18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Tomasz Motyka - Zaczynał przy szachownicy, lecz w nerwach zniszczył zegar

Wojciech Koerber
Popekińskie szczęście. Z wioślarzem Pawłem Rańdą (z lewej) i Robertem Andrzejukiem. Każdy ze srebrem. Tomasz Hołod
Pekin 2008. To on zadał ostatnie, decydujące trafienie w półfinałowym meczu z Chińczykami (45:44), zapewniając nam pierwszy medal na tamtych igrzyskach. Co ciekawe, albo smutne, dopiero ósmego dnia rywalizacji! To on został w 2005 roku pierwszym polskim mistrzem Europy w szpadzie. To on walczył w finale Pucharu Polski do lat 20 jako... trzynastolatek. A zaczynał od szachów.

UWAGA! ARTYKUŁ POWSTAŁ W 2012 ROKU!

Szpadzista Tomasz Motyka to wrocławianin z urodzenia. Mieszkał w Śródmieściu, na ul. Daszyńskiego, ucząc się w SP 1, a później w SP 54. Wraz z bratem bliźniakiem, Adamem. - Obaj byliśmy bardzo sprawni. Od trzeciego roku życia chodziliśmy z ojcem na basen, na ul. Teatralną, a od piątego jeździliśmy już na narty do Zieleńca czy Rzeczki. W szkole szybko trafiliśmy do reprezentacyjnych drużyn, graliśmy w koszykówkę, piłkę nożną, uprawialiśmy lekką - mówi szermierz.

Rodzinne zainteresowania sprawiły, że zasiadł mały Motyka przy stole z szachownicą. - Mieliśmy w rodzinie wujka szachistę, więc taki zrodził się pierwszy pomysł. I rok czasu chodziłem na kółko szachowe. Byłem jednak na tę profesję może nie zbyt agresywny, ale zbyt pobudliwy. Gdy nie mogłem sobie poradzić, to rzuciłem szachownicą. Raz zniszczyłem też zegar. Tzn. mocno tylko przycisnąłem, ale się rozwalił. Tam było dla nas za spokojnie, brakowało ruchu - stanowczo ocenia po latach olimpijczyk. Nastąpiła wobec tego zmiana kursu, również za sprawą familijnych powiązań. - Babcia uczyła polskiego w naszej szkole na Reja (SP 54) i miała uczennicę, która chodziła na szermierkę. No i trafiliśmy na Wybrzeże Wyspiańskiego do Weroniki Medyńskiej. Gdy później wyjechała do Francji, trenowaliśmy głównie z jej starszą córką, Ewą - dodaje Motyka.

Przypadek, a raczej tragiczny wypadek, sprawił, że przyszły medalista olimpijski szybciej trafił na lekcje do Adama Medyńskiego. Bus, którym szpadziści AZS-u wracali z zawodów we Francji, miał kraksę. Już pod Zgorzelcem. Zginął wówczas Maciej Wróblewski i starsza grupa zaczęła się rozpadać. W luki wskakiwała młodzież. - To były lata 1993-94. Wyrzucili nas z Wybrzeża Wyspiańskiego i zaczęliśmy trenować w koronie Stadionu Olimpijskiego, należącego wtedy do AWF-u. A w 1995 Aśka Jakimiuk została mistrzynią świata. Na początku XXI wieku przenieśliśmy się z kolei na nowy, wielofunkcyjny obiekt uczelni. Był Jarek Szydełko, Robert Andrzejuk, wspomniana Buba (Jakimiuk - WoK), inni i wspólnie trenowaliśmy - chronologicznie spogląda Motyka w przeszłość. Cofamy się jednak do lat 90., bo obiecujące były. Wygrywa Dolnoślązak przeogromny turniej Challenge Vitti, dziś znany jako Challenge Vratislavia, na którym błyszczała też w tamtym czasie małoletnia Sylwia Gruchała. Jako 13-latek dostaje się wrocławianin do 8-osobowego finału Pucharu Polski do lat 20. Dwukrotnie wygrywa mistrzostwo kraju do lat 15, do lat 17, a także do lat 20.

- Rzeczywiście byłem wtedy w czubie, jeden rok mi tylko nie wyszedł. A poziom był pięć razy wyższy niż obecnie - przypomina Motyka. Spora konkurencja w kraju przekładała się też na światowe wyniki. Wrocławianin dwukrotnie sięgał z kolegami po złoto MŚ do lat 20 i dwukrotnie po srebro. Tym championem został zresztą w wieku 16 lat. - A gdybyśmy mieli wtedy lepszych trenerów? Adam Medyński technologiem jest świetnym, lecz nie zgadzam się z nim, gdy chodzi o stronę moralną i etyczną. Tyle że na niego nie mogliśmy liczyć, był w konflikcie z władzami - zaznacza.

W 1999 roku 18-letni Motyka był już finalistą mistrzostw Europy (ósme miejsce). Tymczasem brat Adam zaczął stawiać na naukę. - Na mistrzostwa świata się nie załapał, ale w kadrze był. W 2000 roku zdał maturę, dostał się na Politechnikę Wrocławską i zaczął mniej trenować. Wybrał naukę, zupełnie wycofał się z życia sportowego, czego później żałował. Wyjechał pracować do Warszawy i do dziś porusza się w branży informatycznej - mówi Tomasz. Szybko zaczął sięgać po sukcesy, a przecież uchodzi szpada za broń długowieczną. - Zgadza się, lecz nie w polskich realiach. U nas to awykonalne. Ciężko pogodzić sport i pracę, a za 2 500 zł miesięcznie ciężko utrzymać siebie i rodzinę. O sponsorów natomiast w szermierce trudno - gorzko zauważa szpadzista. Jako 20-latek sięgnął po pierwszy z pięciu tytułów indywidualnego mistrza Polski seniorów. - To był czas dużych zmian, jeśli chodzi o polską szpadę. Spora grupa seniorów odeszła, choć ostał się m.in. Robson (Andrzejuk - WoK). Trzeba powiązać ten fakt z mistrzostwami świata w Seulu (1999), na których też zresztą byłem. Polacy przegrali wtedy o ósemkę z Koreą i nie zdobyli olimpijskiej przepustki do Sydney. Odeszli Kurowski, Jędryś, Woźniak, Szklarski. Życiowe sprawy ich do tego zmusiły - dodaje olimpijczyk.

W XXI wieku uzbierał Motyka osiem krążków ME, z czego jeden waży więcej. Bo to waga historyczna. Otóż w 2005 roku w węgierskim Zalaegerszegu został zawodnik AZS-u AWF-u pierwszym polskim indywidualnym championem Starego Kontynentu w szpadzie. - I pewnie długo będę jedynym, bo wszystko się rozleci - prognozuje. Nim jednak wrócimy do spraw egzystencjalnych, słówko o igrzyskach. Długo czekaliśmy w Pekinie na pierwszy polski medal. Woreczek rozwiązali właśnie szpadziści - ósmego dnia rywalizacji. W półfinale rozprawili się z gospodarzami 45:44, bo decydujące trafienie zadał nasz zawodnik. Na sukces zapracowali także Radosław Zawrotniak (AZS AWF Kraków) i Adam Wiercioch (Piast Gliwice). W wysoko przegranym z Francuzami boju o złoto (29:45) tego ostatniego zmienił rezerwowy Andrzejuk. Dzięki temu i jemu nałożyli srebrny krążek na szyję. Wcześniej mieszkał Robson w polskiej ambasadzie, bez prawa wstępu do wioski olimpijskiej. Taki los rezerwowego. Podobny spotkał m.in. w Pekinie florecistkę Karolinę Chlewińską. Z chwilą zdobycia medalu nabył jednak Andrzejuk status olimpijczyka. I bramy wioski się otworzyły. Przekroczył je już jako człowiek sukcesu.

Dzięki temu właśnie sukcesowi wytrwał Motyka na planszy kolejną olimpiadę. Choć w czasie walki o paszport do Londynu wielokrotnie wyrażał na łamach prasy swoje niezadowolenie z reguł rządzących polskim sportem. Stał się jednym z najbardziej zapiekłych krytyków systemu. - Po Pekinie zapowiadało się wszystko fajnie, byłem jeszcze wtedy większym optymistą niż realistą. Wierzyłem w to, co ludzie mówią. Minister Giersz obiecywał, że powstaną w kraju trzy szermiercze ośrodki, a szpadowy we Wrocławiu. Medaliści mieli mieć spokojną głowę do kolejnych igrzysk, lecz okazało się, że rozporządzenie rozporządzeniem, a rzeczywistość rzeczywistością. Trzeba było co roku potwierdzać wynikiem, że jest się w elicie. I tak to u nas wygląda, że największy wysyp medali mamy po igrzyskach, gdy wszyscy inni odpoczywają. To błąd systemu. Spójrzmy na lekką atletykę. W Pekinie zdobyła dwa medale, a ile mieliśmy tych krążków rok później na MŚ w Berlinie? - pyta wrocławianin. Odpowiadamy - 8 (2-4-2). - No właśnie. Nazywaliśmy się wtedy wunderteamem, a pieniądze poszły w błoto. Myśmy się podniecali w Londynie Lewandowskim czy Kszczotem, ale przy całym szacunku dla nich są za słabi. A szły tu ogromne sumy pieniędzy. Tymczasem rywale są lepiej predysponowani genetycznie, a do tego mają lepszy sztab medyczny. Więc to nie ma racji bytu. Co innego dyscypliny techniczne, gdzie bardzo dobrzy trenerzy, jak Henryk Olszewski, mogą znaleźć talenty. Za to w biegach krótkich czy średniodystansowych możemy się finansowo zarżnąć, a i tak niewiele z tego wyjdzie. Niemcy np. się z tego wycofali - takie ma wnioski szpadzista.

W Londynie nie powiodło się m.in. Zawrotniakowi, który dwa dni przed startem, w rozmowie z nami, przejechał się po Małyszu, Czerkawskim, Oliwie i wszystkich świętych. Obiecywał walkę o złoto, a poległ już w pierwszej walce. Naraził się na śmieszność, przyjmując błędną taktykę. - Mnie mówiono, że jak zdobędę w 2011 roku medal ME, to dostanę stypendium. Nie dostałem, choć trener kadry premię wziął. A ja sam sobie rozpisałem plan szkoleniowy. Niestety mamy do czynienia z ludźmi, którzy się kompletnie na swojej robocie nie znają, nie mają studiów wyższych, totalnie improwizują. Gdy jest dużo dobrych zawodników, gdy są naturaliści, sami z siebie robią wynik. Ale jest regres. My spadamy. Nie ma analizy rozwoju trendów w szpadzie, analizy taktycznej, jest natomiast przerost ambicji nad treścią - alarmuje Motyka. I zaczyna brać sprawy w swoje ręce. W listopadzie zamierza kandydować do władz Dolnośląskiego Związku Szermierczego.

- Będę za prezes Olgą Walewską. Jest bezstronna, w porządku się zachowuje. Ale chciałbym zmienić nieco strategię działania, nie liczyć, że dostaniemy coś od państwa. To bardzo złe. Trzeba robić akcje, pokazywać się, pisać, chwalić. Jak jedna dziewczynka trenuje szermierkę, to w rodzinie mówią o tym wszyscy: ciocia, babcia itd. Chciałbym w ciągu czterech lat podwoić liczbę trenujących szermierkę w naszym województwie - taki ma w skrócie plan Motyka. Ma też własną szkółkę, w której pierwsze sukcesy odnoszą Marysia Jaworska, Ewa Parszuto czy Daria Rusiecka. Na planszy planuje walczyć jeszcze przez rok, lecz obowiązków przybywa. Rodzina, studia doktoranckie (spectrum zainteresowań: fizjologia, oddychanie, układ krążenia) etc. Zaczyna się życie po życiu.

Tomasz Motyka

Urodził się 8 maja 1981 roku we Wrocławiu. Olimpijczyk z Pekinu, gdzie wywalczył z kolegami srebrny medal (partnerami byli Radosław Zawrotniak, Adam Wiercioch i Robert Andrzejuk). W finale lepsi byli Francuzi (45:2 9). Indywidualny i drużynowy mistrz Europy z 2005 roku (Zalaegerszeg). 2-krotny brązowy medalista ME (Bourges 2003, Sheffield 2011), 4-krotny drużynowy wicemistrz Europy (Moskwa 2002, Kopenhaga 2004, Izmir 2006, Gandawa 2007), brązowy medalista MŚ w drużynie (Antalya 2009). Pięciokrotny indywidualny mistrz Polski (2002, 2003, 2004, 2007, 2009). Absolwent wrocławskiej AWF, obecnie na studiach doktoranckich. Prowadzi szkółkę szpadową w AZS-ie AWF-ie, interesuje się psychologią. Żona Joanna, córka Marysia (9 miesięcy). Mieszkają w Czernicy Wrocławskiej. Ma swoją stronę internetową www.tomaszmotyka.pl.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie