reklama

Lekarze mówili, że miał serce do kolarstwa

Wojciech KoerberZaktualizowano 
Ryszard Szurkowski, żywa legenda dwóch i pięciu - olimpijskich - kółek Bartosz Sadowski
OLIMPIJCZYCY SPRZED LAT: Ryszard Szurkowski.

Ryszard Szurkowski, nasz człowiek ze Świebodowa pod Miliczem. Na rowerze zaczął jeździć m.in. pod wpływem Wyścigu Pokoju, stając się później jego legendą.
- Początkowo nie myślałem o tym, by zostać wielkim mistrzem. Wyścig Pokoju zarażał jednak ciekawością. Poza tym w maju jest ciepło, a słońce wysoko, zatem człowiek staje się aktywny. Chciało się więc naśladować Królaka i innych - wspomina trzykrotny mistrz świata.
- Z mojej wsi było kilku takich chłopaków, którzy trafili najpierw do LZS-u Milicz. Trudno jednak mówić tu o jakimś wyczynie. Prosiło się o dętkę, koszulkę czy spodenki, czekając na nie miesiącami.
Kto przetrzymał, ten został. Gdy zapisywałem się do Dolmelu Wrocław, chłopaki z mojego rocznika jeździli już w Wyścigu Pokoju. Np. Zenek Czechowski z Poznania - dodaje legendarny cyklista.

Początki, jak to z reguły bywa, do łatwych więc nie należały. Kiedy w 1968 roku nieznany nikomu chłopak został przełajowym mistrzem Polski, prasa donosiła o Surkowskim. Nazwisko przekręcano na różne sposoby. Najbardziej to babcię denerwowało - przypomina Dolnoślązak. Rychło jednak zadbał o to, by media oszczędzały babcine nerwy. Wystarczyło zacząć seryjnie wygrywać.

Badania na cykloergometrze miały wykazać, że ma Szurkowski niezwykle wytrzymałe serce, wyśmienite do kolarstwa.
- Ja o wynikach tych sprawdzianów w ogóle nie myślałem. Pamiętam tylko, że w 1968 roku zostałem zakwalifikowany do 14-osobowej ekipy na Wyścig Pokoju. Dla grupy olimpijskiej byłem człowiekiem znikąd, bo przecież nigdy nie startowałem jako junior. Przez długi czas sam wymyślałem sobie różnego rodzaju ćwiczenia ogólnorozwojowe, których dziś nikt już nie stosuje. Teraz tylko usłyszę: "Dziwne wydarzenia z historii Pan nam tu opowiada". Młodzież nie chce słuchać, woli iść na skróty. A nie zawsze chodzi przecież o to, by więcej jeździć na rowerze - konstatuje Szurkowski, mający też za sobą bogato udokumentowaną karierę trenerską (m.in. tytuł mistrza świata Leszka Piaseckiego z 1985 roku czy olimpijskie srebro drużyny w Seulu).

Gdy chodzi o kolarstwo, droga na skróty kojarzy się dziś z jednym. Z dopingiem.
- Kolarstwo samo wydało sobie taką opinię. Głośno rzuciło wyzwanie tej walce, lecz to nie jest tak, że wszyscy inni są cacy. Po prostu w innych dyscyplinach o tym dopingu się nie mówi. A u nas? Wystarczy, że ktoś ma krople do oczy inne niż wszyscy i od razu słychać: bierze! - zauważa Szurkowski. Czy to oznacza, że przyzwala na doping? A może ma jakiś pomysł na wyjście z kryzysu?
- Oczywiście, że jestem przeciwnikiem dopingu. A receptę jakąś mam. Uważam, że startować winni tylko ci całkowicie zdrowi. Każda choroba, każde zapalenie ucha czy spojówki jest powodem lekarskiej ingerencji. Każdy kaszel chroniczny sprawia, że pojawia się lekarskie zaświadczenie o konieczności brania jakiegoś specyfiku. I co wtedy powie ten bez zaświadczenia? Że rywal bierze. Tego można uniknąć - oto sugestie naszego mistrza.

Sęk w tym, że gdy chodzi np. o przetaczanie krwi, sprawa jest już paskudnie i ewidentnie brudna.
- To już jest wyścig obok wyścigu. Szkodliwy moralnie, a czy zdrowotnie? Pewnie nie. W ciągu 6-7 godzin pedałowania jest w organizmie taki przepał, że raczej nie zostaje nic. Ja miałem to szczęście, że w moich czasach odpowiedzialność spadała na lekarza, który był przy nas na okrągło. Wiedzieliśmy, że mocna kawa pobudza. Albo alkohol, który też nie był zabroniony. Na zimnych etapach wlewało się pięćdziesiątkę koniaku do słodkiej kawy, żeby organizm był ogrzany, a krążenie odpowiednie. I lekarz jeszcze mówił: "Wypij to z bidonu, gdy będzie naprawdę ciężko". Ja tę zawartość sukcesywnie na metę przywoziłem i do zlewu wylewałem. Pamiętam, jak Heniek Charucki rozpuszczał visolvit czy vibovit. Gdy to zobaczyłem, zgłosiłem trenerowi Żelaznowskiemu, że młody jakieś koksy w bidonie miesza. A on na to, że ja też powinienem, bo to glukoza, dobra na końcówkę. Choć bardziej to na psychikę działało - stwierdza Szurkowski.

I tu dochodzimy do sedna sportowej rywalizacji. Bo choć za bazę uchodzą talent i praca, to jednak przede wszystkim liczy się wiara. Rywalom można ją było odbierać na różne sposoby. Jan Brzeźny wspominał nam o popularnym na ówczesne czasy haśle: "banan w kieszeni, wyścig wygrany". Czy faktycznie był to owoc sukcesu?

- Jak się przywoziło wówczas z Zachodu 2 kg bananów, to kilogram był dla dzieci, a kilogram chowało się dla siebie. On nie był do zjedzenia. On był do postraszenia. Miał tylko wystawać z kieszeni - precyzuje Szurkowski. - Bo wielki sport polega na tym, że się wierzy w swoje możliwości. Na trudnym wyścigu różne myśli do głowy przychodzą: jeszcze tylko do drzewa, do zakrętu i tak całą godzinę się wytrzymuje. A ci bardziej doświadczeni mogą więcej. Im jest tak samo ciężko, lecz oni wierzą, że to "ciężko" przechodzi, a za chwilę będzie nagroda. Młody nie zawsze potrafi pokonać tę barierę. Mnie Andrzej Bławdzin uczył: "Atakuj wtedy, kiedy tobie jest najciężej. Bo innym też jest wtedy ciężko i modlą się tylko o koniec"- zdradza po latach mistrz.
Nazwisko Szurkowski samo w sobie jest legendarne, więc i legendarne wypowiedzi się mu przypisuje.
- Co najlepiej zapamiętał Pan z długoletniej kariery? - pyta dziennikarz.
- Co? Przednie koło - błyskotliwie odpowiada mistrz świata. Czy taki oto dialog rzeczywiście miał miejsce? A może miał, tyle że z udziałem Stanisława Szozdy?

- Ja już tego nie pamiętam. Zresztą, gdybym patrzył na przednie koło, to daleko bym nie ujechał. To tak jak z Królakiem, który w tunelu miał uderzyć pompką Niemca, a może Ruska. A kto to sięga w tunelu po pompkę, gdy trzeba trzymać kierownicę, a do mety 500 m?! - pyta Szurkowski. I sprzedaje nam prawdziwą, przezabawną historyjkę.

- Wyścig Pokoju, etap do Niemiec. Gdzieś przed Gorzowem, może koło Nowej Soli jeszcze. Na lotnej premii wpadłem na stojak z flagami. Połamałem koła, a po ich zmianie koledzy zostali do pomocy. Dochodzimy w końcu grupę, a czasy był takie, że gdy jedna z drużyn zostaje, to inne uciekają. My jednak dość szybko dołączamy i w tym momencie dochodzi do kraksy. Zygmunt Hanusik ma przewrotkę, ląduje na plecach i rozrywa spodenki tak, że zostają tylko gumki i końcówki nogawek. Cały tyłek na wierzchu. No więc w tym momencie rodzi się plan, żeby to jego rozprowadzić na mecie. Żeby się pokazał, a ludzie mieli ubaw. Gdy jednak rywale mijają Zygę, dostrzegają goliznę i zanoszą się od śmiechu. Chłopak orientuje się w sytuacji i krzyczy do nas: "To już mnie nie rozprowadzajcie!" - barwnie opowiada dwukrotny drużynowy wicemistrz olimpijski.

Ma też Szurkowski w swojej pięknej biografii polityczny epizod. Był posłem na Sejm w latach 1985-1989. Jak do tego doszło?
- Normalnie. Byliśmy akurat na Pomorzu, w trakcie TdP. W internacie czekała na mnie wiadomość. Okazało się, że zostałem posłem. Taki był to okres. I tyle. Nic to nie wniosło do mojego życia - uśmiecha się sportowiec. Dziś mieszka w Warszawie, wespół z Charuckim prowadzi sklep rowerowy, od 15 lat szefuje też swojemu klubowi. No i społecznie sprawuje funkcję wiceprezesa Polskiego Związku Kolarskiego.

- Czasem siadam jeszcze na rower, ale nie tak często jak Janek Brzeźny. Jesienią byliśmy na wyścigu i strasznie mnie tam wymęczył. Obiecałem sobie, że częściej zacznę jeździć, choć nie ma już u mnie takiej potrzeby, jak u byłych wyczynowych sportowców, by nadal traktować to wszystko serio. Ale wciąż prowadzę aktywne ruchowo życie - wyjaśnia nasz bohater.

Czy wróci kiedyś w rodzinne, dolnośląskie strony?
- Często je ostatnio odwiedzam. Trzy lata już będzie, jak kupiłem w mojej wsi rodzinnej stary dom. Mam tam ładny trawnik, salon do gier bilardowo-pingpongowych i wolne chwile spędzam aktywnie. Nie wiem, czy wrócę tam na stałe, ale na pewno byłoby mi w życiu wygodniej. Nie czułbym na sobie tego pędu dużego miasta i uciekającego czasu, potrzebnego na zwykłe przemieszczanie się. Czas to ludzkie życie, nie powinniśmy go marnotrawić - nieco filozoficznie dostrzega 63-latek.

Ryszard Szurkowski

Urodził się 12 stycznia 1946 r. w Świebodowie koło Milicza. Absolwent wrocławskiej AWF. Kluby: LZS Milicz (debiut 1966), Radomiak, Dolmel Wr. (1968-1978), FSO W-wa (1979) i Polonez W-wa (1979-1982). 3-krotny mistrz świata (Barcelona 73 - ind., Granollers 73 - druż. i Mettet 1975 - druż.), srebro MŚ (Montreal 74 - ind.); drużynowy wicemistrz olimpijski z Monachium (72) i Montrealu (76), indywidualnie odpowiednio 31. i 12.; 4-krotny zwycięzca WP. Syn Robert (ur. 1970) zginął podczas ataku na WTC, drugi syn Wiktor ma 15 lat.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3