Nie oszukujmy się: Solidarność nigdy nie była monolitem. Także w roku 1980

Hanna Wieczorek
Stłucz Pan termometr, nie będziesz miał Pan gorączki - powiedział  Lech Wałęsa w 1990 roku, ogłaszając rozpoczęcie wojny na górze. Wojny, która pokazała nam dobitnie, że Solidarność nigdy nie była monolitem
Stłucz Pan termometr, nie będziesz miał Pan gorączki - powiedział Lech Wałęsa w 1990 roku, ogłaszając rozpoczęcie wojny na górze. Wojny, która pokazała nam dobitnie, że Solidarność nigdy nie była monolitem
Od lat wmawia się nam, że w Sierpniu '80 nagle na 16 miesięcy Polakom zmienił się charakter narodowy. Kilka milionów ludzi tworzących pierwszą Solidarność nie tylko mówiło jednym głosem, ale także myślało w identyczny sposób. Jak, nie obrażając nikogo, wielki pszczeli rój z Lechem Wałęsą w roli pokojowo nastawionej królowej.

To oczywiście mit, bo już wtedy spierano się często i ostro. Choćby o program. Jak wspomina Kornel Morawiecki, udało mu się przeforsować jeden zapis w owym programie wbrew opinii Bronisława Geremka.

Demokratyczne wybory oznaczały, że do wyścigu o różne związkowe stanowiska stawało kilku kandydatów. Z różnymi pomysłami na działalność Solidarności. Bo Marian Jurczyk inaczej sobie wyobrażał związek niż Lech Wałęsa, z którym walczył o przywództwo podczas pierwszego zjazdu "S" w hali Olivii. Obok siebie we władzach związkowych zasiedli ludzie o odmiennych poglądach politycznych - konserwatyści, liberałowie, socjaliści. Czy na 16 miesięcy odłożyli oni swoje poglądy do skrytki na dworcu? I wyjęli je dopiero w stanie wojennym, a właściwie później - siadając lub nie siadając do okrągłego stołu?
Pierwsza Solidarność przyniosła nam oszałamiający haust wolności, ale - nie oszukujmy się - monolitem nie była.

Tysiące rąk, miliony rąk, A serce bije jedno"... Ta socrealistyczna piosenka, gdyby się dobrze zastanowić, świetnie oddaje nasze wspomnienia i wyobrażenia o pierwszej Solidarności. Bo przecież te 16 miesięcy, nazywane niezbyt fortunnie karnawałem Solidarności, utrwaliło się nam w pamięci jako moment cudownego zjednoczenia. Chwila, czas, w którym wszyscy mówili jednym głosem. Ręka w rękę szli Lech Wałęsa, Andrzej Gwiazda, Anna Waletynowicz. Pół kroku za nimi maszerowali zgodnie Jacek Kuroń, Antoni Macierewicz i Adam Michnik. A kiedy w kolejnym zakładzie pracy ostatni robotnik oddawał legitymację partyjną, przyglądali się temu z radosnym uśmiechem Lech Kaczyński i Andrzej Celiński.

Na wyższych uczelniach (wszystkich, także tych mundurowych) rej wodzili młodzi Donald Tusk, Adam Lipiński i Marek Jurek. A wszyscy oni zgodnie skandowali to samo: SO-LI-DAR-NOŚĆ. To wspomienie umacniali w nas artyści, choćby Andrzej Wajda pokazujący w "Człowieku z żelaza" zaprzyjaźnioną parę, czyli Annę Walen-tynowicz i Lecha Wałęsę.

Taki obraz pierwszej Solidarności noszą w sercach ci, którzy byli w nią zaangażowani oraz tacy, którzy jej kibicowali. I dla nich żadnym zaskoczeniem nie jest informacja, że był czas, kiedy Antoni Macierewicz przyjaźnił się z Andrzejem Celińskim, a z nimi oboma trzymał się Piotr Naimski. Bo przecież wspólny cel powodował, że razem działał zapiekły konserwatysta, zdeterminowany liberał i lewak. W pewnych momentach nikt nikogo nie pytał o poglądy. Bo po co? Cel był jeden.
Jednak już wtedy widać było, że Solidarność żadnym monolitem nie jest. Oznaki tego, co stało się po roku 1989, były widoczne od samego początku. Od chwili, w której Andrzej Gwiazda nie zdedydował się na podpisanie protokołu porozumienia między MKS a komisją rządową w Stoczni Gdańskiej, a więc porozumień sierpniowych.

Różnili się między sobą "starzy" i "młodzi" działacze opozycji demokratycznej. Ci "młodzi" z lekkim rozbawieniem patrzyli na tych "starych", tak jakby chcieli im powiedzieć, że już niewiele rozumieją z otaczającego ich świata.

Tak było między innymi jesienią 1981 roku, kiedy ze strajkującymi studentami w stolicy spotkał się Andrzej Celiński (urodzony w 1950 roku działacz KSS KOR, a póżniej Solidarności) na debacie z Wojciechem Ziembińskim (urodzonym w 1924 roku, żołnierzem podziemia podczas II wojny światowej, a w PRL jednym z założycieli ROPCIO). Dzisiaj zresztą ci "młodzi" są już "starzy" i często sami doświadczają lekceważącego traktowania przez "młode" partyjne wilki.

Co tu dużo mówić, sami związkowcy byli podzieleni. Jak wspomina w swoim tekście historyk, dr Robert Kościelny, niewiele brakowało, by podczas pierwszego zjazdu związku szefem Solidarności został Marian Jurczyk, a nie Lech Wałęsa. I przypomina, że podziękowania dla korowców za ich działalność opozycyjną nie wzbudziły zachwytu wśród zebranych w hali Olivii delegatów.

Pierwsza Solidarność zajmuje specjalne miejsce w sercach ludzi, którzy zachłysnęli się wolnością w roku 1980. Wybiórcza pamięć ruguje wszystkie niewygodne wspomnienia. Między innymi i te, że związek monolitem nigdy nie był.

To zresztą nie jest żaden zarzut. Raczej przyczynek do tego, by lepiej zrozumieć to, co stało się po roku 1989. Bo podział OKP (Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego w Sejmie X kadencji) na OKP, Unię Demokratyczną i Solidarność Pracy był nieunikniony. Podobnie zresztą, jak wypowiedzenie "wojny na górze" przez Lecha Wałęsę. Do głosu doszły różnice polityczne - inne widzenie świata i sposobu układania naszej rzeczywistości. Nie ma co rwać szat z tego powodu.

Czasem szkoda jedynie, że jak powiedział Cyprian Kamil Norwid: "Umiemy się tylko kłócić albo kochać, ale nie umiemy się różnić pięknie i mocno".

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie