reklama

Śląsk Wrocław. Mieczysław Jurecki - ze Śląska do Australii (WYWIAD)

Jakub GuderZaktualizowano 
Mieczysław Jurecki - Śląsk Wrocław (lipiec 2019) fot. Tomasz Hołod
Mieczysław Jurecki (rocznik 1934) był kapitanem Śląska Wrocław, gdy ten w 1956 roku pierwszy raz awansował do II ligi. Swoje miejsce na Ziemi odnalazł jednak w Australii, gdzie mieszka już ponad 50 lat.

Jak Pan pamięta Wrocław lat 50-tych?
Pierwszy raz przyjechałem tu w roku 1951 i 52’ na obóz kondycyjny kadry juniorów. Mieszkaliśmy wtedy na AWF-ie, a na śniadania chodziliśmy w stronę placu Grunwaldzkiego. Na ulicach leżały jeszcze przewrócone tramwaje – pozostałości po wojnie. Panowało bowiem przekonanie, że Zachód może nie zaakceptować tego, że Polacy przejmą te ziemie. Gdy przyjechałem tu w 1954 z powołaniem do wojska – czyli do piłkarskiego Śląska – to często samochody jeździły tylko jedną stroną jezdni, bo druga nadal była zasypana gruzami.

A jak wyglądały wtedy trybuny podczas waszych meczów? Śląsk nie był wówczas najpopularniejszą drużyną w mieście.
Ślęza i Pafawag miały na początku więcej kibiców. Mieli dobrych zawodników. Nie było nam łatwo. W 1955 roku skończyliśmy III ligę na czwartym miejscu. To była zdrowa konkurencja. Lepiej graliśmy w 1956r. Wcześniej na drużynę chcieli bardzo wpływać ludzie, którzy nie za bardzo mieli coś wspólnego z piłką nożną, ale mieli dużo do powiedzenia, bo byli na wysokich stanowiskach w wojsku. Dlatego nam nie szło. Zdarzało się tak, że zawodników odsyłano po jednym słabszym meczu. To nie wpływało pozytywnie na zespół.

Zdarzało się tak, że zaraz po meczu zastanawialiście się, kto może z was zostać odesłany ze Śląska?
Tak, dokładnie. Nie było wiadomo kto i kiedy przyjedzie lub odjedzie. Dopiero stabilizacja w 1956 roku dała sukces w postaci awansu do II ligi.

Duże znaczenie w wywalczeniu awansu do II ligi miał zimowy obóz w Szklarskiej Porębie.
Bezsprzecznie. Spędziliśmy tam sześć tygodni. W tym czasie – przez niecałe dwa tygodnie – temperatury dochodziły do -35 stopni Celsjusza. To jednak wspaniale wpłynęło na naszą formę.

Wspominał Pan kiedyś, że ten obóz wpłynął także na waszą formę w pierwszym sezonie w II lidze w 1957 roku.
Tak. Zresztą sukces buduje sukces. Tak to u nas wyglądało.

Kroniki i gazety pamiętają wasze wyniki, ale jak się wtedy żyło piłkarzom? Zarobki były godne? Gdzie się bawiliście?
W 1956 roku wszyscy piłkarze byli w wojsku, więc zabawy nie wchodziły w grę. W 1957 roku tylko Urbańczyk i ja byliśmy cywilami. Reszta zawodników wciąż była w kamaszach. Owszem, zdarzały się wyjątki. Piłkarze, którzy lubili „odskoczyć” od pożądanej normy. To jednak wyjątki. Bardzo pozytywny wpływ na nas mieli trenerzy Wilhelm Lugr i Władysław Suchoń, który – tak jak większość zawodników – pochodził ze Śląska i potrafił do nich przemówić. Wszyscy byliśmy jednak oddani temu, co robiliśmy. Trenowaliśmy odpowiednio. Życie koncentrowało się na piłce.

Po dwóch latach służby wojskowej w Śląsku, został Pan w drużynie już jako cywil. Finansowo dało się z tego dobrze żyć?
Zdecydowanie. Dostawaliśmy dożywianie, premie za zwycięskie mecze, a do tego byliśmy na etatach. Największym problemem było mieszkanie. Nawet ja – uważany za dobrego zawodnika – miałem z tym kłopot. W końcu dostałem lokal na Traugutta. Był bardzo skromny – wejście, miednica do mycia i pokój może trzy na cztery metry. To wszystko.

Ludzie was rozpoznawali?
Tak. Nawet jeden z wrocławskich profesorów chodził na nasze mecze.

Piłkarze mieli większe powodzenie u kobiet?
Tak było. Sportowcy byli zawsze popularni. Piłkarze mieli różne układy, jeśli chodzi o życie osobiste. Wielu chłopaków ze Śląska było zaręczonych. Ja też byłem przed małżeństwem, które nie wyszło i dlatego m.in. zostałem we Wrocławiu.

Słyszałem, że wyjeżdżając z Bielska-Białej do Wrocławia, zostawił Pan swoją dziewczynę pod opieką bliskiego kolegi…
Miał się nią zaopiekować. Odprowadzali mnie razem na autobus do Wrocławia. Byliśmy blisko małżeństwa, a on – to mój kolega od przedszkola. Tak bywa. Takie jest życie. Wyszliśmy jednak z tego i zostaliśmy przyjaciółmi. Był wspaniałym bramkarzem Stali Bielsko. Niesamowicie utalentowany chłopak. Już niestety nie żyje.

Służbę wojskową zaczął Pan w Cieszynie i czekał Pan na powołanie do któregoś z wojskowych klubów. Miał Pan sygnał, że to będzie Wrocław? Równie dobrze mógł się zgłosić Wawel Kraków lub Zawisza Bydgoszcz.
Sygnały były znikome. HelmutHein trafił tam wcześniej. Był już po przysiędze. Miałem pewność, że zostanę przeniesiony do służby „piłkarskiej”, bo w 1953 roku grałem z naszą reprezentacją juniorską w Bukareszcie. Hein twierdził, że trafię do Śląska, ale sygnałów było niewiele. Ja też miałem na to nadzieję.

Mówi się, że gdyby został Pan w Polsce, to pewnie trafiłby Pan do reprezentacji i regularnie w niej grał.
Trudno powiedzieć, ale Kazimierz Górski mnie faworyzował (wówczas był trenerem reprezentacji Polski do lat 19 – przyp. JG). Odkrył mnie na wspomnianym już obozie we Wrocławiu w 1952 roku. Gdy graliśmy z ZSRR, to mnie wyznaczył do karnych. Ważna była dla mnie jednak gra w klubie, niezależnie od tego, jakby nam tu szło. Zacząłem w międzyczasie studia na politechnice. Niewykluczone, że potem przyjąłbym ofertę kluby z I ligi. Czułem jednak zobowiązanie wobec Śląska, który bardzo dobrze mnie traktował.

Nie zagrał Pan w reprezentacji Polski, ale za to zgrał w reprezentacji… Australii.
Z Wrocławia wyjechał Pan na dwuletni kontrakt, żeby grać tam w klubach polonijnych. Pod koniec lat 50-tych do Australii przyjechały drużyny z Austrii i z Holandii i tak im się spodobał ten kraj, że zostali. Australia nie chciała jednak płacić żadnych odszkodowań. Doszło więc do tego, że została wyrzucona z FIFA. Pojawił się jednak pewien magnat finansowy, który wyparł ludzi dotychczas zarządzających australijską piłką. Zaczął rozmawiać z FIFĄ, opłacił część tych odszkodowań i światowa federacja odwiesiła Australijczyków. Ja grałem w pierwszym spotkaniu po tym odwieszeniu. W sumie rozegrałem dwa spotkania w tej reprezentacji – z Chelsea i FC Basel. To był maj 1964 roku.

Gdy skończył Pan grać w piłkę przez ponad 40 lat realizował się Pan w Australii jako inżynier.
To była największa firma w kraju. Około roku 2010 miała obrót na poziomie 42 mld dolarów australijskich. Pracowałem w niej 47 lat. Szeroka branża budowlana i górnicza, zagraniczne kontrakty, podróże w różne zakątki świata.

To ile zna Pan języków?
W domu mówiliśmy po polsku. W przedszkolu i w szkole mówiłem po niemiecku. Wojnę przetrwałem dzięki rodzinie, która miała niemieckie więzy. Gdy przyszli Rosjanie, nauczyłem się rosyjskiego. Potem angielski. Włoskiego się nauczyłem, bo moja australijska firma miała kontrakt we Włoszech. Zresztą uważam, że to jest najbardziej melodyjny język. Do tego łatwy. Znam też kilka podstawowych słów po chińsku i japońsku: lewo, prawo, dzisiaj, jutro pojutrze, proszę, dziękuję i tak dalej. W sumie po chińsku najważniejsze jest: „ile to kosztuje”, a potem – niezależnie od tego, jaka jest odpowiedź – mówisz: „to za dużo!”.

Gdy Pan o tym opowiada, to mam wrażenie, że ta kariera zawodowa jest dla Pana nawet ważniejsza niż piłka.
Zdecydowanie. W piłkę grałem 22 lata.

Wzrusza się Pan, gdy opowiadamy o dawnych czasach.
Jest mi przykro, że ci chłopcy z którymi grałem… (długa przerwa)... że ich już nie ma. Czuję się uprzywilejowany pod tym względem. Poza tym gdy ma się 21-22 lat, to są najlepsze lata życie. Niepowtarzalny czas, który z przyjemnością wspominam.

ROZMAWIAŁ Jakub Guder

TOP 10 Mecze Śląska z największą frekwencją na Stadionie Wrocław

Peter Schmeichel z wizytą w Polsce

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 4

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
24 października, 21:21, POP:

Najwyższy czas żeby znowu awansowali do 2 ligii

Najwyższy czas byś wyprowadził się z Wrocławia...

P
POP

Najwyższy czas żeby znowu awansowali do 2 ligii

w
wojak5036

Fajnie się czyta takie artykuły z bylymi piłkarzami Śląska. Chodzę na mecze od 1972r gdy ojciec po raz 1 zabrał mnie na Oporowską gdy miałem 8 lat. Od tamtej pory gdy tylko mogę jestem na spotkaniu ukochanego Śląska. Mimo wieku chodzę na trybunę "B" do tzw KIBOLI ;) bo odpowiada mi ta atmosfera. Takich ludzi jak ja jest dużo dla których Śląsk Wrocław to jest coś więcej niż zwykły klub piłkarski. Kiedyś mecze to było piłkarskie święto we Wrocławiu na które zapraszały plakaty , "słupy ogloszeniowe" i wrocławskie media. Teraz jest inaczej bo zamiast pisać że stadion jest bezpieczny dla kibiców , dzieci , rodzin nagłaśnia się pojedyncze incydenty które zawsze towarzyszyły meczom piłkarskim. Przykro mi że ze Stadionu odstrasza kibicow swoimi pseudo-artykułami Gazeta Wyborcza ktora od wielu lat jest negatywnie nastawiona do Prezydentów Wroclawia / Dutkiewicz , Sutryk / za to pod niebiosa wychwala Grzegorza Schetyne ktory SKOMPROMITOWAŁ się w mieście w ostatnich wyborach. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na mecze Śląska

z
zibi

Pamietam jak Mieciu strzelił kilka bramek Calisii w wygranym meczu chyba 6:1 w 56 lub 57 roku

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3