Żałoba zamiast świętowania

Artur Szałkowski
Osobą, która cudem przeżyła, był wówczas 26-letni Andrzej Zieliński, maszynista kopalnianego elektrowozu
Osobą, która cudem przeżyła, był wówczas 26-letni Andrzej Zieliński, maszynista kopalnianego elektrowozu Dariusz Gdesz
Tego dnia rozegrała się jedna z największych tragedii w historii Wałbrzycha. Wybuchł metan w kopalni Wałbrzych. Zginęło 18 górników. Była niedziela, 22 grudnia 1985 rok, godzina 15.10... - pisze Artur Szałkowski

Dyspozytor ruchu kopalni Wałbrzych zauważył, że tablica informacyjna centralki metanometrycznej zaczęła wskazywać uszkodzenie czujników: zawartości metanu oraz ciągłości pracy wentylatora lutniowego. Oba były zamontowane w przekopie III-Zachód na poziomie minus 200 metrów. Mieścił się tam oddział wydobywczy G-3. Na razie nie było wiadomo, czy doszło tam tylko do awarii urządzeń, czy też wskazania centralki metanometrycznej były zwiastunem złej nowiny. Kilkadziesiąt sekund później potwierdziły się tragiczne przypuszczenia. Dyspozytor odebrał telefon od przebywającego w tym rejonie sztygara zmianowego. Dowiedział się od niego, że 671 metrów pod ziemią rozegrał się dramat. Potężny wybuch metanu najprawdopodobniej zabił kilku górników. Trudno było dokładnie ocenić sytuację, ze względu na gęsty dym i ogromne zapylenie podziemi. W rejon katastrofy, gdzie przebywało 28 górników, dyspozytor natychmiast wysłał kopalniane zastępy ratownicze. Wezwał również na pomoc zastępy z Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego przy pl. Skarżyńskiego w Wałbrzychu. Była niedziela, 22 grudnia 1985 roku, godzina 15.10.

Jęk kopalnianych syren

W górniczym Wałbrzychu, zazwyczaj mroźny i śnieżny grudzień, był zarazem jednym z najradośniejszych miesięcy w ciągu roku. Grudzień rozpoczynały obchody górniczego święta, czyli popularna Barbórka. Gwarków za ich ciężką pracę honorowano odznaczeniami państwowymi i resortowymi oraz dodatkowymi pensjami. Korzystało na tym całe miasto, a zwłaszcza miejscowy handel w okresie przedświątecznym. Tradycyjnie w ostatnią niedzielę przed Bożym Narodzeniem sklepy były otwarte. Wałbrzyszanie ruszyli więc tłumnie do centrum miasta po ostatnie świąteczne zakupy. Oblegany był zwłaszcza popularny PDT przy ul. Słowackiego, obok którego do dziś mieszka pani Zofia Wowk. Dla niej święta Bożego Narodzenia 1985 roku miały mieć szczególny charakter. Ze swoim nieżyjącym już mężem Włodzimierzem mieli świętować jubileusz ćwierćwiecza małżeństwa. Na święta wyznaczono również termin chrztu ich ukochanej wnuczki. Córki 24-letniego Tadeusza, ich najstarszego syna.

- Tadeusz pracował wówczas na kopalni Wałbrzych. Przeniósł się tam siedem miesięcy wcześniej z koksowni Mieszko - mówi Zofia Wowk. - Był zadowolony z nowej pracy, ze względu na wyższe zarobki. Mógł dzięki temu zapewnić swojej rodzinie lepsze warunki materialne.

Wałbrzyszan pogrążonych w robieniu przedświątecznych, niedzielnych zakupów przeszył nagle przeraźliwy jęk kopalnianych syren. Mieszkańcy górniczego miasta wiedzieli, że ten sygnał nie zwiastuje niczego dobrego. Atmosferę grozy potęgował fakt, że w kierunku ul. Bee-thovena, gdzie mieściła się kopalnia Wałbrzych, zaczęła podążać na sygnale kawalkada karetek pogotowia ratunkowego.

- Sąsiedzi powiedzieli mi, że na kopalni był wypadek i zginęło wielu górników - wspomina Zofia Wowk. - Przeraziłam się, bo wiedziałam, że na kopalni był również mój Tadek. Cały czas miałam jednak nadzieję, że nic złego mu się nie stało.

Nadzieję rozwiała wizyta w domu państwa Wowk przedstawicieli kopalni. Przyszli, by poinformować o śmierci Tadeusza. Równie tragiczną wiadomość usłyszało od przedstawicieli kopalni jeszcze 17 rodzin.

Poszedł po śmierć

Jedną z osób, które uczestniczyły w akcji ratowniczej, był Ireneusz Piszczatowski, późniejszy ostatni dyrektor Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Wałbrzychu. Wcześniej uczestniczył on już w podobnych działaniach. Między innymi w 1979 roku, kiedy wyrzut metanu w tej samej kopalni zabił czterech górników. Skala tragedii wywołanej wybuchem metanu nie wytrzymywała jednak żadnych porównań.

- Pierwszym widokiem po zjechaniu pod ziemię, który wywarł na mnie wstrząsające wrażenie, były nosze, na których ułożono ciała 17 poległych górników - opowiada Ireneusz Piszczatowski. - Większość z nich znałem osobiście, choćby Pawła Słomskiego. Chłopak pochodził z zielonogórskiego, na kopalni odrabiał wojsko na stanowisku elektryka. Do miejsca, gdzie nastąpił wybuch, wezwano go w celu usunięcia jakiejś awarii. Pojawił się tam szybko i zdążył tylko wypakować narzędzia. W święta Bożego Narodzenia miał brać ślub.

Ciało 18. ofiary katastrofy odnaleziono dopiero po wielogodzinnych poszukiwaniach. Leżało w kanale ściekowym, przykryte wózkiem do przewozu urobku. Ustalono, że przyczyną śmierci tego górnika było uduszenie pyłem węglowym. Uciekając z miejsca katastrofy, nie miał założonej maski chroniącej drogi oddechowe i zabłądził w jednym z korytarzy. Pozostałe ofiary wybuchu metanu nie miały jakichkolwiek szans na przeżycie. Eksplozji towarzyszyła potężna fala uderzeniowa, która dosłownie wyrywała górników z butów. Nastąpił również wzrost ciśnienia do około 10 atmosfer oraz temperatury do około 2600 stopni Celsjusza. Nagromadzony w wyrobisku metan, wybuchając, wypalił znajdujący się tam tlen i spowodował duży wzrost stężenia śmiertelnego tlenku węgla. Ponadto jęzor ognia wypełnił wyrobisko od wysokości około 1,3 metra, aż do stropu. Części górników znajdujących się w pobliżu miejsca wybuchu udało się przeżyć tylko dlatego, że przebywali w wyrobisku upadowym o dwóch załamaniach. To znacznie ograniczyło zabójczą siłę fali uderzeniowej. Dzięki stosowanym w kopalni kurtynom pyłowym udało się również zapobiec połączeniu wybuchu metanu z wybuchem pyłu węglowego. Przy podwójnej eksplozji szans na przeżycie katastrofy nie miałby żaden z przebywających pod ziemią górników.

To cud, że przeżył

Osobą, która znajdowała się blisko epicentrum wybuchu i cudem przeżyła katastrofę, był wówczas 26-letni Andrzej Zieliński, maszynista kopalnianego elektrowozu. Ostatnia rzecz, jaką pamięta z dnia wypadku, to widok wyrobiska, przez które przejeżdżał lokomotywką. Ocknął się dopiero na oddziale intensywnej terapii Szpitala Górniczego w Wałbrzychu i ponownie stracił przytomność, będąc pod wpływem silnych leków przeciwbólowych. Miał poparzenia 33 procent ciała II stopnia i był podtruty tlenkiem węgla. Miał rozległe i ropiejące rany, zwłaszcza głowy oraz prawego ramienia.

- Mimo że mój stan był poważny, a rany wymagały specjalistycznej pielęgnacji, by nie wdało się do nich zakażenie, po 31 dniach wypisano mnie ze szpitala do domu - tłumaczy Andrzej Zieliński. - Później przez pół roku byłem na zwolnieniu chorobowym. Przez kolejny rok na świadczeniach rehabilitacyjnych i cały czas na lekach przeciwbólowych.

Górnik przyznaje, że ze strony kopalni nie otrzymał praktycznie żadnej pomocy. Nikt wtedy nawet nie myślał o udzielaniu ofiarom takich wypadków pomocy psychologicznej. Nie dano Andrzejowi Zielińskiemu stałej renty. Kopalnia nie ufundowała mu nawet operacji plastycznej poparzonej części twarzy. Górnik przyznaje, że oparciem dla niego w tych trudnych chwilach była tylko żona oraz dwaj synowie. W 1987 roku Andrzej Zieliński powrócił do pracy w kopalni Wałbrzych. Przez pierwsze trzy lata tylko na powierzchni, a po wygraniu z kopalnią w sądzie pracy - ponownie pod ziemią. Pracował tam aż do likwidacji kopalni w 1998 roku. Później był na zasiłku dla bezrobotnych, a następnie pracował przy budowie metra w Warszawie. Teraz jest zatrudniony w KGHM. W zagłębiu miedziowym musi przepracować jeszcze dwa lata, by osiągnąć pełną emeryturę górniczą.

Msza i tablica

- Zawsze, kiedy zbliża się kolejna rocznica katastrofy, powracają do mnie te koszmarne wspomnienia i wpadam w kiepski nastrój - mówi Andrzej Zieliński. - Nie wiem dlaczego, ale gdzieś w sercu noszę poczucie winy. Mimo że w tym, co się stało nie było mojej winy.

W 25. rocznicę katastrofy na kopalni górnik zamówił również mszę świętą w intencji 18 poległych kolegów. W związku z rocznicą ćwierćwiecza tragedii planowane było także odsłonięcie pamiątkowej tablicy na cmentarzu parafialnym przy ul. Przemysłowej. To właśnie tu pochowanych jest najwięcej ofiar wybuchu metanu. Inicjatorami przedsięwzięcia są byli wałbrzyscy gwarkowie ze stowarzyszenia Górnicza Pamięć.

- Mimo upływu czasu wciąż pamiętamy o katastrofie. Zginęli w niej przecież górnicy, z którymi pracowaliśmy i przyjaźniliśmy się - mówi Grzegorz Zalewski, były górnik z kopalni Wałbrzych. - Dlatego podjęliśmy decyzję o ufundowaniu pamiątkowej tablicy. Będzie przypominała wałbrzyszanom to tragiczne wydarzenie, kiedy nas już zabraknie.

Tablica jest już gotowa. Ze względu na niesprzyjającą aurę, jej wmurowanie oraz oficjalne odsłonięcie i poświęcenie zostały jednak przesunięte na wiosnę.

Jest wina, nie ma kary

Tragedia, do której doszło w kopalni Wałbrzych, wywołała szok w całym kraju. Kilkanaście godzin po wypadku, na miejscu byli już wicepremier Zbigniew Szałajda oraz minister górnictwa i energetyki gen. Czesław Piotrowski. Sejm uczcił pamięć poległych górników minutą ciszy, natomiast gen. Wojciech Jaruzelski przesłał kondolencje. Depesze kondolencyjne, w związku z tym tragicznym wydarzeniem, napływały do Polski z niemal wszystkich krajów socjalistycznych, od Czechosłowacji i NRD po Chińską Republikę Ludową. Do ustalenia przyczyn katastrofy powołano dwie komisje: rządową oraz Wyższego Urzędu Górniczego. Po trwającym kilkanaście tygodni śledztwie ustalono, że wybuch nagromadzonego w wyrobisku metanu spowodowała iskra z pantografu elektrowozu. Ustalono również, że wyrobisko gdzie pracowali górnicy i gdzie doszło do wybuchu, nie posiadało dobrej wentylacji w wyniku rażących zaniedbań kierownictwa kopalni. Wobec osób odpowiedzialnych za taki stan rzeczy zastosowano jedynie środki dyscyplinarne i służbowe. Nikt nie został skazany na karę więzienia za śmierć 18 osób.

OFIARY KATASTROFY GÓRNICZEJ W KOPALNI WAŁBRZYCH 22 GRUDNIA 1985 ROKU
Jan Bielicki - 38 lat
Władysław Bancewicz - 18 lat
Józef Czertarski - 26 lat
Zygmunt Garnkowski - 28 lat
Bogusław Haręża - 21 lat
Janusz Juda - 40 lat
Andrzej Kratiuk - 28 lat
Henryk Mazurkiewicz - 42 lata
Artur Mićko - 19 lat
Zdzisław Siergiej - 26 lat
Paweł Słomski - 23 lata
Ryszard Szreiter - 34 lata
Ryszard Sądzyński - 23 lata
Zygmunt Słowikowski - 39 lat
Mirosław Sznajder - 27 lat
Roman Staśkiewicz - 18 lat
Tadeusz Wowk - 24 lata
Jacek Wiśniewski - 21 lat

Mistrz Błachowicz liczy na nokaut!

Wideo

Komentarze 9

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Paweł Piśko
szacunek za pamięć i dzięki za artykuł . Pracowałem w tym czasie na G-3 pamiętam, A winni byli w tym czasie partyjni nie byli do ruszenia począwszy od dyrektora Bernat a skończywszy na kierowniki oddziału G-3 Korotko.
g
gosc
"- Zawsze, kiedy zbliża się kolejna rocznica katastrofy, powracają do mnie te koszmarne wspomnienia i wpadam w kiepski nastrój - mówi Andrzej Zieliński. - Nie wiem dlaczego, ale gdzieś w sercu noszę poczucie winy. Mimo że w tym, co się stało nie było mojej winy." - czyli p.Andrzej nie posługiwał się metanomierzem i spowodował iskrą wybuch, tak? Na to wychodzi z treści artykułu. To by tłumaczyło dlaczego maszynista kopalnianego elektrowozu przeżył,a inni nie. Przykre. Dobrze, że te kopalnie już zlikwidowali.
J
Janusz Poterek
Otuz jeszcze ja zyje dzieki bogu i tylko chyba jemu zawdzieczam ze jeszcze chodze po tym swiecie bylem wtedy brygadzista scianowym na oddz 3 byla to niedziela sztygar mi dal kilku ludzi i z ta grupa mielismy usunac zator na upadowej transportowej z zerwego na -200 reszta zostala czyscic tasme na -200i oni przedewszstkim zgineli ja z gory zeszlem na dol ale paru w tym heniu mazurkiewicz mi poblodzilo ja natmiast z kilkoma wyszlem na przekop - 200 do swizego powietrza skad zabrano nas na powierzchnie i do szpitala zazncze jeszcz ze w wyrzucie metanu tez uczstniczylem pracowalem wtedy jeszcze na scianie na mlotku z tadkiem roztkoskim wtedy tez ludzi ostrzeglem i zeszlismy na zerowy pomoglo mi duzo ze przez pare lat pracowalem na oddz wentylacyjnym i tam duzo zebralem doswiadczeni aktore miprzydalo sie potem w pracy wszystkiego przepracowalem na kop 30 lat pod zimia od 1989 roku jestem na emeryturze z szacunkiem dla gwarkow Poterek
M
Marcin
Miałem 16 lat, kiedy ojciec, mojego kumpla, ratownik górniczy, który podówczas był automatykiem na kopalni Chwalibóg (Segen Gottes), zwiózł nas na dół. Na poziom w którym suszyło się drewno, wielki szacun, dla górników. Od tego wydarzenia, minęło 25 lat, a od katastrofy 29.
B
Bolesław Brzuchacz
Wspomnienie-Brać górnicza.. [18.12.2011 r. ]

Z ilu kopalń tu w Wałbrzychu
Węgieł się wydobywało .
Thorez ,Mieszko i Victoria
Ja na Chrobrym pracowałem

Ile zjazdów , tak wyjazdów
W codzienności dnia szarego
Windowałem w dół i w górę
W czasie szychty na Chrobrego

Ile węgla ukopałem
W pocie czoła fedrowałem
Ile ton przez ręce przeszło
Bez wypadku się obeszło .

Ile trudu , ile znoju
W harcie ducha i z ochotą
Przekuwałem myśli w czyny
By wydobyć czarne złoto

Ile troski , ile zmartwień
I pożegnań ostatnich było.
W sercu drogiej mojej żony
Gdy do pracy się śpieszyło

Dzień po dniu , rok po roku
Gonił pracę za dnia i o zmroku
Noc w podziemiach panowała
Lampa górnicza blask dawała

Gdy wspominam ciężką pracę
Jakim to był trud górniczy .
Tym , którym szczęścia zabrakło
W dowód pamięci , zapalę znicze

Na mogiłach kwiaty składam
Chylę czoła braci górniczej
Byliśmy jak w jednej rodzinie
Pamięć o nich nie zaginie

Pozdrawiam serdecznie
a
arni
duży szacunek dla wszystkich byłych wałbrzyskich górników !!! mój ojciec był strzałowym na G2 , był też ratownikiem górniczym... za artykuł duże brawa
B
Boleslaw Brzuchacz
Witam ,bylem na mszy ,oraz na poświęceniu tablicy pamiątkowej tragicznie zmarłych kolegów .Pozdrawiam Bolesław
J
Jerzy Szymański
Odnoszę się z wielkim szacunkiem do pracy górnika, ojciec mój pracował jako strzałowy na Kopalni Thorez więc temat kopalni jest mi w jakimś stopniu znany,oczywiście nie mogę tej wiedzy porównywać z wiedzą Andrzeja Zielińskiego, który przeżył tragediię roku 1985 i Górnikiem jest na 100%.
Andrzejowi Zielińskiemu bardzo dziękuję, że wytrwale walczył o upamiętnienie tragedii z dnia 22 grudnia 1985roku a tym samym opisane wątki przybliżyły fakt zaistniałego niedbalstwa z powodu, którego doszło do tak licznej tragedii.
s
stary gwarek
pieknie napisane szacun dla redaktora
Dodaj ogłoszenie