Zimowe Igrzyska Polonijne Karkonosze 2014: Alan Mack-Maćkowiak, jeden z Was. Pasjonująca biografia

WoK
Skan książki "Dwie strony mikrofonu" Krzysztofa Miklasa.
Skan książki "Dwie strony mikrofonu" Krzysztofa Miklasa. Książka "Dwie strony mikrofonu" red. Krzysztofa Miklasa.
Już za kilka dni, 23 lutego, rozpoczną się XI Światowe Zimowe Igrzyska Polonijne Karkonosze 2014. Uroczyste otwarcie w niedzielę o godz. 20 na pl. Piastowskim w Jeleniej Górze, gdzie zagra zespół "Piersi". A cała impreza grać będzie do 1 marca. Ponad 600 Polonusów będzie rywalizowało i bawiło się na Dolnym Śląsku. Poniżej rozdział zajmującej książki "Dwie strony mikrofonu" pióra red. Krzysztofa Miklasa o jednym z takim Polonusów właśnie. Warto zerknąć. A Miklas, przypominamy, miał spory udział w reaktywowaniu idei Światowych Igrzysk Polonijnych.

Alan Mack-Maćkowiak

Życie z pasją

Poznaliśmy się w sierpniu 1997 roku, na Światowych Igrzyskach Polonijnych w Lublinie, a po kilku latach odnosiłem wrażenie, jakbyśmy znali się wieki całe. Alana Mack-Maćkowiaka, wspaniałego człowieka i wielkiego patriotę, znali doskonale niemal wszyscy Polacy w Wielkiej Brytanii, których los rzucił tam po II wojnie światowej. Trudno było Alana nie znać, skoro - dokąd tylko zdrowie mu pozwalało - wszędzie było Go pełno. Niezwykle energiczny, tryskający humorem, emanujący dobrocią, poświęcający prawie cały swój czas dla innych i działający w kilkunastu (!) polskich organizacjach w Anglii nie mógł być nie zauważony. Znała go też sportowa Polonia z całego świata, bowiem – dopóki mu zdrowie pozwoliło - startował prawie we wszystkich powojennych igrzyskach polonijnych. Nie tylko startował. Przez dziesiątki lat organizował sportowe życie londyńskiej Polonii, był jej trenerem i organizował wyjazdy na igrzyska polonijne, które uważał za niezwykle cenne przedsięwzięcie. W 2003 roku w Poznaniu, gdy miał 87 lat, składał w imieniu uczestników przysięgę podczas uroczystości otwarcia Światowych Igrzysk Polonijnych. W tym, 2012 roku, w marcu, skończył 96 lat. Trzyma się dziarsko, choć ma olbrzymie problemy ze wzrokiem. Dopóki oczy nie odmówiły mu posłuszeństwa mieszkał w Hazlemere, koło High Wycombe, między Londynem i Oxfordem. Teraz opiekuje się nim pani Barbara Walker w Londynie.

Żołnierz i sportowiec

Miał dwie wielkie pasje: wojsko i sport. Jeszcze przed maturą w poznańskim gimnazjum Bergera był czołowym hokeistą na trawie i omal nie pojechał na igrzyska olimpijskie do Berlina. PKOl. uznał jednak, że hokeiści nie mają większych szans na medal i choć do stolicy Niemiec było niedaleko, to olimpijskiej szansy nie dostali. Wcześniej jednak, przez siedem lat trenował gimnastykę sportową w poznańskim „Sokole”, do którego zaprowadził go ojciec – komendant policyjnego posterunku w Poznaniu., Potem zaczął trenować boks, i to u samego Feliksa Stamma. Jak on Wielkopolanina, który wówczas szkolił pięściarzy Warty Poznań i był asystentem trenera reprezentacji. Bokserskie i gimnastyczne umiejętności wkrótce miały się okazać nieocenione.

W 1938 roku skończył oficerską szkołę artyleryjską w Toruniu i dostał przydział do Wyższej Szkoły Wojennej w Rembertowie. Po roku wyruszył na front broniąc Ojczyzny na północnej granicy z Niemcami, w okolicach Grodna. Był w oddziale, który – jako jedyny w kampanii wrześniowej – wszedł na kilkanaście kilometrów w głąb Prus Wschodnich. Pod naporem niemieckich czołgów jego oddział musiał rychło jednak się wycofać, a po 17 września, jak wszyscy polscy żołnierze znajdujący się za Bugiem, dostał się pod Lwowem do rosyjskiej niewoli. Pewnie czekałby Go los tysięcy innych polskich oficerów zamordowanych przez Sowietów, gdyby nie zdecydował się na brawurową, nocną ucieczkę z kolejowego transportu.

- Bydlęce wagony – wspominał – wiozły nas już czwarta dobę w stronę Ukrainy. Byliśmy tak stłoczeni, że jeśli część z nas chciała położyć się na surowych deskach, by trochę pospać, druga część musiała stać. Jako ubikację mieliśmy dziurę w podłodze. Z kilkoma kolegami zaczęliśmy rozciągać kraty w okienku i rozciągnęliśmy je na tyle, że właśnie ja, i tylko ja, mogłem tam wsadzić głowę, a potem całą resztę. Byłem jednym z najniższych, a przy tym znakomicie wygimnastykowany, więc nie obawiałem się ekwilibrystycznego, nocnego skoku przez to okienko. Jakimś cudem udało mi się dotrzeć do Poznania. Przed Gwiazdką postanowiłem wyruszyć przez Słowację do Budapesztu. Później znalazłem się w Zagrzebiu i wreszcie w Splicie, by w grupie 24 polskich żołnierzy odpłynąć greckim statkiem ”Patris” do Marsylii. Po drodze przeżyliśmy istne piekło, bowiem na Morzu Śródziemnym, na wysokości Malty, szalał sztorm. Było sporo strachu, chyba więcej niż na froncie, ale wkrótce znalazłem się w wojsku generała Władysława Sikorskiego, któremu udało się zmobilizować we Francji około 85 tysięcy polskich żołnierzy.

Na Alana i pozostałych żołnierzy czekała linia Maginota i kolejna wojenna kampania. Znów niewola, tym razem niemiecka, obóz jeniecki w Strasbourgu, a po siedmiu dniach kolejna ucieczka. Wybawieniem, i to w paru sytuacjach, okazała się dla niego świetna znajomość francuskiego. Gdy dotarł nocami do przedmieść stolicy Francji, niezwykle zmęczony, z opuchniętymi nogami, zapukał do przypadkowych drzwi domu, w którym świeciło się światło. Znów miał nieprawdopodobne szczęście, bowiem mieszkała tam młoda francuska wdowa, której mąż – z pochodzenia Polak, urodzony w Lublinie – zginął w obronie Francji. Pozostały po nim niektóre dokumenty, z których skwapliwie skorzystał porucznik Maćkowiak, wtedy jeszcze Alfons Wiktor. W Paryżu na „lewych”, francuskich papierach mógł podreperować swój budżet, bowiem dorabiał na paryskich dworcach nosząc bagaże niemieckim oficerom. Nie zamierzał jednak długo zagrzewać miejsca w stolicy Francji. Wkrótce, po wyrobieniu sobie stosownych papierów przeniósł się na południe, do nie okupowanej, tzw. petainowskiej części kraju.

Najpierw – ze względu na znajomość języka – był adiutantem polskiego obozu pod Nimes, potem pełnił obowiązki oficera sportowego i kierownika słynnej organizacji YMCA. Organizował dla polskich żołnierzy rozgrywki w wielu sportowych dyscyplinach: piłce nożnej, siatkówce, koszykówce, ping-pongu, tenisie.

Kolejnym celem był jednak Gibraltar i Anglia. W drogę do Gibraltaru wybrał się z dwoma podoficerami. Znów wędrowali nocami, które starali się odespać w ciągu dnia, gdzieś na polach, w stogach siana czy zboża. Pod Barceloną cała trójka wpadła w ręce hiszpańskich żandarmów. Maćkowiak próbował przekupić dowódcę posterunku proponując mu pięćdziesiąt angielskich funtów, ale ten, nie wiedzieć skąd, zorientował się z kim może mieć do czynienia. – Za twoją głowę dostanę znacznie więcej – stwierdził, ale nieopatrznie nachylił się nad głową niewysokiego Polaka nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa.

– Nie miałem wyjścia – wspominał tamte chwile grozy Alan Maćkowiak. – Ustawił mi się znakomicie, więc szybkim, mocnym prawym podbródkowym go znokautowałem, krzyknąłem tylko do moich towarzyszy wędrówki, co mamy robić. Odebraliśmy broń dwóm pozostałym, zupełnie zahipnotyzowanym żandarmom i uciekliśmy rozdzielając nasze drogi. Co się z moimi towarzyszami tej wędrówki wydarzyło – nie wiem. Mnie udało się dotrzeć do Madrytu, do funkcjonującej tam polskiej ambasady i od pana ambasadora dowiedziałem się, że jestem poszukiwany listami gończymi. Okazało się bowiem, że żandarm po moim ciosie tak nieszczęśliwie uderzył głową o posadzkę, że nie przeżył. A na posterunku został mój dokument, który wcześniej ów żandarm dostał ode mnie. Z pomocą ambasadora wkrótce byłem jednak w Gibraltarze.

Jesienią 1941 roku, w trzecim roku wojny, wylądował w Liverpoolu. Stacjonował na szkockim wybrzeżu, w Leven, gdzie miał dowodzić artylerzystami w razie inwazji Niemiec. Po paru miesiącach zgłosił się do formowanej przez pułkownika, a późniejszego generała, Stanisława Sosabowskiego brygady spadochronowej, a wkrótce potem do STS 43 czyli pałacu w Audley End House koło Saffron Walden w hrabstwie Essex, gdzie w najgłębszej tajemnicy szkolono „cichociemnych”. Już samo zakwalifikowanie się do owego szkolenia nie było proste. Chętnych było wielokrotnie więcej. Umiejętności Alana były jednak tak duże, że wkrótce on sam szkolił „cichociemnych”, specjalizujących się w działalności dywersyjnej na tyłach wroga, w ćwiczeniach sprawnościowych, sportach walki, a także w zabijaniu „na cicho”, samymi rękoma.

We wrześniu 1944 roku równie cichutko, w szybowcu Horsa oznaczonym numerem 899, kapitan Maćkowiak jako oficer łącznikowy przeleciał z Anglii do Holandii instalując się z ckm-em na wieży kościoła pod Arnhem. Zestrzelony i ranny znów dostał się do niewoli lądując najpierw w szpitalu, a potem w Oflagu IX A-H pod Frankfurtem. 4 kwietnia 1945 roku, po wyzwoleniu obozu przez czołgi amerykańskie słynnego generała Pattona, kończy się Jego wojenna tułaczka. Choć przez kilka dni, na prośbę Amerykanów, dowodził działem artyleryjskim w obronie zajętego przez Amerykanów lotniska przed atakami niemieckimi. Po jakimś czasie przysłano mu z USA wojskowe odznaczenie.

Wkrótce po tej akcji na pokładzie amerykańskiej „Dakoty” wrócił do Anglii. Skończył jeszcze kurs w Wyższej Szkole Wojennej w Szkocji, został dowódcą dywizjonu artylerii, ale 9 lipca 1947 roku Armia Polska w Wielkiej Brytanii została zdemobilizowana i Alan, podobnie jak dziesiątki tysięcy polskich żołnierzy, musiał szukać innego zajęcia. Przez jakiś czas był właścicielem niewielkiego hoteliku, z którym wiąże się kolejny bohaterski wyczyn, w lipcu 1950 roku

– Było leniwe popołudnie - wspominał - i w moim hoteliku graliśmy w brydża. W pewnym momencie usłyszeliśmy potworny ryk samolotowych silników. Tuz nad nami przeleciał płonący bombowiec RAF-u, „Wellington”, który kilkadziesiąt metrów dalej próbował lądować. Wybiegłem natychmiast, za mną mój pracownik i jeden z gości. Na szczęście dobrze znałem „Wellingtony”, bo latałem nimi wielokrotnie jako spadochroniarz. Znalazłem awaryjne wyjście i udało nam się dostać do wnętrza. Jeden z załogantów, zapewne nawigator, był oszołomiony, ale nic mu się poważnego nie stało. Wyprowadziliśmy go szybko z samolotu i wróciliśmy po pilota, który leżał nieprzytomny na przyrządach, przypięty pasem. Na szczęście pan Zdzisław miał przy sobie nóż ogrodniczy. Przeciął pasy i wynieśliśmy, a raczej wyciągnęliśmy owego pilota. Gdy odciągnęliśmy go na bezpieczną odległość, nastąpił wybuch.

Opisy tego wyczynu trafiły na czołówki gazet, a po jakimś czasie przyszedł nawet list z podziękowaniem od samego króla Jerzego VI. Napłynęło też wiele innych listów i gratulacji. Po artykule w londyńskim „Dzienniku Polskim”, kilka dni po wydarzeniu, piękny list do kapitana Maćkowiaka napisał generał Kazimierz Glabisz, który w okresie międzywojnia był prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego, zapraszając jednocześnie do współpracy w londyńskich kołach kombatanckich.

Rok później Alan ożenił się z londyńską nauczycielką, Yeleną May Shores, a zdjęcie młodej pary ozdobiło czołówkę lokalnej gazety „Saffron Walden Weekly News”. Za jej namową Alan sprzedał hotelik i został nauczycielem. Tym bardziej, że skończył stosowne studia i kursy, w tym psychologię dziecka na Oxfordzie. Początkowo uczył wychowania fizycznego w dużej londyńskiej szkole publicznej, a w 1952 roku wygrał konkurs i zaczął pracę w niezwykle prestiżowej szkole prywatnej, Bishop’s Stortford College. Pracował tam 15 lat.

Państwo Mack nie doczekali niestety potomstwa. Czterdzieści lat po zamążpójściu Yelena ciężko zachorowała. Gdy z ostatnią posługą przybył do niej pastor Michael Hall zainteresował się dyplomem ozdobionym odznakami RAF-u i podpisanym przez Jerzego VI. Odszukał uratowanych z płonącego „Wellingtona” lotników zapraszając ich na uroczystość poświęcenia witraży w miejscowym kościele ufundowanych przez Alana ku czci swojej zmarłej żony. Zaskoczenie i wzruszenie, a przy tym wielka radość, były niezwykłe.

Ćwierć wieku z Oxfordem

Na palcach jednej ręki można zliczyć uczelnie, które sławą, prestiżem i historią mogą równać się z Uniwersytetem w Oxfordzie. W Oxfordzie i rywalizującym z nim od wieków Cambridge rodził się także, na długo przed inicjatywami Pierre de Coubertine’a, nowożytny sport. W obu zacnych uniwersytetach między sobą rywalizowały college’e (coś na kształt naszych akademików, w Oxfordzie jest ich 35, w Cambridge - 31). W 1829 roku studenci obu miast po raz pierwszy spotkali się w wyścigu wioślarskim na Tamizie. Nieco później, w 1864 roku, a więc 32 lata przed pierwszymi nowożytnymi igrzyskami w Atenach, rozpoczęła się coroczna, zawieszana tylko podczas światowych wojen, rywalizacja Oxfordu i Cambridge w lekkiej atletyce. Nie trzeba więc specjalnie dowodzić, jakie znaczenie, w obu uczelniach przywiązywano do zwycięstw nad rywalem i w jakiej glorii chodzili ci, którzy do owych zwycięstw się przyczyniali.

Uniwersytecki stadion w Oxfordzie był też świadkiem historycznych dla sportu wydarzeń. To tu 9 maja 1954 roku, na żużlowej jeszcze bieżni, Roger Bannister jako pierwszy na świecie przełamał granicę 4 minut na najbardziej klasycznym dla wszystkich Anglosasów dystansie jednej mili. Przez wiele lat istniał potem, przynajmniej na łamach gazet całego świata, „klub Bannistera” – milerów, którzy przebiegli ten dystans poniżej owej bariery.

W 1964 roku, zatem w stulecie lekkoatletycznych spotkań z Cambridge, władze Oxfordu, zirytowane czwartą z rzędu porażką w „świętej wojnie”, postanowiły przeprowadzić konkurs na stanowisko głównego trenera. Wśród wielu kandydatur za najciekawszą uznano ofertę złożoną przez Alana Mack-Maćkowiaka i... wkrótce sytuacja się odwróciła. Po kilku porażkach przyszła seria zwycięstw. W Oxfordzie Alan wprowadził wiele nowoczesnych, wręcz nowatorskich metod treningowych, a w latach siedemdziesiątych, gdy Polska, po siermiężnych czasach gomułkowskich, otworzyła się nieco na świat, zaczął współpracę z warszawską Akademią Wychowania Fizycznego. Studenci z Oxfordu zaczęli ze swym coachem przyjeżdżać podczas wakacji na Bielany i do Spały, podpatrywać sławnych polskich lekkoatletów, korzystać z polskich metod treningowych.

Gdy po dwudziestu pięciu latach dowodzenia lekkoatletami sławnego uniwersytetu „Captain Mack” doszedł do wniosku, że pora przejść na emeryturę (miał wówczas 73 lata), łzy wzruszenia kręciły się nie tylko w jego oczach. Bilans ćwierćwiecza w Oxfordzie miał bardzo pomyślny: 17 zwycięstw, jeden remis, 7 minimalnych przegranych. Ale statystyki to nie wszystko. Kapitana Macka sportowcy wręcz uwielbiali. Nic dziwnego, że całą pierwszą stronę oficjalnego programu 115. w historii, a pożegnalnego dla Alana, meczu z Cambridge, zajęła napisana specjalnie dla niego wzruszająca „laurka” kończąca się słowami: Captain Mack – boxer, teacher, athlete, soldier, and gentleman always – do widzenia.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

L
Ludwik Mackowiak bratanek
RIP
L
Ludwik Mackowiak bratanek
RIP
Dodaj ogłoszenie