reklama

Grzegorz Paczkowski: Moje życie to wędrówka z gitarą na plecach

Kacper Rogacin
Kacper Rogacin
Zaktualizowano 
Fot. Kacper Rogacin / Polska Press
- Piosenki, które znajdują się na płycie, stanowią pewną całość, choć oczywiście można ich słuchać osobno. Płyta live z koncertu w Piwnicy pod Baranami to w jakimś stopniu spełnienie marzeń - mówi Grzegorz Paczkowski, artysta grający poezję śpiewaną. W 2019 roku ukazała się jego debiutancka płyta pt. „Znak Niepokoju”.

Masz w dorobku sporo piosenek lekkich, przyjemnych, czasem nawet wesołych. A jednak swój debiutancki album zatytułowałeś „Znak Niepokoju”. Skąd taki wybór?
Kiedy wpadł mi do głowy ten tytuł, spodobała mi się gra znaczenia w opozycji do „znaku pokoju”, czyli skojarzenia ewidentnie liturgiczno-religijnego. Natomiast doszedłem do wniosku, że ten tytuł obrazuje też świetnie to, co na tej płycie się znajduje. Ponieważ raczej nie ma tam właśnie piosenek wesołych, skocznych, do potańczenia. Piosenki z płyty są raczej mroczne i skupiające się nad mniej przyjemnymi stronami życia.

Dlaczego na debiut wybrałeś płytę live, a nie studyjną?
Przyszedł mi do głowy pomysł nagrania płyty w 2018 roku i planowałem ją wydać w roku 2019. Ale kompletnie nie wiedziałem jeszcze, w jakiej to będzie formie, jak to zrobić. Gdzieś w międzyczasie udało się zorganizować koncert w Piwnicy pod Baranami w Krakowie, więc uznałem, że może to jest dobre miejsce, by zarejestrować płytę. Tak się stało i materiał, który znajduje się na płycie "Znak Niepokoju", jest materiałem nagranym na żywo właśnie w Piwnicy pod Baranami.

To dodatkowy smaczek, związany z tą płytą?
Pamiętam, że kiedy zaczynałem grać, wchodzić w ten świat, w to środowisko, to w którymś momencie dowiedziałem się, że istnieje coś takiego, jak Piwnica pod Baranami. Zacząłem zgłębiać jej historię, legendy krążące wokół tego miejsca, które są niesamowite. I pomyślałem sobie, że jeżeli kiedyś ja w Piwnicy pod Baranami wystąpię i zagram mój recital, to będę mógł powiedzieć sobie: "To jest moment, w którym stałem się dojrzałym artystą". Tak mi się wydawało. Teraz, kiedy do takiego koncertu doszło, ja nadal nie powiedziałbym o sobie, że jestem artystą w pełni ukształtowanym, natomiast to było bardzo ważne doświadczenie.

Co czułeś, gdy stanąłeś na scenie w takim miejscu, z zamiarem nagrania materiału na płytę?
W ogóle samo miejsce jest przestrzenią, w której da się wyczuć pewien specyficzny klimat. Wychodząc na scenę w Piwnicy pod Baranami towarzyszyło mi zdenerwowanie. Tam odczuwałem tremę, której już jako takiej zazwyczaj nie odczuwam. Ale to było związane po pierwsze z graniem w tak legendarnym miejscu, po drugie ze świadomością, że koncert jest rejestrowany. A dodatkowo mieliśmy jedno podejście. Przy nagrywaniu płyt na żywo zwykle rejestruje się tych koncertów dwa, albo trzy i potem kompiluje się nagrania z kilku koncertów. Ja nie miałem takiej szansy i wiedziałem, że wszystko musi wyjść za pierwszym razem. Ale wszystko się udało.

Zanim szerzej o płycie, opowiedz trochę o sobie. Typowy młody chłopak marzy najczęściej o byciu sławnym piłkarzem. Ty od małego wiedziałeś, że Twoją drogą jest poezja śpiewana?
Na pewno wcześnie zacząłem się tym nurtem interesować. Ja sam za początek tej mojej historii uznaję rok 2009. Wtedy w gimnazjum zaśpiewałem pierwszy raz swój własny tekst na żywo przed publicznością. Co prawda nie była to jeszcze moja piosenka, to było tłumaczenie czyjejś piosenki, natomiast była to pierwsza sytuacja, w której zetknąłem się z pozytywnym odbiorem. To pokazało mi też, że w tym kierunku mógłbym iść i że sprawiałoby mi to przyjemność. No i pomału się w to wgryzałem. Na początku grałem na imprezach szkolnych, później też poza szkołą.

Kto zainspirował Cię do spróbowania gry na gitarze i śpiewu?
Zdecydowanie początku trzeba by się dopatrywać w osobie Jacka Kaczmarskiego. Ja z jego twórczością spotkałem się bardzo wcześnie, bo mając 10-11 lat. To było tuż przed jego śmiercią. Po śmierci nadszedł swego rodzaju "sentymentalny boom" na jego piosenki. Pojawiły się reedycje płyt itd. Ja w twórczość Kaczmarskiego wpadłem na dobre parę lat i to wyłącznie w jego twórczość. Nie docierał wtedy do mnie właściwie żaden inny sygnał muzyczny. To była bardzo mocna fascynacja i również bardzo silna inspiracja, bo mniej więcej w tamtym czasie zacząłem też grać na gitarze i próbować swoich sił w pisaniu.

Świat poezji śpiewanej jest jednak dużo bogatszy, niż sam jeden Jacek Kaczmarski.
Jeśli chodzi o przełamanie tej jednostajności muzycznej, to było to w liceum, kiedy założyliśmy z kolegami pierwszy zespół. Wtedy zaczęła do mnie docierać świadomość, że istnieje nurt poezji śpiewanej, że składa się on nie tylko z Jacka Kaczmarskiego. Pamiętam, że bardzo mocnym "uderzeniem", jeśli chodzi o dalsze poznawanie takich twórców, było poznanie twórczości Mirosława Czyżykiewicza, którego twórczość totalnie mnie oszołomiła. Po paru latach mieliśmy zresztą okazję się spotkać. Miałem też etap, przez który przechodzi chyba każdy chłopak grający na gitarze, czyli Stare Dobre Małżeństwo, Grupa Bez Jacka... Tak zacząłem poznawać cały ten nurt.

Na pewno wiele razy słyszałeś, że na scenie bardzo przypominasz Kaczmarskiego. Chodzi mi przede wszystkim o barwę głosu.
Ja się nad tym szczerze mówiąc nie zastanawiałem. Bardzo często tak jest, że jeżeli człowiek zaczyna od jakiegoś artysty, to tę osobę naśladuje. To dzieje się totalnie podświadomie. Ja rzeczywiście też na początku odtwarzałem piosenki Kaczmarskiego. Starałem się odwzorować je jeden do jednego. Później zależało mi na tym, żeby nadać piosence mój autorski, indywidualny rys.

Pierwsze „poważniejsze” piosenki zacząłeś pisać w liceum?
Piosenki pisałem i wcześniej, ale świat o nich nie wie... i dobrze, że o nich nie wie (śmiech). Każdemu w wieku 16-17 lat wydaje się, że to, co napisał, jest przełamaniem wszystkich dotychczasowych schematów w sztuce. A potem okazuje się, że to - delikatnie mówiąc - nie do końca było takie genialne. Ale rzeczywiście, w liceum pojawiły się również pierwsze piosenki, które towarzyszyły mi później przez dłuższy czas i których dzisiaj aż tak bardzo się nie wstydzę. Na konkursach i festiwalach szkolnych, razem z chłopakami, z którymi wtedy graliśmy, zajmowaliśmy jakieś poważniejsze miejsca, co też było dla mnie jakimś powodem, żeby tę drogę kontynuować.

Aż przyszły studia i zacząłeś jeździć na festiwale. Fascynacja tym nurtem jeszcze się pogłębiła?
Gdyby tej fascynacji nie było, to prawdopodobnie nie istniałby cały nurt. On składa się właściwie w 80-90 procentach z ludzi, którzy robią to z pasji, a nie wyłącznie zarobkowo. Na studiach zacząłem jeździć na festiwale i dopiero wtedy zacząłem poznawać, jak ten świat tak naprawdę wygląda. To też jest ciekawa sprawa, bo jest to jeden z najmniej promowanych, czy popularnych nurtów piosenki w Polsce. Ale nie spotkałem się z żadnym innym rodzajem muzyki, czy jakiejkolwiek dziedziny sztuki, który miałby tyle festiwali w cyklu rocznym w naszym kraju. To jest ok. 30-40 imprez. Mniejszych, czy większych, ale jednak funkcjonujących.

Na ilu festiwalach grałeś?
Nie liczyłem tego dokładnie, ale myślę, że na około pięćdziesięciu. Niewykluczone, że jeszcze na jakimś festiwalu się pojawię, ale ten etap staram się już powoli domykać, bo to zawsze powinien być właśnie tylko etap. Nie ma za bardzo jak inaczej się w ten nurt sztuki, czy piosenki "wkręcić", niż właśnie przez festiwale. Są oczywiście ludzie, którzy z festiwali, ze śpiewania i zarabiania na nich uczynili jakąś swoją drogę. Są to tzw. "zawodowi konkursowicze", którzy jeżdżą na festiwale w nieskończoność. Ale nie wydaje mi się to dobrym, zarówno dla nich, jak i dla całego środowiska. Jednak powinno być tam miejsce dla ludzi młodych, którzy dopiero zaczynają i chcą się sprawdzić.

Który z festiwali był największym, na jakim wystąpiłeś?
Bez dwóch zdań Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie. Jest to tak naprawdę jeden z najstarszych w ogóle festiwali, związanych z piosenką w Polsce. On jest w ogóle starszy od festiwalu w Opolu. To jest festiwal bardzo ciekawy, z bardzo barwną historią. Mało kto zdaje sobie sprawę, że takie nazwiska, jak Maryla Rodowicz, Edward Linde-Lubaszenko, byli wypromowani właśnie przez ten festiwal w latach 60-tych. Ewa Demarczyk, Marek Grechuta - to są postacie raczej kojarzone z tym nurtem. Ale wielu wykonawców, czy wiele zespołów, które są dzisiaj na topie w ogóle w mainstreamie, zaczynało właśnie od tego festiwalu. Chociażby Stanisław Soyka, Grzegorz Turnau, czy zespół Raz, Dwa, Trzy. W ostatnich latach co prawda ten festiwal trochę podupadł, bo od starszych kolegów słyszałem, co potrafiło się dziać na nim jeszcze 15-20 lat temu. To była zupełnie inna bajka. Natomiast Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie jest uznawany za pewnego rodzaju mistrzostwa.

Ciekawy jest chociażby sam sposób kwalifikacji. Na ten festiwal chyba nie można zgłosić się tak po prostu, z ulicy?
Tak, to jest jedyny festiwal, na który nie można się po prostu zgłosić. Trzeba na ten festiwal dostać nominację od kogoś z Rady Artystycznej, która składa się z kilkunastu osób. One bardzo często pojawiają się w składach jurorskich innych festiwali w całej Polsce. Oni wyłapują tych najlepszych i nominują ich do Krakowa. Czasem otrzymanie zaproszenia na festiwal w Krakowie łączy się z zajęciem pierwszego miejsca na mniejszym, choć też ogólnopolskim festiwalu, ale zapraszane są też osoby, które co prawda nie wygrały, ale jakoś się wyróżniły.

Zdobywałeś nagrody na Studenckim Festiwalu Piosenki?
Ja tam byłem czterokrotnie. Nigdy nie dostałem żadnej nagrody regulaminowej, natomiast dwukrotnie zostałem wyróżniony Nagrodą Wojciecha Belona. Jest to nagroda o tyle ciekawa, że przyznaje się ją najlepszym autorom piosenek, na danej edycji festiwalu. Jest to więc bardzo nobilitujące. Ta nagroda stawia człowieka w bardzo fajnym gronie innych twórców.

Jakie to uczucie, otrzymać nagrodę na tak legendarnym festiwalu?
Kiedy po raz pierwszy dostałem tę nagrodę, byłem oszołomiony, bo w ogóle nie myślałem, że kiedykolwiek ją dostanę, a co dopiero w wieku 22, czy 23 lat. Zaśpiewałem wtedy piosenkę "Śpij spokojnie". A za drugim razem była to "Modlitwa" i "Ciemność". W historii tej nagrody, a jest ona przyznawana od 1985 roku, tylko cztery osoby dostały ją więcej niż jeden raz. Także jest to dla mnie spore wyróżnienie.

Zajmując się poezją śpiewaną zawodowo decydujesz się chyba na trochę „wędrowniczy” tryb życie, prawda?
Tak, ale wydaje mi się, że jest to chyba los każdego muzyka, nie tylko wykonawców z tego nurtu. Zdecydowanie chcąc koncertować, a dla mnie to zawsze było najważniejsze, to decydujemy się na zawód szofera z funkcją grania koncertów, jak to kiedyś określił mój kolega. Bardzo dużo czasu spędza się w środkach lokomocji. Ja spędzam setki godzin rocznie w pociągach, autobusach. To jest taka wędrówko-tułaczka z gitarą na plecach. Nie jest to na pewno zabawa dla każdego, ale ja akurat bardzo to lubię, sprawia mi to mnóstwo frajdy.

Nie przejadło Ci się to jeszcze?
Nie najeździłem się być może jeszcze tyle, żebym był zmęczony. Każda kolejna podróż, każdy wyjazd jest dla mnie nową przygodą. Bardzo lubię to robić. Jest w tym nawet coś romantycznego.

Oprócz festiwali i koncertów brałeś też udział w ciekawym projekcie w Radiowej Jedynce. Opowiedz o nim.
To generalnie są koncerty, które odbywają się raz w miesiącu i jest to organizowane w ramach Studia Piosenki Teatru Polskiego Radia. Dowodzi nim pan Janusz Gast, który na którymś z festiwali piosenki artystycznej mnie zauważył i zaprosił mnie do współpracy. To było świetne doświadczenie, bo normalnie człowiek jest przyzwyczajony do grania w knajpach, czy w małych klubach, ewentualnie na dużych salach centrów kultury. A tu nagle zostaje wrzucony do zaśpiewania na żywo w radiu przed publicznością sięgającą nawet pół miliona słuchaczy. Bardzo ciekawe doświadczenie.

Wróćmy do płyty. Jak Ty sam opisałbyś „Znak Niepokoju”?
Na pewno wszystkie piosenki, znajdujące się na tej płycie, stanowią spójny obraz pewnego stanu człowieka. Stanu, w jakim znajduje się w dzisiejszych czasach. Natomiast nie znaczy to, że poszczególnych piosenek nie można słuchać osobno, bo stanowią też one odrębne, osobne opowieści. Jest kilka piosenek, które przynajmniej dla mnie wyróżniają się na tej płycie. Ale są to względy czysto autorskie. Mogę się też pochwalić, że płyta jest bardzo piękna pod względem graficznym, przynajmniej moim zdaniem. I mogę tak powiedzieć bez żenady, ponieważ nie ja odpowiadam za stronę graficzną. Jest ona dziełem Kai Dulińskiej, mojej koleżanki jeszcze z czasów studiów. Nie mogłem lepiej trafić - Kaja jest świetną specjalistką, świetnym grafikiem i świetnym człowiekiem. Po godzinie rozmowy ze mną na temat tego, jaki ja mam wstępnie pomysł na szatę graficzną płyty, zrobiła projekt, który w 90 procentach był tym, o co mi chodziło. Bardzo szybko i sprawnie to zrobiła.

Gdzie można kupić Twoją płytę?
Płytę można kupić u mnie. Można napisać do mnie na stronie na Facebooku (kliknij tutaj), albo maila na adres: paczkowski.koncerty@gmail.com. Ja już tam wszystko dalej pokieruję.

Wiem, że w ramach promocji płyty planujesz sporo koncertów.
Tak, jesienna trasa koncertowa składa się z ok. 20 koncertów w bardzo różnych miejscach. Pierwszy koncert odbył się w Warszawie 31 sierpnia w salonie artystycznym La Boheme na Żoliborzu. Natomiast jeśli chodzi o kolejne koncerty, o informacje, gdzie i kiedy będę grał, to wszystko znajdzie się na mojej stronie na Facebooku. Pojawię się we Wrocławiu, w Lublinie, Wałbrzychu, Trójmieście, w Warszawie kilkukrotnie.

Domyślam się, że jeszcze za wcześnie na takie myśli, ale planujesz pójść za ciosem po wydaniu debiutanckiego albumu?
Szczerze mówiąc ja już mam w głowie pomysły na przynajmniej kilka płyt. Te 12 piosenek, które znajdują się na płycie "Znak Niepokoju", to jest wycinek tego, co udało mi się w ciągu dziesięciu ostatnich lat stworzyć i napisać. Mam "do dyspozycji" kilkadziesiąt piosenek, ale też nie zależy mi na samej produkcji tych płyt, na tym, żeby ich naprodukować jak najwięcej. Płyta musi we mnie dojrzeć. Ta płyta dojrzewała dość długo i nie potrafiłbym zabrać się za pracę za nią, dopóki we mnie to nie dojrzało. Już kilka lat temu ludzie pytali mnie, czy nie chciałbym czegoś nagrać, mówili, że powinienem coś wydać. Natomiast musiał minąć pewien czas, żebym ja dobrze czuł się pracując nad tą płytą. Ona ukazała się w maju, natomiast nagrana była w grudniu 2018 roku, więc już od tamtej pory powstało kilka nowych piosenek i wydaje mi się, że one są... świeże, w kontekście mojego wcześniejszego pisania. Natomiast w jaką historię one się ułożą i kiedy? Nie mogę przewidzieć. Na razie chcę podzielić się moją płytą z ludźmi, podczas jesiennych koncertów.

Opowiedz trochę o procesie pisania piosenek. Gdy pojawia się natchnienie, to siadasz i piszesz, czy trwa to dłużej?
To przebiega bardzo różnie. Na początku musi pojawić się coś, co ja nazywam kluczem. To może być bardzo wiele rzeczy - zwykle jest to jakaś fraza, która przyjdzie mi do głowy. I ja tę frazę w sobie noszę przez jakiś czas. Obracam sobie ją w głowie, obserwuję ją, patrzę na nią pod różnym światłem i zastanawiam się, w co ona może mi się przemienić, rozrosnąć. To może być fraza, ale może być też jedno słowo, zdanie wypowiedziane przez kogoś, czy jakaś scena, której byłem świadkiem. Inspiracja może przyjść z bardzo różnej strony. I to jest dla mnie ta iskra, która nazywa się natchnieniem. Później jest to już praca warsztatowa, żeby temat, który przychodzi mi do głowy, pozamykać w słowa, w wersy, w zwrotki.

Twoje piosenki nie dotykają zwykle kwestii polityki, chociaż masz w dorobku jedną, z którą wiąże się ciekawa historia.
Chodzi o piosenkę o nazwie "Eurosja". Zdarzyło mi się faktycznie popełnić coś takiego, ale jakoś nie poszedłem w stronę tego typu piosenek. Chociaż faktycznie była taka sytuacja, że grałem ją kiedyś na jakimś prywatnym koncercie i po jej zakończeniu usłyszeliśmy z sąsiedniego balkonu entuzjastyczne reakcje. To była bardzo fajna sytuacja.

Nie chcesz wchodzić w politykę, ale z drugiej strony w dzisiejszych czasach ludzie często szukają m.in. w muzyce odbicia tego, co dzieje się w rzeczywistości. Poszukują wyjaśnienia pewnych sytuacji społeczno-politycznych. Tak tworzył też Kaczmarski. Nie kusił Cię ten kierunek?
Nie chcę iść tropem Kaczmarskiego. Nie chcę też iść w stronę piosenek czysto interwencyjnych, które są zrozumiałe 3-4 tygodnie po ich napisaniu, a potem już nikt nie wie o co w nich chodziło. Wydaje mi się, że aspiruję do czegoś troszeczkę innego i artystycznie interesują mnie już trochę inne rzeczy. Poza tym dla mnie polityka jest tematem, na który trochę szkoda pióra. Wiem, że może narażę się wielu osobistościom z mojego środowiska, natomiast polityka jest dla mnie czymś bardzo niskim. Ważnym, ale niestety uwikłanym w bardzo niskie instynkty ludzkie. To też nie jest najzwyczajniej w świecie moja droga i źle bym się czuł, gdybym skupiał się na takich śpiewanych felietonach.

Wideo

Materiał oryginalny: Grzegorz Paczkowski: Moje życie to wędrówka z gitarą na plecach - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3