Ryszard Witke nie żyje. Orzeł Karkonoszy latał nawet w gipsie (SYLWETKA)

Wojciech Koerber
27 października w Karpaczu zmarł Ryszard Witke, skoczek narciarski, dwukrotny olimpijczyk. Mawiano o nim „Orzeł Karkonoszy”. Miał 81 lat. Przypominamy jego sylwetkę w archiwalnym tekście Wojciecha Koerbera, który powstał w ramach cyklu "Olimpijczycy sprzed lat".

OLIMPIJCZYCY SPRZED LAT: Ryszard Witke, skoczek narciarski (tekst archiwalny)

- Ten, kto do siódmej klasy podstawówki skoczył z Orlinka, był w Karpaczu kimś. Mógł się pokazać na szkolnej dyskotece - wspomina dziś Ryszard Witke, pierwszy mistrz Polski z Sudetów w skokach narciarskich. On towarzysko liczył się w miasteczku jak najbardziej. I tak jest po dziś dzień.

Prowadzi pensjonat, zachowuje wyśmienitą formę, w listopadzie obchodził 76. urodziny. - Forma? Trzeba coś robić, zjeżdżać na nartach, żeby nie zdziadzieć - uśmiecha się Orzeł Karkonoszy.

Tak ochrzciły go przed laty media. Józef Przybyła stał się Jastrzębiem Beskidów, a Witke - Orłem Karkonoszy właśnie. Każdy region musiał mieć przecież swojego ptaka.
Tego naszego ptaka los nie oszczędzał. Próbował mu podcinać skrzydła przed każdą większą imprezą. Na igrzyska w Innsbrucku (1964) pojechał Witke niemal wprost ze szpitala.

- W sylwestrowym konkursie Turnieju Czterech Skoczni w Ga-Pa byłem ósmy po pierwszej serii. W końcu miałem się znaleźć w dziesiątce. No i trafił się pech. Dostałem tak mocny, czołowy wiatr, że narty podeszły mi pod szyję. Ich szpice czułem na gardle. Wiedziałem, że nie mogę tak dłużej lecieć, bo wyląduję na głowie. By narty odeszły, wykonałem lekki ruch barkami do przodu. W tym momencie wiatr jednak puścił i deski poszły w dół. No i wylądowałem na tej głowie, lecz padem gimnastycznym zamortyzowałem nieco uderzenie. W sumie mogę powiedzieć, że się udało, bo przecież rozmawiamy teraz - dowcipnie zauważa skoczek.

Udało się więc jakoś nie opuścić igrzysk. I to bez pomocy działaczy.
- Prawie miesiąc leżałem w szpitalu z karkiem w gipsie. Olimpiada była już pod koniec stycznia, a ja miałem możliwość oddać przed jej rozpoczęciem ledwie trzy skoki w Zakopanem. Dały mi one piąte miejsce i kwalifikację. Szanse na dobry występ były jednak niewielkie - nie ukrywa Witke. Cztery lata później, przed igrzyskami w Grenoble, też musiał uciekać ze szpitala.

- Zaczęło się od zawodów w Szczyrbskim Plesie, przed olimpiadą. Przyjechała cała czołówka z Czech, ZSRR, NRD i my. Byłem trzeci, a przede mną tylko Raška i Biełousow, którzy miesiąc później zdobyli w Grenoble złote medale. Lądując po drugim skoku, uszkodziłem nieco mięsień nogi. Chcąc poprawić jego stan, skorzystałem z lampy kwarcowej jednego z hotelowych kelnerów. I zamiast wyleczyć tę nogę, uszkodziłem wzrok. Spojrzałem w lampę i stało się. Porażenie rogówki. Miesiąc spędziłem w szpitalu, by odzyskać wzrok. Miesiąc bez treningu - precyzuje pechowiec.
Najbliżej podium wielkiej imprezy znalazł się Witke w 1966 roku. Na MŚ w Oslo zajął siódme miejsce. Skacząc z gipsem po łokieć.
- Śródręcze złamałem w Bischofshofen, na treningu przed Turniejem Czterech Skoczni. Za daleko poleciałem na "pięćdziesiątce", podparłem skok, a ręka dostała się pod nartę. To było poważne złamanie, trzeba było jechać do Piekar Śl. na operację. Dr Smolik, lekarz kadry, związał tę kość srebrnym drutem, który mam do dziś. I najważniejsze, podpisał papier, że mogę z tym gipsem występować. Nawet specjalnie mi nie ciążył. Skakało się prawie że normalnie - bohatersko twierdzi Witke.

Nie próbuje po latach udowadniać, że gdyby nie gips, pachniałoby medalem. A buty jednorękiemu orłowi sznurował na górze, przed skokiem, ten, który zgarnął złoto. Słynny Norweg Björn Wirkola.
Któż to jednak wie, co by było, gdyby. Po imprezie Witke - już bez gipsu - wygrał pięć dużych konkursów. Odpowiedników obecnego Pucharu Świata, który narodził się później, w 1979 roku.

- Wtedy faktycznie czułem się tak, jakbym był najlepszy na świecie. Osiągnąłem wielką formę - dodaje. Skąd my to znamy. Dostrzegacie analogię? Przerwa spowodowana kontuzją oka pomogła odzyskać świeżość. I nagle przyszła topforma. Dziś w skokach bywa identycznie. Forma też potrafi przyjść nagle i równie nagle ulecieć. Nie wiadomo nawet, czemu. Patrz: Adam Małysz, Kamil Stoch...

Cena marzeń była bolesna. Trzykrotnie złamany nadgarstek, złamana noga i łopatka. Trzy wstrząsy mózgu. Była też szansa olimpijskiego występu w Sapporo, lecz na drodze - a jakże - stanęła kontuzja. Naderwanie mięśnia dwugłowego uda.
- Skakało się wtedy nie w kaskach, a w wełnianych czapkach. Dobrze się więc skok słyszało - dowcipkuje dziś Witke. - I sporo wykonywało latem ćwiczeń gimnastycznych. Trenowaliśmy upadki na piaskowych skarpach, nad morzem, nad niektórymi jeziorami. Amortyzowaliśmy wywrotki rękoma. Miałem w karierze trzy takie dramatyczne momenty, że lądowało się z powietrza nie na narty, lecz na ciało. Szczęście dopisywało, żyję - dodaje.

Na nartach skakał też syn mistrza - Robert. A senior wyznaczał sobie w życiu nowe cele. Modernizował m.in. skocznie w Lubawce i Karpaczu. Marzenie? Postawić piękny obiekt na Pohulance. Szkoda, że brak sprzymierzeńców.

Ryszard Witke

Urodził się 9 listopada 1939 roku w Sanoku.
Olimpijczyk z Innsbrucku (1964 - 45. na średniej i 35. na dużej skoczni) i Grenoble (1968 - 32. i 31. m). Kluby: Budowlani Karpacz, AZS Wrocław, Śnieżka Karpacz. Absolwent wrocławskiej WSWF. Mistrz Polski z 1963 roku, uczestnik TCS (1968 - 10. m.). Pierwsza żona, Bożena Cedro (mistrzyni Polski w pływaniu), zmarła. Obecna, Elżbieta, "najlepsza nauczycielka w Karpaczu" - mówi mąż. Syn Robert, córka Marta.

Tekst Wojciecha Koerbera "Orzeł Karkonoszy latał nawet w gipsie" pochodzi ze zbioru "Olimpijczycy sprzed lat".

Polacy najaktywniejsi w Europie

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

e
endi

Fajnie sie pisze o jego jasnej stronie zycia ,ale dlaczego nikt nie napisze o ciemnych sprawkach przemytniczych

M
Mirek Graf

Ja rowniez pozdrawiam Mojego trenera/nauczyciel z lat 1973-1980.Pan Ryszard Witke był moim wzorem który mnie ukształtował oraz wytyczyl mi kierunki jakimi powinienem w zyciu podążać:):):).Niekiedy zastępował mi Ojca:):):).I za to Jemu dziekuje :):):).

W
Wiesław O.-Wałbrzych

Pana Ryszarda mam zaszczyt znać nie tylko ze słyszenia,choć na pewno mnie nie pamięta,bo kiedy Go poznałem miałem zaledwie 8-9 lat i przebywalem dość dlugo w Sanatorium "Świetlana Gora" w Karpaczu.Byl naszym wychowawcą razem ze swoim bratem - panem Jerzym.Jak na tak odległy czas,który dzieli tamte lata od teraźniejszości dużo jeszcze pamiętam a w szczególności to,że zawsze z wielkim zainteresowaniem słuchaliśmy tego co obaj Panowie mieli nam do powiedzenia,a mieli co opowiadać i czym zainteresować chłopaków w takim właśnie wieku.Wycieczki w góry należały również do najprzyjemniejszych stron tego przecież przymusowego tam pobytu i to doskonale Panowie Ryszard i Jerzy rozumieli.Wszystkim młodym ludziom,którzy znaleźliby się kiedyś w takiej sytuacji (czego absolutnie nie życzę)mogę jedynie powiedzieć,że spotkanie z takimi ludżmi jak Panowie Ryszard i Jerzy Witke to jak wygrana w totolotka.
Za wszystko serdecznie im dziękuję.

K
Ktos

Bardzo pozadna rodzina.Szkoda ze syn zostal alkocholikiem i damskim bokserem,zamiast uznanym sportowcem.

k
krystyna

byl jednym z najsympatyczniejszych narciarzy , czesto spotykalismy sie na wspolnych obozach kadry ( gimnastyczek )serdecznie pozdrawiam krystyna z krakowa

Dodaj ogłoszenie