Były magnetofony szpulowe i kasetowe, konsola montażowa oraz "pipczek". Krzysztof Tenerowicz tworzył audycje do radia "Solidarność Walcząca"

Maciej Rajfur
Maciej Rajfur
Udostępnij:
Krzysztof Tenerowicz był związany z radiem "Solidarność Walcząca", pracował też w Telewizji Polskiej. Działacz "SW" chętnie opowiada, jak wyglądało tworzenie podziemnej radiostacji.

Maciej Rajfur: Zapewne, jak u większości członków, Pana przygoda z działalnością opozycyjną zaczęła się jeszcze w „Solidarności”.

Krzysztof Tenerowicz: Zgadza się. Razem z kolegą zakładaliśmy „Solidarność” w telewizji wrocławskiej. W latach 1980-81 to była struktura dosyć prężna, robiliśmy strajki, zawieszaliśmy program i wychodziliśmy na balkon przed budynek, gdzie manifestowaliśmy. Głównie po zamieszkach bydgoskich. Nadszedł 13 grudnia 1981 - stan wojenny. Byliśmy zszokowani i zaskoczeni. Już następnego dnia pobiegliśmy do naszej koleżanki, która była członkiem PZPR. W tej sytuacji szukaliśmy jakiegokolwiek kontaktu, żeby się dowiedzieć, co dalej z nami będzie. Ona nas uspokajała, że wszystko będzie dobrze. Okazało się, że dla niej niekoniecznie, bo kilka dni później została internowana i siedziała przez 1,5 roku.

Przestraszyło to Pana?

To był pierwszy poważny sygnał dla mnie, jak się wszystko odbywa. Spotkaliśmy się z kolegami, m.in. z Jacentym Lipińskim, Zygmuntem Gabertem i stwierdziliśmy, że coś trzeba robić. W tym czasie Tadeusz Świerczewski, który był działaczem RKS-u Wrocław, powiedział, żebyśmy się skrzyknęli i zrobili jakieś radio. Już w nocy z 13 na 14 grudnia Tadek w porozumieniu z dr. Ryszardem Majem, lekarzem pogotowia, wykradł stację z karetki. Tej stacji używaliśmy po pierwsze do nasłuchu tego, co się dzieje. Potem, kiedy Tadek stwierdził, że trzeba zrobić radio i powołać grupę radiowców, to ja zaproponowałem właśnie Jacka i Zygmunta, dwóch elektroników Telewizji Polskiej we Wrocławiu. Oni podjęli się przygotowania sprzętu najpierw nadawczego a potem też do odsłuchiwania komunikatów SB i milicji.

Jak wyglądało radio technicznie?

Gdzieś na przełomie stycznia i lutego jednym z tych odbiorników nadaliśmy alfabetem Morse`a wiadomość na satelitę niemieckiego OSKAR. On wprawdzie był nieczynny, ale my próbowaliśmy się z nim porozumieć. Potrzebny nam był kontakt z kimkolwiek na Zachodzie w celu pomocy w naszej działalności. Jak się potem okazało, ten sygnał został odebrany, mimo, że satelita był oficjalnie nieczynny. Próbowaliśmy przesyłać informacje przez te satelity jeszcze kilkukrotnie. Głównym naszym celem było jednak przygotowanie do nadawania programów radiowych. Znajomość możliwości odbiorników leżała tu po stronie Zygmunta i Jacka. To oni stworzyli te nadajniki.

Wiem, że ma Pan coś wspólnego także z powieszeniem ogromnej flagi „Solidarności” na kominie elektrociepłowni. Jak to się odbyło?

W lutym 1982 roku jako grupa pod namową Tadeusza uznaliśmy, że trzeba powiesić flagę „Solidarności” na kominie elektrociepłowni. Dogadaliśmy się z grupą taterników. Ja podjechałem pod elektrownię samochodem razem z jednym taternikiem i stanąłem przy płocie. Wysiadłem i poszedłem do domu, bo była godzina policyjna i nie mogłem czekać w aucie. Rano o 6 przyszedłem po samochód. Taternik już na mnie tam czekał. Kiedy się rozjaśniło flaga o rozpiętości 18 metrów pojawiła się na kominie. Wywołało to straszną wściekłość dyrekcji elektrociepłowni. Próbowano ściągnąć ludzi, którzy mieli uprawnienia do wchodzenia na komin, żeby to zdjęli. Oni się wdrapali i zobaczyli tam jakieś paczki. Uznali, że mogą to być jakieś niebezpieczne ładunki. Dopiero ściągnięto specjalną grupę saperów z Warszawy, którym udało się zdjąć flagę. Koniec końców potężny napis ”Solidarności” widniał cały dzień na kominie.

Pracował Pan równolegle w telewizji?

Nie i bałem się wtedy wrócić do pracy, ponieważ funkcjonowała komisja weryfikacyjna, która zwalniała chętnie z pracy. Wielu dziennikarzy po prostu wyrzucano. W związku z tym do marca nie mogliśmy wstępować do telewizji. Wypłacano nam pobory przy biurku na zewnątrz, na ulicy. Pani kasjerka siedziała w grubym płaszczu i wyliczała nam pieniądze. W kwietniu uruchomiono telewizję, ale wojskową. W związku z powyższym poddałem się i poprosiłem medyków, żeby mnie, delikatnie mówiąc, położyli. Zwolnienie lekarskie miałem do grudnia 1982 roku i nie pojawiałem się w ogóle w telewizji, dzięki czemu nie podlegałem komisji weryfikacyjnej. A wiedziałem, że mnie chętnie zwolnią.

Jak Pan się znalazł w radiu „Solidarności Walczącej”?

Po tym jak Romek Lazarowicz zrobił swoją audycje bezpośrednio z manifestacji 31 sierpnia, Kornel napisał do Tadeusza, czy ja bym się podjął robienia audycji. Zgodziłem się bardzo chętnie i przejąłem nadajnik. Wtedy właśnie dołączyłem do „SW”. Miałem dobry sprzęt, dobre magnetofony szpulowe i kasetowe, bo byłem fascynatem. Dostałem konsolę montażową i tzw. „pipczek”, czyli przerywnik, który się montowało po wiadomościach. Otrzymałem również słynną puszeczkę, którą usuwało się wszystko w przypadku zagrożenia. Wkładało się do niej kasety i jednym przyciśnięciem guzika kasowało się ich zawartość. Od września przygotowywałem audycje.

Jak wyglądała organizacja tych audycji?

Dostałem informację, że mam przyjeżdżać pod trzecią latarnię na plac Grunwaldzki w środy o godzinie 18. Podjeżdżałem tam samochodem, wsiadał facet, wymienialiśmy hasło i odzew. On wtedy dawał mi materiały do audycji, głównie różne teksty. Tym mężczyzną, który wsiadał do mnie do samochodu w bereciku nasuniętym na pół twarzy, był, jak się później w 1990 roku okazało, Jan Pawłowski - szef kontrwywiadu „SW”. Ja nie wiedziałem zupełnie, kto to jest. Podawaliśmy sobie hasło i odzew. Tak się porozumiewaliśmy. Miałem pseudonim „Korek”. Od tego momentu, od września byłem już mocno związany z „SW”. Materiały przywoziłem do domu i nagrywałem je m.in. z Zygmuntem Bielawskim - aktorem Teatru Polskiego. Moja żona z córką pilnowały, czy na ulicy jest czysto, a my działaliśmy. Na końcu montowałem materiał i od razu robiłem około 10 kopii, które przekazywałem grupom do emisji. Każda z nich miała magnetofon kasetowy i nadajnik. Nagrywanie trwało jedną dobę, a cała audycja miała ok. 10 min.

Dlaczego akurat tyle?

Dłuższe audycje powodowały, że łatwo było namierzyć nadajniki. Kiedy zaczęliśmy nadawać, SB zauważała, że ktoś nadaje i wiedzieli w jakiej części Wrocławia, ale więcej informacji nie mieli. Potem w piątek robiłem około dziesięciu kaset i jechałem znowu pod trzecią latarnię na placu Grunwaldzkim, gdzie przekazywałem dla grupy, która zajmowała się już emisją tych audycji.

Jaka była konstrukcja audycji?

Najpierw puszczaliśmy sygnał, a potem po kolei leciały wiadomości przerywane tym sygnałem. Audycje robiłem w domu do marca. Później na naszym osiedlu Zalesie zaczęło się robić bardzo gorąco. Tutaj działała przecież drukarnia Romka Lazarowicza, tu mieszkał także Tadeusz Świerczewski, który został aresztowany 5 października 1982. Kiedy zatrzymano Frasyniuka i Baśkę Labudową na Biskupinie, niestety mieli oni przy sobie kontakty i adresy, co spowodowało, że tego samego dnia aresztowano ponad 60 działaczy RKS-u i „Solidarności”. Musiałem zaprzestać robienia audycji. Zająłem się kolportażem. Pracowałem we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Wziął mnie tam do pracy Kazimierz Braun. Zrobiliśmy wspaniały spektakl pt. „Dżuma”. Swoją drogą w 1984 Brauna też wyrzucili z pracy. W ramach protestu wielu pracowników, w tym ja, odeszliśmy. Pracowałem potem w teatrze Grotowskiego i w Teatrze Polskim. Potem zostałem radnym Wrocławia.

Co było treścią tych audycji?

Wiadomości bieżące. Nadawaliśmy o tym, co się dzieje np. gdy ludzi aresztowali.

Złożył Pan przysięgę „Solidarności Walczącej”?

Nie, nie złożyłem. Nasza grupa radiowców była niewielka. Działaliśmy w trzy-cztery osoby.

Jak wyglądała technologia tworzenia konspiracyjnych audycji w tamtych czasach?

Trzeba rozróżnić technologię przygotowania audycji od jej emisji. Ja z emisją niewiele miałem wspólnego, bo od tego była specjalna grupa, która dawała magnetofon i nadajnik. Ja montowałem. Pamiętam, jak robiłem bardzo dużą audycję, której niestety już nie mam. To było na Boże Narodzenie w 1982 roku. Nagrywałem tam m.in. kolędy. W tej chwili w Internecie można odsłuchać siedmiu moich audycji. Reszta przepadła.

Co się stało z resztą?

Pojechałem kiedyś po prasę do punktu. Wracając zauważyłem, że mój pies biega po ulicy. Patrzę zdziwiony, a tu jakaś staruszka idzie. Przyhamowałem, żeby zobaczyć, co ten mój pies robi, a tu okazuje się, że staruszka to moja żona, która opatuliła głowę dużym szalem. Mówi do mnie „Słuchaj, wpadka!”. Chodziło o aresztowanie Tadeusza. Ja oczywiście już nie wszedłem do domu, tylko pojechałem gdzie indziej zawieźć prasę i dopiero wróciłem. Część swoich archiwów przekazałem do sąsiadów, głównie do mojej córki, która mieszkała obok. Dzięki temu kilka audycji się zachowało. Moją żonę aresztowali, była rewizja SB w domu i z tego powodu zniszczyłem wiele materiałów, które miałem. Podczas rewizji pytali mnie co to za taśmy. Odpowiedziałem, że muzyka np. Fryderyk Chopin. Oni trzy kasety przesłuchali. Tam rzeczywiście była muzyka. Dalszych już na szczęście nie włączyli i nie natrafili na audycje.

Znaleźli coś podczas rewizji u Pana w domu?

Z tym wiąże się śmieszna historia. W kuchni leżały nielegalne gazetki. Moja teściowa, która z nami mieszkała, jak oni przyszli, zaczęła psa drapać w tyłek. Ten dostał amoku i szału, szarpał się i szczekał. Ona wtedy powiedziała „Uważajcie panowie na groźnego psa”. A to był pudel królewski, najspokojniejszy pies na świecie! (śmiech). Ale strasznie szalał, więc oni bali się wejść do kuchni. I nie znaleźli bibuły. Ale na przykład przeczesali mi piwnicę i pytali, dlaczego palę w piecu. Przeszukiwali ogród. Aresztowali moja żonę na 24 godziny, a potem mnie. Dwukrotnie chodziłem na przesłuchania. Esbecja bardzo interesowała środowiskiem kultury, teatrem, aktorami, ponieważ to otoczenie było mocno antykomunistyczne.

Zniszczył Pan nagrania z kaset ze względu na zagrożenie – to zrozumiałe. Czy te, co zostały wyniesione do sąsiadów, Pan odzyskał?

Tak, dlatego można ich odsłuchać dzisiaj w Internecie.

Skąd się wzięła u Państwa rewizja?

Wpadli na nasz trop, bo żona działała w „Solidarności”, cały czas zajmowała się kolportażem prasy. Pracowała w wojewódzkim sanepidzie. Ogłaszała komunikaty, wywieszała ulotki. Esbecy przyszli i najpierw zrobili jej rewizję w pracy. A potem przywieźli ją do domu. W tym czasie zadzwonił do mnie jej szef i powiedział mi, że jedzie do domu żona w towarzystwie. To mi wystarczyło, żeby się zorientować, o co chodzi.

Co Pan wtedy zrobił? Miał Pan trochę czasu na „porządki”?

Na szczęście tak, bo im się pomyliła ulica. Pojechali na Karłowice zamiast na ulicę Karłowicza na Zalesiu. Zdziwili się na Karłowicach i pytają żony, gdzie mieszka, a ona odpowiada, że kompletnie nie tutaj. Wydarli się na nią, czemu nie mówiła. Wytłumaczyła, że jechała tam, gdzie ją wiozą. Po tym wszystkim zamknęli ją na 24 godziny

Czym się różniła „SW” od „Solidarności”?

„Solidarność” uważała, że trzeba prowadzić rozmowy z rządem i nie należy stwarzać sytuacji, które mogłyby być groźne dla poszczególnych działaczy. Które mogłyby skutkować aresztowaniami, więzieniem. Dlatego należy postępować spokojnie. Natomiast Kornel i „Solidarność Walcząca” chcieli walczyć o to, żeby Polska była po prostu krajem wolnym.

Jakie było Pana stanowisko wówczas?

Oczywiście poparłem „SW”. Co do tego nie miałem żadnych wątpliwości. Bardzo mi zależało na tym, żeby doprowadzić do sytuacji, która częściowo wydarzyła się w 1990 roku. Doprowadziliśmy do wyborów, co prawda nie całkowicie wolnych, ale częściowo wolnych. Potem czas brutalnie pokazał, że to nie Władek Frasyniuk, a Kornel miał rację.

Co to znaczy?

Kornel miał rację, że trzeba walczyć do oporu. Walczyć o to, żeby Polska była wolna, żeby się pozbyć wojsk sowieckich, żeby się mogły odbyć prawdziwie wolne wybory. Najpierw myśleliśmy, że możemy wspólnie walczyć ramie w ramię z „Solidarnością”, a potem się okazało, że nie. Między nami była zbyt duża różnica.

W jaki sposób był Pan wdrażany w konspirację?

Wprowadził mnie Tadeusz Świerczewski. Nie tylko zresztą mnie. Większość ludzi pochodziła z „Solidarności”.

Jakie było Pana podejście do ryzyka? Bał się Pan, że może wpaść?

Powiem Panu uczciwie, że niespecjalnie się baliśmy. Robiliśmy swoją robotę i byliśmy pewni, że wykonujemy ją dobrze. Oczywiście były trudne sytuacje, na przykład po aresztowaniu Tadeusza Świerczewskiego 5 października 1982. Przybiegła do mnie jego matka powiedzieć, że Tadeusz został aresztowany i przyciągnęła za sobą „smugę”. Naprzeciwko domu siedziała potem cały czas para i obserwowała nas. Moja teściowa śmiała się, że może im chociaż kawy zrobi. Szkoda jej się zrobiło, że tacy zmarznięci tam siedzą. Nie wiem dlaczego, ale wszystko to znosiliśmy spokojnie. Wiedzieliśmy, co robimy.

Co Pan robił, kiedy skończył Pan działalność radiową w marcu 1983 roku?

Po aresztowaniu Tadeusza wzmogły się kontrole Zalesia. Przekazałem konsoletę i magnetofon kasetowy kolejnej ekipie. Ja wtedy zająłem się kolportażem prasy. Jechałem do punktu, odbierałem prasę i rozwoziłem ją do kolejnych punktów po Sępolnie, Biskupinie. Część brała moja żona. Część inne osoby, które wiedziały, że mają dostać bibułę i czekały na mnie. Nigdy przy tym nie wpadłem. Nawet po tej sytuacji z rewizją kontynuowaliśmy działalność, tylko robiliśmy to ostrożniej. Zwracaliśmy uwagę, czy nie krąży wokół nas obstawa.

Państwo z żoną oboje byliście zaangażowani w działalność opozycyjną. Zdarzały się wspólne nerwowe sytuacje?

W momencie, kiedy wprowadzono stan wojenny, wpadliśmy z żoną od razu na pomysł, że muszę do nas ściągnąć teściową, która mieszkała w Wieluniu. Pojechałem po nią w niedzielę rano i wjeżdżając z powrotem do Wrocławia widziałem rozstawione posterunki. Na szczęście nie byłem zatrzymywany. Udało się. Innym razem nasza córka była rehabilitowana na Poświętnym i my często do niej jeździliśmy. Po drodze znajdował się punkt, który kontrolował samochody. Zatrzymano nas. Moja żona wpadła na genialny pomysł i poczęstowała żołnierzy papierosami, a w tych papierosach były ulotki! Ja jej mówię „Co ty robisz? Przecież jak je zobaczą, to nas nakryją”. Mieliśmy dużo szczęścia, że ich nie zauważyli.

Czyli łączyła was nie tylko miłość, ale także poglądy antykomunistyczne.

Oboje byliśmy zadeklarowanymi antykomunistami. Szczególnie po tym, co zobaczyłem, pracując w telewizji. Ja byłem jedyny, który w telewizji nie należał do PZPR-u. Kiedy odmówiłem wstąpienia, na siłę próbowali mnie zmusić. Powiedziałem, że nigdy w życiu tego nie zrobię. My walczyliśmy o to, żeby w Polsce nastał ustrój inny niż komunistyczny. Mojej żonie groziło wyrzucenie z pracy. Była podejrzana, że jako działaczka „Solidarności” organizuje jakieś spotkania pracowników.

Dlaczego Pana żona nie dołączyła do „SW”?

Zajmowała się kolportażem gazety i nie potrzebowała należeć do „SW”.

Kiedy drogi „SW” i „Solidarności” się rozeszły, nie mieliście problemu, żeby to pogodzić w domu?

Nie, bo żona była bardzo bliska moim poglądom. Jesteśmy małżeństwem już 56 lat i w związku z tym poglądy mamy zbliżone. (śmiech) Nasze dzieci też. Córka bardzo nam pomagała w roznoszeniu ulotek, zanoszeniu ich do sąsiadów. Bardzo byłem jej wdzięczny, że też się zaangażowała. Kłótni o „Solidarność” czy „Solidarność Walczącą” nigdy nie było. Zresztą żona czuła, że i tak bliżej jej do moich poglądów.

Państwa córka też ryzykowała, pomagając.

Zdecydowanie tak. Ona miała w 1984 roku 14 lat. Po wpadce Tadeusza baliśmy się rewizji, na szczęście tylko obserwowano dom.

Jakie według Pana są ideały „SW” dzisiaj?

Bardzo jasne. Trzeba walczyć o Polskę wolną. My robiliśmy wszystko, co tylko w naszej mocy. Sztandary, audycje, gazetki. Chcieliśmy, żeby Polska była wolna, żeby wojska radzieckie odeszły.

Skąd brały się Pańskie poglądy?

One wzięły się z domu, od mamy i taty. Moja babcia w latach 20. była zwolenniczką Piłsudskiego. Dziadek również. On przez wiele lat piastował stanowisko dyrektora rafinerii naftowej. Co ciekawe, Gomułka pracował u niego jako ślusarz. W 1956 roku mój dziadek poszedł głosować na Gomułkę. Pytaliśmy go „Co ty dziadku, oszalałeś? Nie wolno!”. Ale on twierdził, że to ideowiec i na niego zagłosuje. Potem się zresztą okazało, że nie miał zupełnie racji, bo Gomułka się całkowicie zmienił. Moja cała rodzina była bardzo niepodległościowa.

Z perspektywy tych 40 lat jak Pan ocenia „SW”?

Nie sądziłem, że to tak duża organizacja. Mieliśmy kontakt z kilkoma osobami, nikim więcej. To była pełna konspiracja, działaliśmy tylko w małych grupach. Dzięki temu nie było wpadek.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Wrocławska
Dodaj ogłoszenie