Artysta, którego prace codziennie nosimy w portfelach

    Artysta, którego prace codziennie nosimy w portfelach

    Rozmawiał Robert Migdał

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Rozmowa. - Pieniądze szczęścia nie dają? Mnie przyniosły - mówi artysta grafik Andrzej Heidrich, projektant polskich banknotów, twórca znaczków pocztowych, wojskowych orzełków, policyjnych odznak, a także ilustrator książek wydawnictwa Czytelnik
    We Wrocławiu otwarto wystawę projektów Andrzeja Heidricha

    We Wrocławiu otwarto wystawę projektów Andrzeja Heidricha ©fot. Tomasz Hołod

    - Nie każdy artysta może się pochwalić tym, że jego prace zna każdy Polak. Ba, Polacy codziennie je dotykają, oglądają. Co Pan czuje?

    - (uśmiech) Mam ogromną satysfakcję, ale zdążyłem się już do tego uczucia zadowolenia przyzwyczaić, bo pierwszy banknot mojego projektu wszedł do obiegu w 1975 roku. Tyle lat minęło...

    - Ale tego dnia, 41 lat temu, kiedy banknot z Tadeuszem Kościuszką trafił do naszych portfeli, serce mocniej Panu zabiło?

    - Zabiło, ale dlatego, że mogłem się wreszcie pochwalić tym banknotem przed moimi kolegami w pracy, w wydawnictwie Czytelnik. Bo musi pan wiedzieć, że przez wiele lat nie mogłem się przyznać do tego, że projektuję coś dla banku.
    To była wielka tajemnica - informacja zastrzeżona, bardzo poufna. I musiałem jej pilnować od 1960 roku, kiedy zostałem zaproszony przez Narodowy Bank Polski do konkursu na zaprojektowanie banknotu „tysiąc złotych”. I przez kolejne 15 lat, w domu, robiłem najróżniejsze wersje banknotów i dopiero „Kościuszko” wszedł do obiegu - zapoczątkował serię „Wielcy Polacy”, którą stworzyłem na kolejnych nominałach.

    - Ciężko było dusić w sobie latami taką tajemnicę?

    - Bardzo, bo praca nad banknotami pochłaniała mnóstwo czasu, wiele pracy, a przecież miałem „normalną” pracę w Czytelniku, w której nie mogłem się wytłumaczyć: „Czemu, panie Heidrich, nie poświęca pan tak dużo czasu pracy, jak kiedyś?”. Myśleli w wydawnictwie, że się po prostu lenię. Dopiero w 1975 roku mogłem się przyznać wszystkim, co robiłem, opowiedzieć całą historię: jak, gdzie, kiedy. Lżej mi się na duszy zrobiło. Mogłem już „te rzeczy” robić oficjalnie.

    - Na zaprojektowanych przez Pana pieniądzach widnieją portrety znanych Polaków, władców Polski. Lubi Pan portrety?

    - Uważam, że „projekt z głową” to jest projekt z głową, bo jest to i trudniejsze do wykonania, i trudniejsze do podrobienia. I daje większe możliwości dla grafika i dla rytownika, który może się przy szczegółach, jakie są na portrecie pochwalić sztuką swojego rzemiosła. Bo ja maluję projekt walorowo, tak jak akwarelę, a rytownik przenosi to na kreskę - wycina. Musi wyciąć tak precyzyjnie, artystycznie, żeby zachować różne szarości. Poza tym, przy pracy przy banknocie rytownik nie musi się liczyć z tym, że obraz będzie drukowany na szybkobieżnych maszynach i dzięki temu może sobie pozwolić na bardzo delikatne kreski - takie, które mogą mu ułatwić np. cieniowanie twarzy, postaci.

    - Kiedy dokładnie przyjrzymy się banknotom, to zobaczymy, że to bardzo misterna praca. Każdy szczegół, detal jest dopracowany, wymuskany.

    - Nie może być inaczej. Wszystko jest zaplanowane: żeby mikrodruki, znaki wodne, zabezpieczenia współgrały z elementami graficznymi, z artystycznymi. Żeby razem stanowiły całość. A wszystko to na małej powierzchni.

    - Ile czasu zajmuje Panu zaprojektowanie jednego banknotu?

    - Trudno to określić, bo najpierw robię projekt na kalce - rysunkowy, który jest zatwierdzany przez bank. Później robię malowany banknot jeden do jednego. Następnie jest etap korekt, poprawek, sugestii banku. Na sam koniec robię projekt banknotu pół raza większego od tego, jaki jest później drukowany - tego, który jest przygotowywany dla Wytwórni Papierów Wartościowych. To jest ostateczny wzór do reprodukcji. Muszę go bardzo szczegółowo wykonać. To mniej więcej trwa półtora miesiąca na jedną stronę. Po tym projekcie nic się już nie zmienia i banknot w takiej postaci jest drukowany.

    - Nic się nie zmienia? Jeden raz coś jednak poszło nie tak…

    - Dwa miliony z Paderewskim… Prawda. Na drugiej stronie był tekst dotyczący Sejmu: „1918 Sejm Konstytucyjny”. I zgubiłem literę „n”. Na projekcie było „Konstytucyjy”. Nikt tego wcześniej nie zauważył i tak poszło do druku. Dopiero w Wytwórni ktoś zwrócił uwagę. Zastanawiali się, czy tak się kiedyś mówiło: „Konstytucyjy”. Sprawdzili. Nie mówiło się. W banku doszło do paniki. Zadzwonili do mnie. Nie chciałem uwierzyć, dopóki nie pokażą mi projektu. I rzeczywiście. Mój błąd. Nogi się wtedy pode mną ugięły. Musiałem poprawić.

    - Część banknotów została wydrukowana i Paderewski z błędem wszedł do obiegu. Nie wszystko poszło na przemiał.

    - Myślałem, że wszystkie zostały zniszczone, a okazuje się, że nie. Można je kupić na aukcjach internetowych. Prawdopodobnie wysoko stoją (uśmiech).

    - Czy zdarzały się naciski na Pana, jakieś sugestie, jak przedstawiać dane postacie? Jak je namalować, z jakim wyrazem twarzy, w jakim ubraniu?

    - Banknot ze Świerczewskim. Pięćdziesięciozłotowy. W pierwszej wersji namalowałem generała… łysego. Nie spodobał się władzom w Komitecie Centralnym. Kazali włożyć mu czapkę i domalowałem ją.

    - Nie tylko generał bez włosów się nie spodobał. Na pierwszych banknotach z serii „Wielcy Polacy” mieli być Fryderyk Chopin i Maria Skłodowska-Curie.

    - Wydawało mi się, że lepsze postaci, na sam początek, trudno sobie wyobrazić. Ale moje projekty zostały pokazane premierowi Piotrowi Jaroszewiczowi, który był numizmatykiem, kolekcjonował banknoty i monety, no i jemu się nie spodobały.

    - Wieść niesie, że powiedział, iż Chopin i Curie są za bardzo francuscy jak na wielkich Polaków.

    - Było to dla mnie dosyć dziwne i nieprzyjemne. Ale cóż - takie czasy. Kazano mi zrobić następne projekty i to bardzo szybko. I tak powstało zielone 50 złotych ze Świerczewskim i czerwone 100 złotych z Waryńskim. Nie było już zastrzeżeń.

    - Twarze oglądał Pan na zdjęciach, na portretach?

    - Królów rysowałem z portretów, które malowano im współcześnie. Ale Mieszka nikt ze współczesnych nie namalował i musiałem się opierać na tym, co stworzył Jan Matejko w „Poczcie królów i książąt polskich”. Współczesnych wielkich Polaków ze zdjęć kopiowałem.

    - Ale Piłsudskiego, który widnieje na banknocie pięciomilionowym, mógł Pan namalować z pamięci. Spotkał się Pan z nim.

    - (uśmiech) Aż tak dobrze i dokładnie go nie zapamiętałem. Byłem dzieckiem. Miałem wtedy pięć lat, a Piłsudski był zmęczony życiem. Byłem na spacerze z dziadkiem i spotkaliśmy Marszałka na Agrykoli w Warszawie. Szedł z adiutantem i kiedy przechodził koło mnie, zdjąłem czapkę i się ukłoniłem. On wtedy pogłaskał mnie po głowie…

    - Piękne wspomnienie. Pięciomilionowy banknot nie wszedł do obiegu, tak samo jak 500 złotych. Jednak już niedługo „pięćsetka” będzie wydrukowana - jako rezerwa bankowa. Też ją Pan zaprojektował.
    1 »

    Czytaj treści premium w Gazecie Wrocławskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecane

    Wideo