Wrocław: Byliśmy na planie filmu "80 milionów" (ZDJĘCIA)

Jacek Antczak
Fot. Mikołaj Nowacki
Udostępnij:
Byliśmy wśród 1200 statystów w pierwszym dniu zdjęciowym filmu Waldemara Krzystka o wrocławskiej Solidarności. Przenieśliśmy się w lata 80. na 90 sekund.

"So-li-dar-ność, So-li-dar-ność, So-li-dar-ność!!!" - skanduję to z uśmiechem i palcami uniesionymi w geście wiktorii już bodaj po raz 600, okrzyk już grzęźnie mi w gardle. Euforia euforią, ale mija właśnie siódma godzina demonstracji radości na moście Grunwaldzkim, a moje półbuty mają 30 lat, są za duże, niewygodne i czuję, że na stopach mam odciski. Jest 31 sierpnia 1980 roku, godzinę temu Lech Wałęsa podpisał porozumienie w Gdańsku, a ja marzę o założeniu moich adidasów, zamianie robotniczych spodni na jeansy i powrocie w XXI wiek. Do Wrocławia 4 września 2010.
1200 moich współtowarzyszy statystów myśli podobnie. Choć dwudziestu zdecydowanie nie ma dosyć i przebiera się z letnich w zimowe ciuchy. Za 3 godziny na moście spadnie śnieg (tzn. zostanie rozpylony), a oni przeniosą się do listopada 1981. Będą przechodniami, gdy będzie jechała nyska z tytułowymi 80 milionami (bardzo starych) złotych.

Gdy w sobotę wieczorem segreguję notatki do tego tekstu, dostaję SMS-a: "Witamy. Jutro, 5 września, kolejny plan zdjęciowy filmu "80 milionów". Zbiórka między 5 a 6 rano przy ul. Mazowieckiej 17. Proszę nie zabierać cennych przedmiotów, tylko prowiant. Pozdrawiamy. Stars". Szkoda, że tym razem nie dam rady - grupa statystów, do której trafiłem, okazała się bardzo solidarna, szybko się zgrała, a w planie niedzielnych zdjęć jest pałowanie nas przez ZOMO, polewanie wodą, bitwy z milicją i spalenie im kilku suk. Jak zgodnie uznaliśmy, "będzie fajnie", bo 5 września 2010 na moście Grunwaldzkim będzie 31 sierpnia 1982 - powtórka z największej zadymy stanu wojennego. Będzie skandowanie "Chcemy być sobą, chcemy bić ZOMO", a nawet "Jebać komunę".

Scena 1: Dziś robotnicy, jutro call center
Na razie jest 4 września, pierwszy klaps filmu Waldemara Krzystka padnie o godz. 8. Statyści muszą się zebrać w siedzibie dawnej Solidarności (dziś Impart) do godz. 6. Pierwszych trzysta osób w wieku od 17 do 60 paru lat (najmilej widziani są długowłosi i brodaci) przychodzi na trzecią. Stajemy w ogon-ku przed wejściem. - Cofamy się w lata 80., to kolejki muszą być - humory dopisują. Dwóch nastolatków analizuje oferty "niefilmowej" pracy we Wrocławiu: - Idź do Jobmana, dają fajną robotę w call center. Sadzają cię przy telefonie i gadasz. Po kilku godzinach dostaniesz przerwę, tylko jak chcesz na siusiu, to musisz zadzwonić do menedżera - tłumaczy jeden z chłopaków, którzy za chwilę w garderobie staną się robotnikami z 1980 r.

Faustyna Król, jedna z kostiumologów, odkłada moje ubrania na wieszak. W przebieralni jestem statystą nr 575. Ale w filmie trafiłem do grupy numer 1, na dodatek w tej pierwszej setce mam... nr 1 (to dzięki alfabetowi). Gdy czekamy na wyjście na most, statyści wygłupiają się, ale Mariusz Broja (opiekunów grup rozpoznajemy po kamizelkach odblaskowych z nr. 1-22) tłumaczy, że na planie żarty się kończą: - Ostatnie prywatne rzeczy proszę pakować do foliowych toreb i wyłączyć komórki, nie wolno robić zdjęć. W czasie ujęcia proszę nie rozmawiać, bo jak gada tysiąc osób, to przeszkadzacie ekipie i będą duble. A już picie alkoholu oznacza zerwanie umowy ze statystą i wyrzucenie z filmu - grozi sympatyczny opiekun, gdy jego radiotelefon głosem wszędobylskiego asystenta reżysera Krzysztofa Kasiora (rocznik 1980) wzywa nas do wymarszu na most.
Po drodze odbieramy rekwizyty: reklamówki, smieny i zorki, siatki ze słonecznikiem albo mlekiem i śmietaną w butelkach ze srebrnymi kapslami. Jakiś długowłosy młodzieniec załapał się na gitarę. Mnie dostaje się zielony chlebak a la Stachura. Darek Zawadka rozdaje kilkadziesiąt biało-czerwonych szturmówek, którymi przez kilka godzin machamy. Oczywiście, gdy reżyserzy przez megafony zakomenderują: "Flagi w górę, grupa 1 i 9 wchodzi na most z lewej, grupa 22 z prawej i dołącza do 9, która idzie od strony placu".

W drodze przechodzimy obok milicyjnych fiatów 125p, którym Adam Kornafel zmienia tablice na wrocławskie. - Skąd je mamy? Przemek, koordynator pojazdów, wyszukał na ulicach wielu miast. Rekwizytorzy śmieją się z pytania, skąd wiedzą, jak "rzeczy codziennego użytku" wyglądały w latach 80., skoro byli wtedy dziećmi. - A jak kręcimy film o renesansie, to też musimy pamiętać, jak się wtedy żyło?

W pewnej chwili słyszę: "A pan co tak notuje jak esbek?". Wtedy ujawniam, że jestem reporterem

Scena 2: A ch... z mostem, mamy Solidarność
Moja grupa będzie wchodziła (jakieś 15 razy) na most Grunwaldzki od ulicy Joliot-Curie. Potem kolejnych kilkanaście razy będziemy przechodzić przez most. W filmie to będzie przez jakieś półtorej minuty. Ustawiam się przy żuku pogotowia wod.-kan., między zaparkowanymi warszawą i maluchem.

Stojący obok młody mężczyzna w okularach i marynarce wydaje się znajomy, a podbiegającego do niego (jakieś 15 razy) energicznego kolegę rozpoznają wszyscy statyści. Z seriali. Okazuje się, że wchodzimy na most Grunwaldzki ramię w ramię z 25-letnim Józefem Piniorem (czyli Krzysztofem Czeczotem) i jego kolegą Maxem, postacią fikcyjną (czyli Marcinem Bosakiem). Bo w scenach 9a i 9b, które dzisiaj kręcimy, gramy z bohaterami filmu. Na dodatek bohaterów musimy słuchać.
- Proszę państwa statystów, nie krzyczcie "hurra", żadnego "hurra" - obrywamy od reżysera po pierwszych próbach improwizacji aktorskiej. - Wchodzicie rozentuzjazmowani i radośni, ale nic nie wrzeszczycie. Dopiero jak bohater krzyknie "Solidarność", wszyscy zaczynamy skandować - wyjaśnia i przez kolejnych 7 godzin powtarza: "Więcej uśmiechu, więcej entuzjazmu, chyba wam damy niebieskie tabletki".

W drugiej scenie, gdy nasza 30-tysięczna grupa (zwielokrotnią nas potem na montażu) jest coraz bardziej zmęczona, ale skanduje coraz radośniej i maszeruje z większą werwą, Józek Pinior dialoguje (jakieś 15 razy) z Maxem i Andrzejem. "Ale rezonans, most Grunwaldzki się zawali". "Chuj z mostem, mamy Solidarność!" - i jakieś 15 razy wsiada do nyski i odjeżdża do zajezdni na Grabiszyńską. Dojedzie do kończących strajk Frasyniuka i spółki (z MPK) dopiero we wtorek. Ponieważ to normalny dzień pracy i nie ma szans na tylu statystów, strajkować będzie wie-lu dzisiejszych związkowców, których delegowała Solidarność.

Scena 3: Statyści nie chcą esbeków
W przerwach między kolejnymi dublami niektórzy demonstranci ustawiają się w kolejce do tojtojek. Inni, popijając red bulle (nie było zakazu), zastanawiają się, czy zdążymy do domu na mecz z Ukrainą, i solidarnie częstują się chesterfieldami: - Wtedy to sprzedawali luzem takie półmetrowe fajki, prosto z fabryki, jeszcze niepocięte - opowiada Marek Miniginowicz, wówczas technolog z Polaru, który w 1983 r. wyjechał za chlebem do Niemiec. - A tam zostawiłem maszynkę, którą robiło się fajki z wyzbieranych petów.

Patryk Wieczorek przysłuchuje się z zainteresowaniem. On w sierpniu 1980 roku się urodził. Jego dziadek był milicjantem. - Ironia losu, sam w akcjach przeciwko Solidarności nie uczestniczył, ale był specjalistą od szkolenia milicyjnych psów, które pewnie nieraz spuszczano na robotników - zwierza się stolarz, którego mama też trafiła do milicji w latach 80. Do dziś jest policjantką.
- A pan co tak notuje jak esbek? - słyszę w pewnej chwili. Rezygnuję z incognito, ujawniam, że jestem reporterem, bo starszym statystom moje zapis-ki źle się kojarzą. Tak jak Ryszardowi Małeckiemu, który powinien się nazywać Sierpień. Urodził się 14 sierpnia 1950 roku, ślub wziął w sierpniu, a w sierpniu 1980 jako łącznik przynosił budowlańcom z WPB informacje z innych strajkujących zakładów. W drodze z Dolmelu do Archimedesa zgarnęli go esbecy. Dziś jest na emeryturze i przyszedł, by jeszcze raz poczuć atmosferę tamtych sierpni.

- Te ciągłe powtórki psują mi atmosferę, ale jak zaczynamy skandować, to aż ciarki przechodzą i wszystko się przypomina. Ciekawe, jak będzie jutro podczas bijatyki z zomowcami.
- Mój syn miał ze mną statystować, ale ma krótkie włosy i zaproponowali, żeby był milicjantem - 60-letnia pani Ewa wyjaśnia nam od razu, że bluzka z krempliny, którą ma na sobie, to 30 lat temu był krzyk mody, a teraz to się z tego materiału niczego nie produkuje. - Mówiłam mu, że to tylko film, ale odpowiedział: "Film, nie film, w życiu nie zagram milicjanta".

Za to Leszek Sztokała, instruktor aikido, wraz ze swoją grupą kaskaderów już się nie mogą doczekać. - Od czasu "Fali zbrodni" kręcą we Wrocławiu tylko filmy o miłości, to jak mamy pokazać, co potrafimy?

Sztokała wie, że jutro pałować ich będą autentyczni policjanci z prewencji, wynajęci przez filmowców. Bardzo się cieszy.
Za to Robert Butwicki, szef firmy "Stars", martwi się, że statystom jest zimno, mokną i praktycznie nie mieli żadnej przerwy.

- Wśród nich jest wiele dzieci moich przyjaciół z opozycji, którym chcieliśmy pokazać, jak młodzi ludzie walczyli z komuną - tłumaczy Butwicki, który 25 lat temu zakładał Międzyszkolny Komitet Oporu. - Dla mnie to, żeby w filmie Krzystka zagrało jak najwięcej wrocławian, to nie sprawa biznesu, tylko honoru.

Gdy Butwicki pyta o nastroje wśród statystów, nie wspominam, że kilku żartem wzywało do… kilkuminutowego strajku i sporządzenia listy postulatów: 1) dłuższa przerwa, 2) więcej ciepłej kawy i herbaty. Niektórzy między ujęciami zaczęli skandować "Pa-da-deszcz, pa-da-deszcz!!!".
Scena 4. Operator całuje, helikopter filmuje

Około godz. 13 robi się gorąco. W sensie filmowym, bo nad mostem pada. Kilka metrów nad naszymi głowami przelatuje (jakieś 15 razy) helikopter. - Mi 2 z tamtych czasów nadal są nawyposażeniu wojska - śmieje się producent Marcin Kurek.

Opuszczam statystów i przechodzę na stronę filmowców. - Niech leci skosem z Biskupina w stronę Urzędu Wojewódzkiego i nad demonstrantami - przysłuchuję się, jak Krzystek "reżyseruje" grę śmigłowca.

- Ryzykownie lata - ocenia Julia Popkiewicz, druga reżyser, która jest odpowiedzialna za obsadę. Najpierw lekarzem miał być mężczyzna, ale dzięki Popkiewicz zagra tę postać Sonia Bohosiewicz. - W męskim kinie przyda się jakaś piękna, mocna kobieta - śmieje się Julia Popkiewicz, pokazując, że w akcji jest teraz kilka kamer. Jedna na 15-metrowym ramieniu, druga na 40-metrowym pod-nośniku, trzecia w helikopterze (no bo SB filmowała z góry).

Zza pleców podglądam monitor, w którym filmowcy przeglądają zdjęcia. Są imponujące. Jesteśmy nakręceni z każdej strony. Statyści po raz ostatni maszerują z okrzykami "So-li-dar-ność, So-li-darność", a operatorowi Piotrowi Śliskowskiemu udziela się euforia, całuje Waldemara Krzystka w głowę. "Brawo, brawo, byliście za-je-biś-ci" - Andrzej Bednarski, drugi reżyser, dziękuje statystom.
Stajemy w kolejce do garderoby po ubrania. - No masz, zdjęcia się skończyły, a tu dalej jak za komuny - komentuje statysta, który spieszy się na mecz z Ukrainą. Opiekunowie poszukują kil-ku osób, w tym mnie. Pewnie zagraliśmy role życia. A jednak nie. To rekwizytorzy. Muszę oddać mój zielony chlebak a la Stachura.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

m
mic
Nie raz na naście tylko zamknięty był pierwszy raz od 100 lat! Więc o co kaman???
s
solidny
dzięki za fajny tekst:-)
s
statysta
a ja Pana reportera widziałem, stojąc przy pomarańczowym maluchu w sobotni poranek, w kusej koszulinie i dzwoanch w kant obserwując statystę skrzętnie notującego zaistniałe wydarzenia...
M
Merylin
przyjemnie się czyta nie tylko tę relację ale i wiele innych pana autorstwa co klasa to klasa od razu widać
m
miron
Co za ludzie... na dwa dni lekkie utrudnienia w ruchu i wielki płacz... ile w tych korkach straciliście czasu ? świat się skończył ?
Codziennie jakaś byle jaka stłuczka, awaria sygnalizacji albo zepsuta ciężarówka powoduje utrudnienia w ruchu i jakoś z tym żyjemy... raz na naście lat zamykają na chwile most żeby nakręcić film (oby dobry był ;) ) i jest wielki lament.
Wyluzujcie... pojedźcie objazdem wiedząc, że coś się dzieje. Nie było mnie we wro w weekend ale stawiam, że korki były i tak o połowę mniejsze od tych w ciągu tygodnia... mam rację ?
W
W-w
w korkach -byłoby same piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Wrocławska
Dodaj ogłoszenie