Łatwo jest zostać gigantem polityki. Jeszcze łatwiej upadłym gigantem

Hanna Wieczorek
Aleksandra Jakubowska wspierała Ryszarda Zbrzyznego Fot. Karolina Misztal/Marcin Obara/Piotr Krzyżanowski
Jak upadają gwiazdy polskiej polityki? Zwykle głośno, boleśnie się przy tym tłukąc. Przekonał się o tym Grzegorz Schetyna. Ale nie on jeden. W niebyt polityczny odeszło wielu mu podobnych

Zima idzie i muszę wymienić opony na zimowe. To jest jedyna rzecz, która mnie tak naprawdę zajmuje – mówił kilka dni temu dziennikarzom Grzegorz Schetyna. Niewiele więcej mu już pozostało po skreśleniu z listy osób liczących się w Platformie Obywatelskiej. Nie dostał się nawet do dolnośląskiego zarządu tej partii. To pokazuje, jak łatwo zostać gigantem polskiej polityki. Upadłym gigantem. Przez sejmowe korytarze, najpopularniejsze programy przewinęły się dziesiątki Bardzo Ważnych Osób, o których dzisiaj nikt nie pamięta.

Platforma jest partią, w której trudno przetrwać osobowościom politycznym. Po kolei musieli z niej odejść ojcowie założyciele (dwaj z „trzech tenorów”) – Maciej Płażyński i Andrzej Olechowski, którzy w hali Olivia dumnie ogłaszali powstanie nowej formacji. Później jej szeregi opuścił Paweł Piskorski (dzisiaj złośliwie komentujący życie wewnętrzne PO), Zyta Gilowska, powtarzająca „Donald, bracie”, a w końcu upokorzony i zepchnięty w niebyt partyjny Jan Rokita (niegdyś Jan Maria).

Losy Rokity mogą służyć jako przestroga dla wszystkich tych, którzy wierzą, że intelekt i zdecydowane poglądy wystarczą do utrzymania mocnej pozycji w partii. Prawnik z Krakowa od 1989 roku do końca swojej kariery był dobrze zapowiadającym się politykiem. I chyba nawet nie zauważył, że jej szczyt przypadł na początek lat 90., kiedy był szarą eminencją rządu Hanny Suchockiej.

Rokita karierę w III RP rozpoczął od zdjęcia z Lechem Wałęsą. Krakowski poseł związał się z Unią Demokratyczną, a potem Unią Wolności. Świetnie się odnalazł w rządzie Hanny Suchockiej i na tym koniec. Enfant terrible Unii Wolności w 1995 r. odciął się od Jacka Kuronia jako kandydata na prezydenta RP. Z UW pożegnał się w 1997 roku i założył Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, które weszło w skład Akcji Wyborczej Solidarność. Po jej rozpadzie, kiedy dawni sojusznicy dokonywali wyboru między nowo powstałą PO a Prawem i Sprawiedliwością, Rokita usiłował pozostać niezależny. Opierał się syreniej pieśni Platformy przez dwa lata.
Po przejściu do PO medialny rozgłos, podobnie jak Zbigniewowi Ziobrze, zapewniła mu komisja śledcza ds. afery Rywina. Przed wyborami roku 2005, kiedy jeszcze mówiono o rządzie PO-PiS-u, był typowany na premiera. Potem jego kariera zaczęła gwałtownie pikować w dół, ostatecznie rozbiła się w roku 2007. Po tym, jak Rokita ogłosił własny gabinet cieni, nie konsultując tego z partyjnymi kolegami, a potem w wyborach samorządowych poparł w II turze PiS-owskiego kandydata na prezydenta, znowu wbrew partyjnym ustaleniom. Dzisiaj o Rokicie słyszymy tylko wtedy, kiedy komornik zajmuje jego pensję. Bo były poseł ma „niewyparzoną gębę”, mówi to, co myśli, najwyraźniej uważając, że konsekwencje tych słów go nie dotyczą.

Upadek kontrolowany zaliczył też Romuald Szeremietiew. Jeden ze współzałożycieli KPN został wiceministrem obrony. Odwołano go po publikacji zarzucającej mu korupcję. Proces Szeremietiewa trwał trzy lata. Polityka uniewinniono. Sąd skazał go na grzywnę za bezprawne ujawnienie asystentowi tajemnicy państwowej. Trzeba było kolejnych pięciu lat, by i ten zarzut sąd uznał za bezzasadny. Zresztą, co tu daleko szukać – w 2009 roku Zbigniew Chlebowski został zmieciony z polityki polskiej jako podejrzany w aferze hazardowej. Dwa lata później postępowanie w tej sprawie umorzono. Jest jeszcze Józef Oleksy z Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Był premierem, kiedy został z trybuny sejmowej oskarżony o szpiegowanie na rzecz Rosjan. Ostatecznie śledztwo w sprawie „Olina” zostało umorzone (choć do dzisiaj są ludzie, którzy dadzą sobie ręką obciąć, że Oleksy to „Olin”). Tuz lewicy już się po tym skandalu nie podniósł. Funkcjonuje gdzieś na obrzeżach polityki, ale bardziej znany jest z nagrywanych przez biznesmenów wylewnych plotek o partyjnych kolegach niż z działań politycznych.

Polscy politycy lubią, wzorem lemingów, podejmować samobójcze próby podboju nowych terytoriów/wyborców. Tworzą w tym celu marginalne partyjki, które nie mają szans dostania się do Sejmu. Wystarczy przypomnieć Marka Jurka z jego Prawicą Rzeczypospolitej, Kazimierza Ujazdowskiego z Polską XXI czy Marka Borowskiego z Socjaldemokracją Polską.
Twarde siedzisko kanapowych ugrupowań poznał Paweł Poncyliusz. Warszawski polityk zaczynał karierę „po bożemu” – od samorządu. Został warszawskim radnym z listy AWS. Potem sprzymierzył się z PiS i został posłem z listy tej partii, był nawet sekretarzem stanu w Ministerstwie Gospodarki, a w roku 2010 został szefem sztabu Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich.

Wszystko skończyło się kilka miesięcy później, kiedy przyłączył się do wewnątrzpartyjnej krytyki prezesa i opuścił partię, by stworzyć nowe ugrupowanie – Polska Jest Najważniejsza.
PJN okazała się jednak efemerydą bez większego znaczenia. Na plus Poncyliusza można zapisać, że pozostał jej wierny nawet, kiedy partię opuściła szefowa, dzisiejsza minister edukacji narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska.
Grzechy potrafią zniszczyć każdego. Były europoseł Samoobrony, Bogdan Golik, zakończył karierę spektakularnym oskarżeniem o gwałt na prostytutce. Solidna partia – Konfederacja Polski Niepodległej – nie przetrwała listy Macierewicza, na której znalazło się nazwisko Leszka Moczulskiego, założyciela i lidera KPN. Sąd potwierdził, że w latach 1969–1977 był on tajnym współpracownikiem SB. Moczulski jednak walczy – rozpoczął się kolejny proces, który ma udowodnić, że TW nie był. Nie zmienia to faktu, że ani KPN, ani jej lider nie istnieją w przestrzeni publicznej.

Innego typu błąd – samobójstwo polityczne – popełniła Barbara Labuda. Czołowa polityk Unii Demokratycznej i Unii Wolności poległa, gdy poparła kandydaturę Alakesandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich. I choć Kwaśniewski dług spłacił – dał jej stanowisko ministra w swojej kancelarii, a potem tekę ambasadora w Luksemburgu – Labuda w polityce nie istnieje. Podobnie jak Marian Krzklewski, który przez cztery lata „kierował z tylnego siedzenia” Polską. Szef AWS nie odważył się objąć stanowiska premiera, a kiedy koalicja padła, stracił miejsce w polityce i szefostwo Solidarności.

Afera Rywina wystrzeliła w niebyt większość polskiej lewicy. Choćby Dolnoślązaka Marka Dyducha, który był wówczas sekretarzem generalnym SLD, a dzisiaj pracowicie odbudowuje swoją pozycję w sejmiku naszego województwa. Ale jedna z ofiar potłukła się szczególnie dotkliwie – Aleksandra Jakubowska, o której mówiono, że ma „najpiękniejsze nogi na lewicy”. Polska poznała ją, kiedy na znak protestu przeciwko odwołaniu Andrzeja Drawicza ze stanowiska szefa Radiokomitetu pożegnała się z widzami na antenie, wzięła torebkę i wyszła ze studia Wiadomości. Po tej manifestacji pięła się po szczeblach kariery w SLD. Była rzecznikiem rządu, posłanką, wiceszefową partii i wiceministrem odpowiedzialnym za nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Zgubiły ją znikające z projektu słowa „lub czasopisma”, za co zresztą skazał Jakubowską sąd.

Jak upadają giganci? Przez zawiść, błędy, złą ocenę sytuacji politycznej. Najczęściej powodem jest ich własna głupota...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie