Co się stało w Breslau 1 września 1939 roku?

Jacek Antczak
Prof. Krzysztof Ruchniewicz, dyrektor Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. W. Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego
Prof. Krzysztof Ruchniewicz, dyrektor Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. W. Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego Fot. Archiwum prywatne
Rozmowa z prof. Krzysztofem Ruchniewiczem, dyrektorem Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. W. Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego

"1 września 1939 napadliśmy na Polskę" albo "Niemcy napadły na Polskę" - nie chce mi się wierzyć, że w niemieckich podręcznikach można przeczytać takie zdanie.

To zaskoczę pana, są takie zdania, zresztą można je było zawsze znaleźć. To nie wszystko, opis wybuchu II wojny światowej jest poprzedzony informacją o zawarciu kilka dni wcześniej "paktu Hitler - Stalin", a nie, jak pisze się w Polsce "paktu Ribbentrop - Mołotow". Tym samym zwraca się niemieckim uczniom uwagę na właściwych twórców tego układu, a nie tylko na ministrów spraw zagranicznych, którzy go podpisali. Zaraz potem w niemieckich podręcznikach jest rozdział o wybuchu wojny, z zaznaczeniem, że "Niemcy hitlerowskie 1 września 1939 napadły na Polskę".

Wszystko jest OK. Niemieccy historycy piszą, jak było.

I tu pojawia się pewne "ale". Otóż uczeń niemiecki, mimo iż czyta o pakcie Ribbentrop - Mołotow, to nie dowiaduje się nic o skutkach układu między Niemcami a Związkiem Radzieckim. Nie dowiaduje się o tym, że Polska znalazła się nie tylko pod okupacją niemiecką, ale po 17 września i wejściu wojsk Armii Czerwonej na terytorium Polski, także radziecką. W konsekwencji cały kompleks tematów o losach Polaków z Kresów Wschodnich czy sprawie Katynia nie jest w szkole niemieckiej podejmowany.

Czyli tak jak Rosjanie dowiadują się dziś, że zawarliśmy pakt z Hitlerem, tak Niemcy nie zwracają uwagi na 17 września 1939 r.?

Na wszystkie skutki. Na to, że w wyniku paktu Hitlera ze Stalinem doszło do okupacji terenów Polski czy zajęcia przez Armię Czerwoną krajów nadbałtyckich. Wiedza ucznia niemieckiego o tym, jak skomplikowane były losy Polaków w czasie II wojny światowej, jest szczątkowa. Nie wiedzą nic o wywózkach w głąb ZSRR, Polakach na zesłaniu, tworzeniu się Armii Polskiej itd.

Otóż uczeń niemiecki, mimo iż czyta o pakcie Ribbentrop - Mołotow, to nie dowiaduje się nic o skutkach układu między Niemcami a Związkiem Radzieckim.

Rozumiem, że o "wypędzaniach Niemców" niemieccy uczniowie wiedzą wiele, a o wypędzeniach Polaków prawie nic.

Tak nam się tylko wydaje. W swoich podręcznikach mają wprawdzie rozdział poświęcony losom ludności niemieckiej w ostatnich dniach wojny i pierwszych latach powojennych, ale to wcale nie oznacza, że bardzo dużo o tym wiedzą. Choć o przesiedleniach Polaków z terenów włączonych do III Rzeszy do Generalnego Gubernatorstwa czy innych deportacjach z reguły nie wiedzą nic.

A z nowego, polsko-niemieckiego podręcznika, nad którym prace Pan koordynuje, będą mogli się dowiedzieć?
Jak najbardziej. Uwzględnienie w podręczniku tych fragmentów naszej historii, które w szkolnictwie niemieckim są praktycznie nieobecne, to dla nas ogromna szansa. Możemy dzięki temu pokazać, dlaczego Polska przywiązuje tak wielką wagę zarówno do jednej, jak i drugiej okupacji. To jest ważne nie tylko dla nas, ale i dla innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Przez polsko-niemiecki podręcznik chcemy pokazać całemu Zachodowi, że historia europejska to nie tylko losy Europy Zachodniej, ale też wspólne dzieje obu części kontynentu, które w naszym regionie były nieraz odmienne.
Jak 1 września 1939 wyglądał w mieście, które dziś nazywa się Wrocław, a kiedyś Breslau? Jest taki amatorski film sprzed 70 lat - miasto wygląda w nim sielsko, anielsko, nie widać nawet nazistowskich symboli.
Ale ich nie brakowało. Film nakręciła prywatna osoba i zwracała uwagę na inne rzeczy, dokumentowała historię osobistą. A Wrocław, duże miasto na wschodzie, ważne w III Rzeszy, intensywnie przygotowywał się do wojny. To było widać już kilka miesięcy przed wrześniem 1939. Rekwirowano auta, gromadzono żywność... Wszystko to działo się przy dużym poparciu wrocławian. Prof. Teresa Kulak znalazła w archiwach dokumenty, które świadczyły o tym, że mieszkańcy dopytywali się "kiedy ta wojna wreszcie wybuchnie?". Ta wojna miała być dla nich przekreśleniem postanowień traktatu wersalskiego.

Jak się dla nich zaczął 1 września?

Mieszkańców Breslau mogły obudzić samoloty, które leciały na Warszawę. O trzeciej nad ranem słyszano nad miastem warkot silników samolotów. A w ciągu dnia mieszkańcy wylegli na ulice, wiwatując na część Hitlera i narodowych socjalistów, tak samo, jak w innych niemieckich miastach. Ta euforia wrocławian, zwłaszcza najgorętszych zwolenników nazistów, nie zmniejszyła się w następnych dniach. Tutaj każde zwycięstwo przyjmowano z wielkim entuzjazmem, umiejętnie sterowanym przez władze. Z taką samą radością witano w październiku zwycięskich żołnierzy powracających po kampanii wrześniowej. Breslau, miasto na pograniczu polsko-niemieckim, jawi nam się jako mocno wspierające działania Hitlera i partii narodowosocjalistycznej.

Nikt nie był sceptyczny wobec agresji?

Mieszkańców Breslau mogły obudzić samoloty, które leciały na Warszawę. O trzeciej nad ranem słyszano nad miastem warkot silników samolotów.

Nawet jeśli były głosy przeciwne, to nikłe. Trzeba jednak pamiętać o terrorze, który istniał od 1933 r. W kontekście przygotowań do wojny przelała się przez Niemcy nowa fala aresztowań osób podejrzanych o jakikolwiek opór, a nawet takich, o których naziści tylko myśleli, że opór mogłyby stawiać. W niektórych relacjach znajdziemy jednak opisy, że wielu Niemców przypominało sobie czas I wojny światowej, kiedy podobna euforia bardzo szybko zamieniła się w tragedię, bo przecież tysiące żołnierzy zginęły, o czym świadczyły masowe nekrologi w prasie. Taka sytuacja powtórzyła się podczas drugiej wojny, zwłaszcza po 1941 r.

Zawsze w okolicach rocznicy wybuchu wojny pojawia się na Dolnym Śląsku pytanie: pisać o Breslau, a może o Warszawie albo o Lwowie? Wrocławianie inaczej niż w innych rejonach Polski przeżywają wspomnienia tamtych tragicznych czasów.

Proszę się nie dziwić, jesteśmy stosunkowo nowymi mieszkańcami tego miasta. Przecież Polacy pojawili się tu dopiero po roku 1945. Oczywiście, w Breslau mieszkała mniejszość polska, ale to była niewielka grupa osób. Po wojnie przybyliśmy tu z różnych stron kraju.

Przywieźliśmy więc ze sobą własne historie wojenne, które tak naprawdę dopiero od 20 lat możemy w pełni opowiadać. Przecież w czasach PRL-u nikt oficjalnie nie mówił na przykład o doświadczeniach lwowskich. Niektórzy wrocławianie mają losy warszawskie, inni pamiętają, jak to było na Kielecczyznie czy w Wielkopolsce. Co ciekawe, nauczyliśmy się też już zastanawiać, jaki był stosunek do różnych wydarzeń ludności, która przed nami mieszkała we Wrocławiu. Interesujemy się tym jako fragmentem historii naszej obecnej małej ojczyzny.

To dobrze czy źle?

To kapitalna sprawa. W naszym mieście mamy do czynienia z różnymi pamięciami, z różnymi podejściami do niej. Inna jest pamięć Polaka z Kresów Wschodnich, inna powstańca warszawskiego, który via Pruszków znalazł się we Wrocławiu, a jeszcze inna Niemca, który został w tym mieście. Po latach one wszystkie ukształtowały naszą współczesną pamięć. I to jest specyfika tego miasta - miasta polifonii pamięci.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie