Gdzie nie spojrzeć - wszędzie grozi katastrofa. Nawet Gibraltar znów nas straszy. Na boisku

Janusz Michalczyk
Janusz Michalczyk
Janusz Michalczyk Paweł Relikowski
Informację o tym, że obywatel Niemiec jechał pod prąd naszą autostradą, dotarł niemal pod Legnicę i był święcie przekonany, że nadal przebywa w terenie kontrolowanym przez Angelę Merkel, przyjąłem ze sporą satysfakcją. Mimo że istniała groźba katastrofy w ruchu lądowym.

To nie pierwszy taki przypadek, więc moje zadowolenie bierze się z konstatacji, że obcokrajowcy nie zauważają żadnej różnicy w jakości nawierzchni, a też obserwowany krajobraz nie budzi w nich wątpliwości, że nadal przebywają w obszarze cywilizacji zachodniej, co 20-30 lat temu wcale nie było takie oczywiste. I nie zmienia tej korzystnej oceny fakt, że Niemiec zabłądził po ciemku, w środku nocy, a ponadto ma już ósmy krzyżyk na karku, więc jego ostrość widzenia może być kwestionowana.

Katastrofą zapachniało też po losowaniu grup eliminacyjnych do mistrzostw Europy w piłce nożnej, których finały za dwa lata będą rozegrane we Francji. Tym razem nie dlatego, że znów trafiliśmy na Niemców, ale z powodu wylosowania reprezentacji Gibraltaru, który pozostaje, jak wiadomo, pod opieką Anglików, skłóconych w tej sprawie z Hiszpanami. Ten zespół występuje na arenie międzynarodowej od niedawna, ale już zdążył zremisować bezbramkowo ze Słowacją, z którą nasze orły niedawno przegrały we Wrocławiu, tracąc dwie bramki, co powinno dać do myślenia selekcjonerowi Adamowi Nawałce. Warto przypomnieć, że już zaliczyliśmy kiedyś zagadkową katastrofę w Gibraltarze z udziałem naczelnego wodza, generała Władysława Sikorskiego. I niech nas nie uspokaja fakt, że Instytut Pamięci Narodowej po wnikliwym śledztwie i ekshumacji nie znalazł dowodów na spisek polskich oficerów czy zamach angielskich agentów.

Ludzie związani z PiS stoją na mocno utwardzonym stanowisku, że minister Radosław Sikorski jest największą katastrofą w dziejach polskiej dyplomacji, więc nic dziwnego, że nie przepuszczają żadnej okazji, by go ukąsić, nawet gdy grozi im z tego powodu ośmieszenie. Jak wiadomo, minister odegrał dużą rolę podczas dramatycznej rozgrywki na Ukrainie, której rezultatem okazało się odsunięcie Wiktora Janukowycza od władzy. Dziennikarze nagrali przypadkowo Sikorskiego, jak w kuluarach mówi "wszyscy zginiecie", chcąc za wszelką cenę skłonić opozycję do podpisania porozumienia z Janukowyczem. Według interpretacji PiS, minister naciskał na Ukraińców, bo jest sługusem Moskwy, a nie dlatego, że pragnął uniknąć eskalacji przemocy i wybuchu wojny domowej.

Gołym okiem widać, że nienawiść do Sikorskiego odbiera ludziom PiS zdrowy rozsądek. Wiele wskazuje na to, że porozumienie zostało uznane przez otoczenie Janukowycza za ostateczny dowód jego słabości i zadziałało jak sygnał do panicznego odwrotu. Z tego punktu widzenia zabiegi Sikorskiego miały zatem sens, choć już po kilkunastu godzinach prezydent uciekł z Kijowa. Nie przypominam sobie, żeby politycy PiS z trybuny na Majdanie wzywali Ukraińców do szturmowania pałacu prezydenckiego. Ba, nawet bili brawo rządowi w Sejmie za działania na Ukrainie. A teraz, proszę, znów mamy "zaprzaństwo".

Na domiar złego Polacy zdobyli w Soczi aż sześć medali, w tym cztery złote, więc nie ma sportowej katastrofy. Zupełny dramat.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie