Lekarz: Koczowisko Romów to siedlisko chorób zakaźnych

Agata Wojciechowska
- Koczowisko Romów przy ul. Kamieńskiego to prawdziwe siedlisko chorób zakaźnych - mówi prof. Krzysztof Simon, wojewódzki konsultant ds. chorób zakaźnych. Do szpitala zakaźnego przy ul. Koszarowej regularnie zgłaszają się Romowie chorzy na różyczkę, ospę czy świnkę. - Problem w tym, że gdy chcemy ich zaszczepić, uciekają - rozkłada ręce Simon. - Powinni dostosować się do naszych standardów opieki zdrowotnej. Wędrówki ludów już się zakończyły - dodaje.

Cierpiący na choroby zakaźne Romowie roznoszą je po całym mieście - jeżdżą komunikacją, żebrzą na Rynku...
- Trafiają do nas z najdziwniejszymi schorzeniami - mówi prof. Krzysztof Simon, wojewódzki konsultant ds. chorób zakaźnych. - My ich leczymy, a gdy wracają na koczowisko, zarażają się kolejnymi chorobami lub nawet tymi samymi. To istny cyrk.

Ze względu m.in. na brak bieżącej wody warunki higieniczne panujące na koczowisku przy Kamieńskiego są niemal idealne do rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych. Jak wskazuje konsultant, by zarazić się wirusem wystarczy, że ktoś w naszym otoczeniu kichnie czy zakaszle. Wirusy przenoszone drogą kropelkową w przeciągu 0,1 sekundy przebywają odległość 5 metrów. Jakie choroby lekarze stwierdzili na koczowisku Romów? Jednym tchem wyliczają różyczkę, ospę, świnkę, choroby skóry, dolegliwości układu pokarmowego. Dwa lata temu stwierdzono tam także odrę, na szczęście lekarzom tę jedną chorobę udało się już z koczowiska wyeliminować.

ZOBACZ TEŻ:
Wycinają drzewa, zakopują śmieci. Koczowisko Romów okiem Czytelnika [ZDJĘCIA]
Obrońca koczowiska: Z budżetu miasta należy sfinansować pracę dla Romów

Żołnierz napisał, by spalić koczowisko Romów. Prokurator chciał więzienia

Jak twierdzi wojewódzki konsultant ds. chorób zakaźnych są to schorzenia związane z obniżoną odpornością, spowodowaną brakiem szczepień i złymi warunkami sanitarnymi.

- Romowie nie chcą się szczepić - tłumaczy prof. Simon. - Uciekają, kiedy oferujemy im darmowe szczepionki. Członkowie organizacji pozarządowych przekonują, że Romowie są Nomadami i mają do tego prawo. Ale moim zdaniem powinni dostosować się do naszych standardów opieki zdrowotnej. Wędrówki ludów już się zakończyły. Na razie nie mamy nic lepszego, poza szczepieniami, na walkę z chorobami zakaźnymi - dodaje.

Czytaj dalej na kolejnej stronie
Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologicznej potwierdza, że gdy rok temu zorganizowano szczepienia dla dzieci z koczowiska Romów, nikt się nie zgłosił.
- Liczba szczepionek w danym województwie jest uzależniona od liczby dzieci w określonym roczniku - mówi Magdalena Mieszkowska z Wojewódzkiej Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej we Wrocławiu. - Postaraliśmy się o dodatkowe dla wszystkich dzieci Romów. Niestety, choć wielokrotnie byli o tym informowani, nie skorzystali z darmowych szczepień.

Wówczas dzieci z koczowiska miały zostać zaszczepione na świnkę, odrę i różyczkę. W stacji przy ul. Składowej czekał na nich lekarz, który miał je kwalifikować do szczepień. Na koczowisko został podstawiony autobus, który zawiózłby dzieci z opiekunami do placówki i odwiózł je z powrotem. Niestety, do autobusu nikt nie wsiadł. Romowie pouciekali lub poukrywali się w okolicy. Cała operacja została przygotowana na koszt budżetu państwa. Czy będzie kolejna? Raczej nie, bo z poprzedniej wynikało, że jest to marnowanie pieniędzy.

Dodatkowym problemem jest fakt, że część Romów mieszkających przy ul. Kamieńskiego prowadzi podróżniczy tryb życia. Zjawiają się z dziećmi bez dokumentów, by za kilka tygodni odjechać. W ten sposób nie ma dobrej kontroli ani nad liczbą zachorowań ani nad rodzajami chorób, które pojawiają się na koczowisku.

Stowarzyszenie Nomada, zajmujące się Romami, mieszkającymi na koczowisku, stara się zapewnić im opiekę zdrowotną.
- Ci ludzie są pod pewnego rodzaju kontrolą lekarską, na ile pozwala brak ubezpieczenia - mówi Agata Ferenc ze Stowarzyszenia Nomada. - Nawet niedawno zorganizowaliśmy akcję, że lekarze z Caritasu badali Romów - dodaje.

Rzeczywiście akcja miała miejsce, ale dotyczyła tylko tych mieszkańców koczowiska, którzy zgodzili się na badania. Lekarze nie mieli więc szans nawet na zobaczenie wszystkich tamtejszych mieszkańców.
- Choroby mogą się zdarzyć, lecz nie sądzę, by odsetek zachorowań był większy niż w przypadku innych mieszkańców Wrocławia - broni Romów Agata Ferenc. - Po to są przecież oddziały chorób zakaźnych, by właśnie na nie zgłaszały się osoby chore. To oburzające, że gdy pojawi się na oddziale jeden Rom, od razu mówi się o całym środowisku.

Wideo

Dodaj ogłoszenie