Człowiek u Smarzowskiego nie brzmi dumnie. 8 października do kin wchodzi jego najnowszy film "Wesele"

Ryszarda Wojciechowska
Ryszarda Wojciechowska
Kadr z filmu "Wesele".
Kadr z filmu "Wesele". mat. prasowe
Człowiek u Smarzowskiego nie brzmi dumnie. Wystarczy tylko poskrobać to pozłotko, które na nim jest, zeskrobać drobiny kultury i... wychodzi potwór. A bohaterowie o jakichś odruchach moralnych przegrywają - mówi filmoznawca prof. Krzysztof Kornacki.

Czeka pan na najnowsze "Wesele" Wojciecha Smarzowskiego?
Jako filmoznawca - tak. Ale jako kinoman mniej. Po pierwsze, świat przedstawiony w jego filmach, bardzo czarny, nie jest mi bliski. Po drugie, zaczynam myśleć, że Wojciech Smarzowski staje się coraz bardziej przewidywalny. Wiem już jaki następny film zrealizuje.

To znaczy?
Smarzowski ma wyraźną ideową agendę. Nakręcił "Kler" o pedofilii w Kościele. A teraz, sądząc po zwiastunach, drugie "Wesele" jest o trudnych relacjach polsko-żydowskich. No to pewnie następny film będzie o ekologii albo prawach osób LGBT.

A to źle, że on ma ucho na to, czym teraz żyjemy kulturowo?
Zastanawiam się nad tym, czy ma to ucho. Jak wspomniałem, nie jestem wielkim fanem Smarzowskiego jako autora i jego wizji świata. Natomiast jestem fanem jego reżyserskiego talentu. Tego, jak potrafi prowadzić aktorów, jak potrafi opowiadać współczesnym językiem wizualnym, a także tego jak potrafi pisać scenariusze i tworzyć gęstą, często sensacyjną, skomplikowaną strukturę fabularną i narracyjną. To wszystko jest absolutnie nie do podważenia. Jak również to, że aktualnie Wojciech Smarzowski jest na pewno jednym z trzech największych polskich reżyserów. I jeszcze ten jego czarny humor…

To o co chodzi?
Kiedy pani mówi, że on ma ucho do pewnych tematów, to dla mnie oznacza, że wie coś, czego inni nie wiedzą. Ale tak nie jest. On tylko raczej wykorzystuje koniunkturę, to, co już w kulturze istnieje. Problem pedofilii w polskim kościele, który pokazał w filmie "Kler" był już dla Polaków oczywisty. Teraz w "Weselu", jak sam twierdzi, wraca do Jana Tomasza Grossa, który już od dwudziestu lat nam towarzyszy i nie jest niczym nowym. Było już kilka filmów na ten temat. Smarzowski raczej zbiera fale zainteresowania, niż przykłada gdzieś ucho, by usłyszeć to, co dopiero nadchodzi.

Ale to jednak artysta odważny i niepokorny, idzie z tematami pod prąd.
W tak silnie podzielonej rzeczywistości społecznej niepokorność zależy dzisiaj od środowiska, w którym się znajdujemy. Wiemy, że w środowisku filmowców dominuje progresywne myślenie. I na tym tle poglądy Smarzowskiego nie są kontrowersyjne, tylko oczekiwane. A niepokorność zakłada jakieś wyzwanie, być może strach przed odrzuceniem, ostracyzmem grupy, do której się przynależy. Wojciech Smarzowski nie zostanie potępiony przez swoje środowisko, przez inteligencję, klasę średnią, mieszkańców większych miast za to, że zrobił drugie "Wesele". Wręcz przeciwnie, pewnie milion czy dwa miliony osób pójdzie do kin, będzie się pisało o ważnej sprawie. A widzowie, którzy mają inny pogląd na rzeczywistość, bardziej tradycjonalistyczny, za bardzo go nie obchodzą, nie jest od nich zależny. Nie jestem pewien czy miano „twórca niepokorny” do niego pasuje.

Jednak podejmuje różne, niewygodne dla dużej części Polaków, tematy.
Są to ciągle podobne tematy – grzechów Polaka - prowincjusza, plebeja, niedzielnego katolika. Moim zdaniem, filmowy świat Wojciecha Smarzowskiego jest raczej jednolity. Od samego początku jego twórczości to zresztą świat pamfletu, przerysowania, karykatury, groteski. Kino, które ma raczej przekonywać do założonej tezy, niż opisywać złożoność świata, oddziaływać emocjonalnie, a nie intelektualnie. Spójrzmy choćby na pierwsze "Wesele", z tą nagromadzoną ilością nieprawdopodobnych sytuacji dramatycznych, które dryfują w stronę przesadni. Potem niemal w każdym jego filmie było podobnie, poza - to ciekawe - dwoma filmami historycznymi, które nakręcił.

Chodzi o "Różę" i "Wołyń"?
W tych filmach był bardziej zdystansowany. I pokazywał, że świat jest bardziej złożony. Natomiast w filmach współczesnych stosuje - powtórzę - strategię pamfletu, czyli bardzo dosadnej krytyki, na granicy karykatury. Nie niuansuje rzeczywistości. To nie jest "Boże Ciało" czy "Ida". Jego filmy mają wstrząsnąć.

W jednym z wywiadów Smarzowski zapowiada, że jego najnowsze "Wesele" może być zakazane w Polsce. Sceny z filmu, które można obejrzeć w internecie, robią wrażenie. Z ambony pada m.in., że Polska zawsze miała jakiegoś wroga - kiedyś żydowskiego, a dzisiaj tęczowego...
Rozumiem, że władza - dodam, że każda - ma różne zakusy na ręczne sterowanie kulturą. Ale na razie żaden film nie leży na półce. A pojawiło się już kilka niewygodnych, które mogą nie odpowiadać partii rządzącej. Był przecież „Kler”, był „Pokot”, było "Pewnego razu w listopadzie" o Marszu Niepodległości, więc okazji do ewentualnej cenzury było już kilka. Nie sądzę więc, żeby zakazano oglądania filmu Smarzowskiego. Trochę mi się to kojarzy ze strategią promocyjną Patryka Vegi, gdy jego "Polityka" miała wejść na ekrany. Przekonywał, że film będzie „półkownikiem”. I chociaż Smarzowski jest o dwa nieba lepszym reżyserem, to w tej strategii marketingowej – ale też i wizji świata - przypomina mi Vegę.

Ale na pewno dla wielu widzów kino Smarzowskiego jest bolesne. Obnaża nasze narodowe wady, przywary i grzechy.
Część z tych wad. „Narodowe” oznacza tu „konserwatywne”, „katolickie”, „plebejskie”. A myślę, że żadne grupy społeczne nie są idealne. Od pierwszego filmu Smarzowskiego czekam, aby z równą pasją pochylił się on na przykład nad środowiskiem, w którym sam żyje. Oczywiście, jego filmy są bolesne. Zwłaszcza, kiedy radykalnie atakuje pewne wyobrażenie o nas samych. Być może ten ból jest ważny. Może dla niektórych ma nawet wartość katarktyczną. Chociaż warto pamiętać, że w tragedii greckiej katharsis nie była konsekwencją uproszczenia i karykatury. Oglądając "Kler" wiem, że w Kościele są te grzechy, które widzimy na ekranie. Ale nie w takich proporcjach – i to odbiera światu przedstawionemu wiarygodność. Nie jest aż tak czarno, jak pokazuje to "Kler". W polskim Kościele znalazłbym jednego, sprawiedliwego księdza. W filmie nie jest nim ksiądz grany przez Jakubika – to dobry człowiek, ale niekoniecznie kapłan.

Można wybrzydzać, można się spierać, ale kino Smarzowskiego to jest jednak fenomen, który przyciąga miliony widzów do kin.
Ludzie zwykle chodzą na Smarzowskiego nie po to, by poznawać świat - znów może poza "Różą" i "Wołyniem", ale by utwierdzać się we własnych przekonaniach i emocjach. Smarzowski trafia do swojej grupy widzów, „swojego elektoratu”. Dlatego tak wiele osób poszło na "Kler". Bo bardzo wielu ludzi nie lubi dziś Kościoła – by nie użyć określenia mocniejszego…

Jak jeszcze można spojrzeć na Smarzowskiego?
My go kojarzymy głównie jako krytyka współczesności lub komentatora przeszłości. I w jednym i drugim przypadku chodzi o jakiś niepowtarzalny kontekst społeczny i kulturowy. Tymczasem obserwując jego karierę od początku mam wrażenie, że jedno się w jego filmach nie zmienia - bardzo pesymistyczna wizja świata. Powtarzalność, to oczywiście nie jest zarzut dla artysty-autora.

To jak to rozumieć?
U Smarzowskiego świat ludzki to menażeria złych stworzeń. I on tylko szuka, do kogo te negatywne cechy przypasować. To jest naturalistyczne uniwersum utopione w alkoholu, pełne zwierzęcej bez mała agresji i instynktów, utytłane w błocie. Pamiętam, jak się Smarzowski ucieszył, gdy na planie "Domu złego" spadło więcej deszczu niż było trzeba i całe podwórko Dziabasów zamieniło się w bagno, w którym aktorzy mogli się zanurzyć… Człowiek u niego nie brzmi dumnie. Wystarczy tylko poskrobać to pozłotko, które na nim jest, zeskrobać drobiny kultury - i wychodzi potwór. A bohaterowie o jakichś odruchach moralnych przegrywają. W związku z tym czasami myślę, że ważniejszy od Smarzowski socjologa czy historyka jest Smarzowski filozof-pesymista, antropolog, przekonany, że człowiek z natury jest zły. Nie przez przypadek chyba lubi kolekcjonować siekiery…

Z filmów, które Smarzowski stworzył, który uznałby pan za najbliższy swojemu sercu?
„Dom zły” za jego narracyjną maestrię i "Wołyń", bo jest najbardziej zniuansowany. Tam nie rozdaje się racji cepem. Nie kwestionuje się ludobójstwa ukraińskiego, bo trudno to zakwestionować, ale jednocześnie pokazuje się w tym filmie paletę różnie moralnie ocenianych postaw. Film pokazuje paradoksy rzeczywistości, jak np. w scenie, kiedy główną bohaterkę – Polkę - ratują przed Ukraińcami Niemcy. To jest właśnie ta złożoność historii i świata, która nas czasami zaskakuje. I taki właśnie Smarzowski byłby mi bliższy. Bo ja wolę "Idę" niż "Pokłosie". Uważam, że "Ida” i tak spełnia swoją rolę, bo pokazuje nasze, polskie grzechy, ale jednocześnie nie próbuje tego robić w sposób łopatologiczny czy nawet agresywny. Brakuje mi takiego Kieślowskiego, który stosował symetryzm - za który dostał wtedy po uszach i za który dziś także można oberwać – gdy próbował zrozumieć wszystkich swoich bohaterów.

Może czasy są inne, nie dla kina Kieślowskiego, tylko dla kina Smarzowskiego właśnie.
To znaczy, że czasy są rewolucyjne i trzeba stosować rewolucyjne metody? To nie jest akurat mój pogląd na świat. Uważam, że wciąż istnieje nie tylko szansa, ale i konieczność dialogu. Nie musimy się zamykać w okopach św. Trójcy czy św. Tęczy.

Wideo

Materiał oryginalny: Człowiek u Smarzowskiego nie brzmi dumnie. 8 października do kin wchodzi jego najnowszy film "Wesele" - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie