Czerwone Gitary na czarnych krążkach

Jacek Antczak
Tomasz Hołod
Udostępnij:
Legendarne wydania płyt Ewy Demarczyk, Marka Grechuty i pierwszy longplay Czerwonych Gitar z 1966 roku mają jeszcze we wrześniu trafić do sklepów płytowych. Na czarnych krążkach. Ich produkcję wznawia następca firmy Pronit - Zakłady Produkcji Specjalnej w Pionkach.

Jest okrągły, ma średnicę od 17,5 do 30 cm, obraca się w tempie 33 i 1/3 raza na minutę, a produkowany jest z polichlorku winylu. Stąd jego potoczna nazwa - winyl.

Tutaj wesoło Janerce na 45 obrotów

Oprócz niezwykłych właściwości technologicznych i sentymentalno-audiofilskich winyl ma jeszcze cechy boskie. Właśnie zmartwychwstał. Choć tak naprawdę nigdy nie umarł. Nie był produkowany, ale żył w klubach. Kręcił zakochanych w nim DJ-ów. A oni kręcili nim, albo jak kto woli skreczowali.

- Wiem, wiem, że winyle wracają. Mój gitarzysta Damian Pielka słucha muzyki tylko z czarnych krążków, a wielu moich znajomych wyjmuje płyty gramofonowe z pawlaczy i piwnic, więc chyba winyle nigdy tak naprawdę nie odeszły - zapewnia Lech Janerka, który pierwszą płytę z Klausem Mitffochem wydał w 1984 roku w Tonpressie. Dziś sklep Winyl-Books singla (45 obrotów) z utworami Siedzi i Tutaj wesoło oferuje za 14,99 zł. Cenę, zważywszy na stan okładki bardzo dobry, stan płyty bardzo dobry , trzeba uznać za bardzo dobrą.

Pierwszy longplay ukazał się w 1958 roku. Ta premierowa płyta długogrająca (tak ją szybko nazwano, potem, w związku z rozwojem technologicznym sposobów nagrywania, mówiono częściej o płycie analogowej) nosiła właśnie tytuł… Longplay.

Piotr Guzek, ortodoksyjny audiofil z Wrocławia, w 1984 r. kupił sobie absolutną nowinkę technologiczną, czyli… odtwarzacz płyt CD. Kosztował majątek. Guzek majątek zdobył, sprzedając koleżance ze studiów swój znakomity gramofon Technicsa i kolekcję tysiąca czarnych płyt. Dziś za nimi tęskni.

- Audiofile, którzy raz posłuchają czarnych płyt na dobrych gramofonach, wyrzucają swoje odtwarzacze CD, które notabene też właśnie odchodzą w niebyt - tłumaczy ten paradoks Guzek. Jego zdaniem to nie tylko krótkotrwała moda czy magia czarnego krążka, ale po prostu jakość dźwięku i nagrania mają znaczenie przy powrocie do czasów winyli.

Jak wyjaśnia Piotr Guzek, wielu polskich wykonawców ma w swoim dorobku znakomicie zrealizowane nagrania, które trafiły na czarne krążki. Poza propozycjami Pronitu czeka więc na winyle Skaldów z czarno-białą okładką, Nalepę z synem, Mrowisko Klanu, albumy Lady Pank, Perfectu…

Jak róża Małego Księcia

- Mam znajomego, który pytany o to, jaką muzykę lubi, mówi, że nie ma czasu słuchać, bo cały czas ją ściąga z komputera. Zachłysnęliśmy się techniką, empetrójkami, plikami i zapomnieliśmy o istocie muzyki - mówi Maciek Kurowicki, lider Hurtu. - Powrót do winyli, to powrót do uważnego, świadomego słuchania muzyki.

To był cały rytuał

Kurowickiemu płyty towarzyszyły od zawsze: - Moja mama słuchała folku miejskiego, Grzesiuka czy Kapeli z Czerniakowa i do dziś znam na pamięć te piosenki - wspomina lider zespołu Hurt, dla którego winyle były też jednym z najważniejszych łączników z Polską. Lata 80. spędził w Kanadzie, ale dzięki czarnym krążkom wiedział, co się dzieje w... alternatywnej Polsce. Jak grają Dezerter, Kult, Janerka, Izrael...

- Słuchanie płyt kojarzy mi się z konkretnymi obrazami. Tych szumów, trzasków, wkładania ramienia z igłą, nie da się zapomnieć. To cały rytuał - twierdzi Maciek Kurowicki. - Taką muzykę słuchaną z czarnych płyt można porównać do zapachu róży, którego Mały Książę nigdy nie zapomni - mówi sentymentalny rockowiec i zapowiada zakup gramofonu. Już się rozgląda na aukcjach za jakimś oldskulowym sprzętem. Piotr Guzek przestrzega, żeby nie kupować byle czego. Gramofon musi być dobry. Najlepiej zdobyć szkocki LINN.

- Produkują gramofony na każdą kieszeń. Najnowszy, taki full wypas, kosztuje około 90 tysięcy złotych, średniej klasy można kupić za 11 tysięcy, ale, jak ktoś wie, gdzie się zakręcić, to używany kupi nawet za 2 tysiące. No, z dobrym ramieniem i igłą, może za 4 tysięcy - Guzek przypomina, że to Linn wyprodukował w 1972 roku model Sondek LP12, który uznano za najlepszy gramofon na świecie.
Mam do sprzedania 27 płyt winylowych polskich artystów rockowych, m.in. Perfect, Maanam, Oddział Zamknięty, Turbo…. Sprzedawca, Stolarz Piotr, zapewnia, że płyty są w dobrym stanie, bo przeleżały 20 lat w szafie. Informuje też, że ważą 4,6 kilograma. Licytację rozpoczyna od… złotówki. Za całą kolekcję. Sprzedał ją za 104,50 zł. Plus dwie dychy za wysyłkę. Z kolei oryginalne płyty Pronitu w sklepie Fonoramy to koszt od 5 do 40 zł. Najtańsze są Najsłynniejsze walce i tanga różnych wykonawców z 1970 roku, najdroższy album Waldemara Koconia.

Pronit to firma, która przez lata zajmowała się produkcją… amunicji do czołgów, klejów, prochu strzelniczego czy syntetycznej skóry. Choć, jak widać, robiła mydło i powidło, to w PRL-u zasłynęła jako wytwórnia płytowa. Tymczasem praca w dziale płyt, działającym do 1990 roku (płyty najpierw przegrały w rynkowej konkurencji z taśmami magnetofonowymi, a płyty CD czarne krążki tylko dobiły), była świetną fuchą. Starsi pracownicy do dziś wspominają, jak przyjechał Laskowski i rozdawał im longplaye, których tłoczyli dla niego setki tysięcy.

Nagrywały w Pionkach (i przy okazji koncertowały w mieście swojego producenta) zespoły No To Co, Kombi, Krzysztof Krawczyk, Irena Jarocka, Zbigniew Wodecki czy Maryla Rodowicz. Teraz chcą znów tłoczyć swoje dawne płyty (na razie w… Czechach, dopiero potem kupią maszyny, których w Pionkach od dawna nie ma) w kolekcjonerskich nakładach kilkuset sztuk. Pronitowskie winyle będą miały historyczne, czyli identyczne jak przed laty, koperty i napisy.

Lech Janerka jest szczęśliwym posiadaczem kolekcji longplayów, których... nie słucha. Nie jest bowiem posiadaczem gramofonu. Nie ma też odtwarzacza CD czy nawet skromnej empetrójki. - Bo ja w ogóle rzadko słucham muzyki, ja ją tworzę. Gramofon może sobie kupię, jak stetryczeję. Na razie nie jest mi potrzebny - tłumaczy Lech Janerka.

Płyty do oglądania

Kolekcja czarnych krążków Janerki nie leży jednak w szafie ani w piwnicy.
- Nie muszę płyt słuchać, bo znam je na pamięć, jeszcze by mi się zniszczyły - śmieje się wrocławski muzyk. - Ja te płyty po prostu oglądam, jak inni albumy ze zdjęciami z młodości. Wśród moich longplayów królują Beatlesi i Miles Davis, ale mam też na przykład audiofilskie, hiszpańskie wydanie moich Historii podwodnych - wylicza.

Piotr Guzek, który ma doskonały sprzęt audiofilski, chce po 25 latach wrócić do słuchania czarnych płyt. Należy bowiem do wciąż rosnącej grupy słuchaczy, którzy uważają, że żaden, nawet najdoskonalszy zapis cyfrowy nie jest w stanie dorównać ciepłemu, analogowemu brzmieniu płyty długogrającej. I fakt, że nie ma to potwierdzenia technologicznego, nie ma tu nic do rzeczy. Jakości wspomnień, wrażenia i odczuć, jakie robi szum ukochanej płyty, słuchanej na starym adapterze, nie da się odtworzyć nawet w najnowocześniejszym urządzeniu na świecie.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Wrocławska
Dodaj ogłoszenie