Marek Napiórkowski gitarą opowiada o wolności

Jacek Antczak
Marek Napiórkowski
Marek Napiórkowski fot. Rafał Masłow/V Records
Marek Napiórkowski, najlepszy gitarzysta 2012 roku, właśnie wydał swoją płytę zatytuowaną „UP!”.

„UP!”, piąty album sygnowany nazwiskiem Marka Napiórkowskiego, to już prawie sto pięćdziesiąta płyta w Twoim dorobku. Odnotowujesz albumy, na których słychać Twoją gitarę?
Od czasu do czasu zapisuję to, co nagrałem w specjalnym notesiku. W ten sposób prowadzę małą buchalterię tego, co zrobiłem i wychodzi, że na liście mam już tyle pozycji.

Chyba grałeś już ze wszystkimi polskimi artystami?
A skąd, jeśli potrzebują gitary deadmetalowej, to nie dzwonią do mnie, tylko do Nergala. Ale bardzo możliwe, że jak ktoś słucha radia i w piosence jakiegoś polskiego artysty słyszy liryczne solo gitarowe, to mogę być ja. Cała moja droga artystyczna polega na tym, że gram zarówno pod swoim szyldem, jak i z wieloma innymi artystami, przede wszystkim z Anią Jopek, Dorotą Miśkiewicz oraz Henrykiem Miśkiewiczem. Pracując przez lata na rozwój zespołów, z którymi współpracuję na stałe, traktuję to jako coś swojego, dla mnie ważnego. Poza tym jestem niespokojnym duchem i lubię brać udział w przeróżnych projektach. I dlatego wśród tych prawie 150 płyt znalazła się masa albumów muzyki popularnej.

Gdy przeglądam listę najbardziej znanych polskich wokalistów i wokalistek, to nie ma chyba artysty popowego, z którym nie zagrałeś?
Są, są. Ponieważ kluczem do całej przygody jest dla mnie gwarancja dobrej jakości, na przykład znakomity producent, i to, bym w „nagraniach usługowych”, czyli jako „dawca talentu”, mógł zachować elementy własnego języka muzycznego. Czyli nie zawsze musi być to w stylu czy gatunku, który kocham, ale zawsze się staram, żeby była tam gitara „Napióra”.

„Napióra”, który najbardziej kocha jazz?
Tak, bo w jazzie najpiękniejsza jest wolność. Przy własnych płytach to jest oczywiste, bo wszystko sam komponuję. Ale takie samo szczęście czuję, grając na przykład z Henrykiem Miśkiewiczem w jego zespole. Tam wszyscy improwizujemy i czujemy totalną wolność. Podobnie, gdy gram z Dorotą Miśkiewicz, której wyprodukowałem trzy ostatnie płyty i skomponowałem na nie prawie wszystkie piosenki, oraz z Anią Jopek. Od początku naszej współpracy i przyjaźni Ania prowadzi zespół według własnego gustu i koncepcji mieszania jazzu z muzyką ludową, a ja wpisuję się w ten kontekst, pozostając sobą.

Kiedy i gdzie zaczęła się Twoja przygoda z gitarą? Zdaje się, że „zaczęła się w duecie”. Z przyjacielem z podwórka, dziś także jednym z najlepszych gitarzystów w kraju – Arturem Lesickim.
Za początek „naszej kariery” można przyjąć rok 1981 i moment, w którym ciocia wyciągnęła z kąta gitarę i nauczyła mnie czterech akordów. Miałem 12 lat i nie popadłem w szaloną miłość do tego przykrego urządzenia marki Defil, w którym ledwie dało się docisnąć struny. Ale od razu spotkałem się z przyjacielem i dobrodusznie, bez żadnej opłaty, udostępniłem tę wielką wiedzę: „C-dur, a-mol, d-mol, G-dur” i powiedziałem: „Słuchaj, kupmy sobie po gitarze, może coś z tego będzie”. No i zaczęliśmy muzykować.

Graliście wspólnie prawie 15 lat, aż usłyszał o Was świat?
Najpierw jeleniogórskie podwórko, potem dom kultury. Graliśmy, akordy się multiplikowały, jak mówi Onufry Zagłoba, coraz bardziej nas to wciągało i nawzajem się nakręcaliśmy. Gdy mieliśmy 15 lat, graliśmy w zespole blues-rockowym Kozioł Blues Band, a rok później dom kultury wysłał nas na kultowe warsztaty jazzowe do Chodzieży. I kiedy powróciłem do domu, odłożyłem na bok wszystkie kasety Led Zeepelin, Hendrixa i innych zespołów tamtych czasów, i zachłysnąłem się wolnością, którą daje muzyka jazzowa.

A Artur?
Tak samo, byliśmy jak jeden organizm. Zaczęliśmy się uczyć tego jazzu, przyjechaliśmy na studia do Wrocławia, założyliśmy duet Hand Made, pojechałem na Jazz Juniors, założyłem swój zespół, potem graliśmy w Funky Groove, koncertów było coraz więcej i pomyśleliśmy, że chyba spełni się nasze marzenie, żeby żyć z muzyki, którą tak pokochaliśmy.

Ile masz gitar?
Całą specjalną szafę, w której leży sobie jeden na drugim dziesięć instrumentów. Ale nie biorę udziału w wyścigu zbrojeń, nie kolekcjonuję ich. Kupuję tylko, gdy czuję, że gitara mnie zainspiruje. Wolę ich nie mieć za dużo, by leżały nie tknięte, bo nie chcę przypominać Araba, który zaniedbuje swoje zbyt liczne żony.

Fakt, gitary mają kobiece kształty. Jesteście w zażyłym związku od lat?
Pamiętam piękne czasy , gdy miałem tylko dwie – elektryczną i akustyczną – wtedy nasze relacje były bardzo bliskie. Z gitarami jak z babami, niektóre potrafią być narowiste, inne wolą intymne brzmienia.

Dbasz o nie?
Dbam, choć kiedyś jedną z moich ukochanych koncertowych gitar przejechałem samochodem. Byłem na Mazurach, auto zakopało się w błocie, oparłem gitarę z tyłu samochodu, zapomniałem o niej, auto się stoczyło i przejechałem po niej, na szczęście tylko po gryfie. Myślałem, ze dostanę zawału, ale rehabilitacja u lutników się powiodła i dalej mi służy – jest świetna.

Twoja balladowa płyta pt. „Wolno” znakomicie się sprzedała, teraz... idziesz w górę?
Tytuł jest przewrotny. To nie przejaw megalomanii, że płyta jest lepsza, bo gra na niej czternastu muzyków, a nie trzech. To nie ma znaczenia, bo może następną płytę nagram w duecie. Tytuł „UP!” odnosi się też do mojego poczucia, że to najtrudniejsze logistycznie i artystycznie przedsięwzięcie, jakie firmuję własnym nazwiskiem.

Znakomici muzycy, do tego klasyczny nonet. Muzycznie jest szybko i wolno, lirycznie i ekspresyjnie...
Jedyną stałą osobą na wszystkich moich płytach jest Robert Kubiszyn, wybitny basista, którego darzę ogromnym zaufaniem. Na saksofonie gra w nietypowy dla siebie, liryczny sposób Adam Pierończyk, a zupełnie genialny saksofonista Henio Miśkiewicz, ze swoim muzycznym serduchem i wrażliwością, zagrał u mnie na klarnecie basowym. No i udało mi się zaprosić do współpracy Clarence’a Penna, który jest w pierwszej piątce perkusistów jazzowych na naszej planecie. Absolutnym bohaterem płyty jest Krzysiek Herdzin, który do mojej muzyki dopisał aranże na nonet złożony z muzyków symfonicznych.

Opowiadasz swoją płytą jakąś historię?
To zbiór ośmiu utworów, które powstały kilka miesięcy, czasem kilka lat temu. Chciałem, by to był album kolorowy, z jednej strony miał piękne brzmienie, z drugiej, by raz było lirycznie, a raz ekspresyjnie. Mam nadzieję, że ta płyta jest opowieścią, której klamrą jest muzyczny język „Napióra” i że album jest różnorodny, ale opowiadam nim jedną muzyczną i życiową historię. A kieruję ją do wrażliwych ludzi, którzy szukają w muzyce czegoś więcej niż czystej rozrywki.

Wideo

Materiał oryginalny: Marek Napiórkowski gitarą opowiada o wolności - Gazeta Wrocławska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie