18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Każdy chce decydować o sobie, uważa Maciej Pieprzyca, twórca filmu "Chce się żyć"

Małgorzata Matuszewska
Paweł Relikowski
Maciej Pieprzyca, scenarzysta i reżyser znakomitego filmu „Chce się żyć”, inspirował się dokumentem Ewy Pięty.

Na końcu filmu dziękuje Pan Ewie Pięcie. Za co?
Przede wszystkim za inspirację. Ewa była moją przyjaciółką, studentką na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, gdzie pracowałem jako asystent. Po skończeniu studiów przeczytała artykuł o Przemku, chorym na porażenie mózgowe, w 2003 roku nakręciła dokument „Jak motyl”. Trzy lata później nagle zmarła na nowotwór. Wróciłem do jej filmu, zastanawiałem się, czy z tej historii można zrobić film fabularny, bo nawet najlepszy dokument nie zawsze daje się przełożyć na fabułę.

Znał Pan niepełnosprawnych?
Nie. Jestem wdzięczny Ewie, bo niepełnosprawnych poznałem dzięki niej. Oczywiście widziałem filmy o ich problemach, m.in. sztandarowe, ale to nie wystarczyło do nakręcenia wiarygodnej historii o niepełnosprawnym człowieku. Trzeba poznać to środowisko. Poznałem bohatera filmu Ewy i innych mieszkańców ośrodka, w którym mieszka, poznałem Szymona i Sebastiana, którzy także byli dla mnie inspiracją do stworzenia Mateusza. Na powstaniu filmu zaważyła dokumentacja, bez niej by nie powstał. Przekonałem się, że koniecznie chcę zrobić film, kiedy dotknąłem tych ludzi, zaprzyjaźniłem się z nimi i starałem się zrozumieć ich problemy. Kiedy zaczynałem pracę nad „Chce się żyć”, nie było jeszcze w Polsce filmu, którego główny bohater byłby niepełnosprawny.

Zapuścił się Pan na głęboką wodę, bo napisał Pan też książkę pod tym samym tytułem.
Wielomiesięczna dokumentacja zaowocowała dużą ilością zebranego materiału, wszystko wydawało mi się interesujące, ale nie dało się zmieścić w jednym filmie. Jestem reżyserem, ale do zawodu trafiłem od literackiej strony. Najpierw byłem dziennikarzem, pisałem opowiadania, zostałem scenarzystą a w końcu reżyserem filmowym. Pisząc powieść odkrywałem co będzie najlepsze dla filmu, a co zostanie tylko w książce. Książka nie jest literackim opracowaniem scenariusza, to pełnowartościowa, wielowątkowa powieść. Są w niej wątki, które nie znalazły się w filmie, opisane losy postaci z otoczenia Mateusza. Cel filmu i książki jest ten sam: dobrze opowiedzieć historię, tak by zainteresować odbiorcę, wywołać emocje.

Rozmawiał Pan z bohaterem filmu Ewy Pięty „Jak motyl”?
Spotkaliśmy się kilka razy z nim i z jego mamą. Przemek porozumiewa się za pomocą języka Blissa, to czasochłonny sposób kontaktu dla osoby, która nie zna tego języka. Chciałem go przede wszystkim poznać jako człowieka. Film nie jest jego biografią, czy dokumentem, jest tylko inspirowany historią Przemka. Na filmowego Mateusza złożyły się elementy z jego życia, z życia i osobowości Sebastiana, Szymona, także mnie samego – choćby mojego poczucia humoru.

Mateusz chyba przegrał, bo nie wydostał się z ośrodka dla niepełnosprawnych intelektualnie.
Mateusz szuka swojego miejsca na ziemi, bardzo przeżył moment, kiedy mama oddała go do ośrodka, nie mógł jej wybaczyć, choć była najbliższą osobą. Zrozumiał ją po latach, kiedy sam dojrzał, został zraniony przez innych. Znalazł swoje miejsce, bo kiedy wrócił do domu na chwilę, zobaczył, że to już nie jest jego dom. Domem stał się ośrodek, miejsce, którego na początku nie znosił i chciał stamtąd odejść. Paradoks sprawił, że w ośrodku poczuł się u siebie. A przecież każdy chce poczuć się gdzieś u siebie. Mateusz, kiedy znalazł swoje miejsce, wrócił do miłości mamy. Wiedział, że jego życie jest pełne paradoksów. Zależało mu na tym, żeby być traktowanym jak człowiek.

O życiu Mateusza zdecydowała lekarka, mówiąc, że jest rośliną...
W finale filmu Mateusz sam decyduje o sobie, wraca do ośrodka. To wyraz jego buntu: „Jestem człowiekiem i sam chcę zdecydować o sobie”. Jest w pełni świadomy swojej niepełnosprawności.

Poruszająca jest postać wolontariuszki w ośrodku.
To film o komunikacji, która zaciążyła nad losem niepełnosprawnego bohatera. Ale nie tylko on nie mógł się porozumieć z innymi, brak umiejętności komunikowania się dotyczy też zdrowych. On nie umie porozumieć się z otaczającymi ludźmi, ona nie umie porozumieć się z ojcem. I używa do tego Mateusza.

Skąd Pan czerpie poczucie humoru?
Nie lubię filmów zbyt smutnych i dołujących. Na początku wydawało mi się, że film będzie tak dołujący, że nikt nie zechce go oglądać. Bohatera obdarzyłem poczuciem dystansu wobec życia, ironicznym spojrzeniem na rzeczywistość. Poznając niepełnosprawnych, zauważyłem, że mają wielkie poczucie humoru i potrafią śmiać się z własnej niepełnosprawności, nawet opowiadają o sobie dowcipy. W Polsce wciąż żyją na marginesie. W Montrealu, gdzie film zdobył Grand Prix na World Film Festival, widziałem wiele osób z porażeniem mózgowym w kinach, restauracjach.

Dawid Ogrodnik wiele poświęcił dla tej roli...
Taką propozycję polscy aktorzy dostają bardzo rzadko. Rola Mateusza była wielkim wyzwaniem. Niełatwo było znaleźć kogoś, kto będzie mógł poświęcić się całkowicie filmowi, młodzi aktorzy często grają już w serialach i nie można nawet podciąć im włosów, nie mówiąc o innych zmianach ich wyglądu. Dawid jest bardzo utalentowany i umie ciężko pracować. Na około 10 miesięcy musiał wyłączyć się ze wszystkiego, oddać całkowicie „Chce się żyć”.
Rozmawiała Małgorzata Matuszewska

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie