Otarł się o śmierć, ale z pasji nie zrezygnuje

Grażyna Szyszka
Radosław Obara o mało nie zginął podczas nurkowania w nieczynnej od lat kopalni w czeskich Sudetach. Koledzy reanimowali go 40 minut!

- Nie tylko byłem po drugiej stronie, ale kostucha niosła mnie, jak swojego, przerzuconego przez ramię. Wróciłem po 40 minutach reanimacji - przyznaje Radosław Obara, nurek z Głogowa, którzy ostatnią wyprawę pod wodę o mało nie przypłacił życiem. To cud, że stara, zalana kopalnia w czeskich Sudetach nie stała się jego grobem.

41-letni Radosław Obara to zapalony miłośnik penetrowania podwodnego świata, który z pasji swojego życia uczynił również źródło utrzymania. Jest instruktorem nurkowań rekreacyjnych i technicznych, a od pięciu lat prowadząc własną firmę „Nurtec” uczy kolejnych śmiałków bezpiecznego poruszania się pod wodą. W 2015 roku zdobył tytuł trzeciego instruktora w Polsce.

- O ile nurkowania turystyczne są bezpieczne, to te bardziej ekstremalne jest ocieraniem się o śmierć - przyznaje Radosław Obara. - Wpływanie pod strop typu jaskinia zalana sztolnia czy kopalnie lub penetracja wraków są jednym z najbardziej niebezpiecznych sportów na świecie. Co roku giną w nich nurkowanie pomimo świetnego wyszkolenia i dużego doświadczenia. Sam uwielbiam takie trudne i niebezpieczne miejsca, choć niemal za każdym razem przed nurkowaniem zastanawiam się, czy to nie jest moje ostatnie - mówi.

Na początku lutego, razem z trzema kolegami pojechał w czeskie Sudety, by spenetrować nieczynną od 1945 roku i zalaną kopalnię. Już samo dotarcie do niej było nie lada wyzwaniem, bo wejście ukryte jest wysoko w górach. Nurkowie musieli opuszczać na linach kilkaset metrów w dół i sprzęt i siebie.

Radosław Obara przyznał, że pierwszy raz w życiu przeczuł niebezpieczeństwo. Przed zejściem do sztolni napisał nawet do przyjaciółki sms-a, że coś się szykuje. - Pamiętam, że stałem z butlami na dole, pełen obaw przed nurkowaniem i układałem w głowie plan akcji ratunkowej na wypadek, gdyby któremuś z chłopaków coś się stało. Ale „pod skórą” czułem, że to mogę być ja - wspomina.

Dopadła go toksyczność tlenowa

Kopalnia ma głębokość 1o5 metrów. Aby bezpiecznie w niej nurkować, uczestnicy wyprawy używali trzech różnych gazów do oddychania. Każdy z nich był przeznaczony do określonej głębokości. - Butle miałem dobrze poopisywane - zapewnia pan Radosław. - Podczas wynurzania, na głębokości 21 metrów, przeszedłem na gaz dekompresyjny. Po czterech minutach poczułem, że coś jest nie tak. Na głębokości sześciu metrów, czekałem na swoją kolej, by za kolegami przecisnąć się do wyjścia. I poczułem wówczas potężny atak konwulsji - wspomina głogowianin, a to, co opowiada dalej, brzmi jak z film grozy. Mężczyzna wypluł automat do oddychania i czując skurcz wszystkich mięśni wiedział, że nie ma żadnej kontroli nad swoim ciałem. Jako doświadczony nurek szybko rozpoznał objawy. Była to toksyczność tlenowa.

- Woda zaczęła zalewać mi usta, płuca i żołądek, zaczynałem się topić - opowiada. - Po około 30 sekundach zemdlałem i upadłem kilka metrów niżej, na dno.

Jeden z kolegów zorientował się, że brakuje Radka i wrócił po niego. Nurek z Głogowa leżał na głębokości 10 metrów bez żadnych funkcji życiowych. Jego wyjęcie z kopalni trwało kilka minut. Siny, bez oznak życia nurek został wyciągnięty na brzeg. Koledzy wezwali pomoc i po rozcięciu skafandra reanimowali przez 40 minut. Mokry, niemal bez życia głogowianin, był wystawiony na kolejne zagrożenie - hipotermię. Akcja ratunkowa trwała blisko godzinę, a w górach było osiem stopni mrozu.

- Kiedy odzyskałem przytomność, musiałem się jeszcze wspiąć na górę, bo tylko tam mogły dojechać służby ratunkowe - dodaje. - Jakimś cudem to zrobiłem. Jak przez mgłę pamiętam, że obijałem się o skały raniąc twarz. Na górze straciłem przytomność. Odzyskałem ją dopiero dwa dni później na szpitalnym oddziale intensywnej terapii.

W dwóch czeskich szpitalach nurek przebywał w sumie sześć dni. Potem, na własną prośbę, wrócił do domu.

Z nurkowania w kopalni, oprócz dramatycznych wspomnień, nurek „przywiózł” rozerwane płuco, poobijaną i pozszywaną przez lekarzy twarz i przeświadczenie, że miał ogromne szczęście. Wciąż jednak nie ustalił, dlaczego doszło do wypadku. I dlaczego w butli, w której powinna być mieszanka, znajdował się czysty tlen.

- Nie pomyliłem butli - zapewnia. - Nie sprawdziłem jedynie, czy faktycznie jest w niej to, co powinno.

Toksyczność tlenową, która dopadła mężczyznę w czeskiej kopalni, przeżywa 1 na 10 nurków. Nie licząc utonięcia i hipotermii, które każde z osobna mogłyby się przyczynić do jego śmierci, śmiało można powiedzieć, że Radosław Obara to twarda sztuka. I zapewnia, że już niedługo znowu zanurkuje w tej kopalni.

Głogowianin wykonuje rocznie około 300 nurkowań. Dobrze poznał wody Bałtyku, a szczególnie zatopione wraki. Był członkiem międzynarodowej ekspedycji do jaskiń w Albanii. Nurkował na Bałkanach, w niemieckich kamieniołomach oraz w wodach Morza Śródziemnego i Czerwonego.

- Czeska kopalnia była przepiękna i nie mogę się doczekać, by znowu tam zejść - mówi. - I niebawem zejdę, bo ta wyprawa nie została dokończona.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie