmuth James swojej żonie ufał najgłębiej jak można. Ona była powierniczką jego największych sekretów, również tych najbardziej niebezpiecznych, czyli politycznych - podkreśla Ruchniewicz.

Freya była nie tylko zaradną gospodynią, która przygotowała trzy spotkania w Krzyżowej, w Domu na Wzgórzu - to właśnie podczas nich zebrani mieli możliwość zredagowania tekstów zawierających program grupy opozycjonistów. Była też strażniczką - na strychu pałacu ukryła spisane dokumenty, a w ulach stojących w ogrodzie majątku schowała listy, które Helmuth James pisał do niej najpierw z obozu, do którego trafił za ostrzeżenie przyjaciela przed grożącym mu aresztowaniem, a potem z więzienia, kiedy gestapo powiązało Krąg z grupą Stauffenberga.

Te najcenniejsze relikwie - świadectwo odwagi, za którą jej mężowi przyszło zapłacić najwyższą cenę, życia - wywiozła z Krzyżowej w październiku 1945 roku. Majątek, który na zawsze już miał się kojarzyć z najważniejszymi latami jej życia, opuściła dzięki Anglikom. Brytyjczycy zorganizowali jej wyjazd z terenów zdobytych przez Armię Czerwoną i objętych przez polską administrację.
Sama Freya nie kryła, że była najbliższym doradcą męża, który zawsze polegał na jej ocenie i spraw, i ludzi.

Życie bez straty
- Kiedyś przyjechały do mnie dwie starsze panie, Niemki. Obie urodziły się we Wrocławiu. Jedna nie kryła żalu, że musiała opuścić swoje rodzinne miasto. Mówiła, że została z niego wypędzona. I wtedy ta druga, jej koleżanka ze szkolnej ławki, niemiecka Żydówka, spojrzała na nią i powiedziała: "A co ja mam powiedzieć, jeśli mnie z tego miasta, z mojej ojczyzny wypędzili swoi?" - mówi biskup Ryszard Bogusz. I podkreśla, że Freya von Moltke nigdy, choćby najmniejszym gestem, nie dała odczuć, że wyjazd z Krzyżowej na zawsze to dla niej strata.
- Więcej nawet, zachwycała się, jak wspaniale wyremontowano majątek, który nigdy nie wyglądał tak pięknie, jak dzisiaj, kiedy jest siedzibą fundacji - dodaje biskup Bogusz.
Freya do Polski przyjechała po raz pierwszy w 1975 roku. Zaprzyjaźniła się z profesorem Karolem Joncą, prawnikiem z Uniwersytetu Wrocławskiego. I razem próbowali ratować niszczejący majątek, w którym mieścił się wówczas PGR.

- Pisali monity do ówczesnego urzędu wojewódzkiego w Wałbrzychu. A Freya czuła, że to miejsce może stać się czymś więcej niż tylko pamiątką po przeszłości - mówi Anne-marie Franke.
Stało się tak w 1989 roku, kiedy w Krzyżowej odbyła się polsko-niemiecka msza pojednania, podczas której obok siebie stanęli polski premier Tadeusz Mazowiecki i niemiecki kanclerz Helmuth Kohl.

Z tym historycznym wydarzeniem wiąże się anegdota pokazująca ogromną wrażliwość Frei i jej szacunek dla bagażu doświadczeń, jaki niosą ze sobą inni ludzie. Z zaproszeniem na mszę pojednania do wnuka Frei zadzwonił kanclerz. Ten grzecznie powiedział, że najpierw zapyta babcię, bo w rodzinie zawsze wszyscy pytają ją o zdanie. A babcia powiedziała krótko: - Nie ma mowy. Pojedziesz, jak zaproszą cię Polacy. Nie będziesz jechał na zaproszenie kogoś, kto sam jest tam gościem, i siedział w pierwszym rzędzie jak dziedzic.

Freya wiedziała, że w ten prosty sposób utnie pogłoski, że niemieccy hrabiowie wracają odebrać swój majątek.
- Dlatego też za każdym razem, jak przyjeżdżała do Krzyżowej, nocowała u naszego nieżyjącego już księdza prałata, świętej pamięci Bolesława Kałuży - podkreśla Franke.
- Była niezwykłą kobietą. Im była starsza, tym więcej miała w sobie wyrozumiałości dla innych. Żyła prawie 100 lat, była nawet nie tyle świadkiem, ile współtwórczynią historii. Zostawiła nam niezwykły przekaz, w którym człowiek, szacunek dla jego praw, poszanowanie innych i niezgoda na zło są w samym centrum - dodaje biskup Bogusz.

W jednym z ostatnich listów Helmuth James von Moltke pisał do żony: "Do jakiego ogromnego zadania został wybrany twój mąż. Wszystko, przez co przeprowadził go Pan Bóg, to nieustanne krążenia i dziwne, zygzakowate zakręty, wszystko to znalazło swoje wyjaśnienia nagle w jednej godzinie 10 stycznia 1945 roku". Tego dnia rozpoczął się proces Helmutha. 13 dni później został powieszony. Jego żona przez następne ponad 60 lat stała się powierniczką pamięci o Kręgu i jego ludziach. Chroniąc ją, odnalazła nowy sposób spełnienia marzeń głównych swego męża i przyjaciół - pojednanie jako drogę do pokoju.

Ludzie z kręgu
Krąg z Krzyżowej to grupa niemieckiej opozycji antyhitlerowskiej. Katolicy, protestanci, prawnicy, ziemianie - łączyło ich odrzucenie ideologii nazistowskiej i przekonanie o konieczności odbudowy nowych Niemiec po wojnie. Trzon grupy stanowili: Helmuth James von Moltke, Peter hrabia Yorck von Wartenburg z Oleśnicy, Adam von Trott zu Solz, Adolf Reichwein, Alfred Delp, Carlo Meriendorff i Julius Leber. Trzy najważniejsze spotkania grupy odbyły się w Krzyżowej w latach 1942 i 1943.
Jedną z ważniejszych kwestii poruszanych przez wtedy były prawa człowieka. Wszyscy jej aresztowani członkowie zostali skazani na śmierć. 23 stycznia w Krzyżowej o godzinie 12 odbędą się uroczystości poświęcone Frei von Moltke.

Wideo

Materiał oryginalny: Freya von Moltke - strażniczka pamięci i prawdy - Gazeta Wrocławska

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

t
t.e.m
Czytam, bo to dalecy, dalecy krewni ze strony mej babki po matce
A
Antropolożka
Kto to jest pani Lamparska? Przeglądam wszystkie gazety bo wykładam też na kierunku dziennikarskim ale jakoś nie natknęłam się na tę dziennikarkę. Maciejewska jest świetna ale Kaczorowska wydaje mi się bardziej wszechstronna, no i nie jest ideologiczna, fanatyczka jedynej, słusznej racji. Dzięki takim redaktorkom jak Kaczorowska „Polska. The Times” może we Wrocławiu konkurować z „Gazetą Wyborczą”.
r
red baron
Szalenie ciekawa historia, Krzyżowa to potężna porcja historii naszego regionu ale czemuż autorka tak mocno przynudza. Przecież można napisać o Krzyżowej i Moltkach w sposób przystępny dla czytelnika jak pani Maciejewska z GW czy pani Lamparska
A
Antropolożka
Taka fascynująca historia. Szkoda, że nie potrafimy pokazać nowocześnie historii Wrocławia i regionu. A pani Kaczorowska powinna napisać o Krzyżowej książkę. Walka przeciwko dyktaturze, nakładanie się na siebie historii niemieckiej, polskiej, żydowskiej. Tworzenie współczesnej tożsamości europejskiej.
Dodaj ogłoszenie