Zbigniew Wodecki - pan od gwiazd i Pszczółki Mai

Małgorzata Matuszewska
Zbigniew Wodecki
Zbigniew Wodecki Fot. Piotr Król
O najnowszej płycie, zapomnianych ludziach wartych dostrzeżenia, wrogach potrzebnym Polakom, najwspanialszych wakacjach opowiada Zbigniew Wodecki.

Nowa płyta nosi tytuł "PlatyNowa". Platyna od razu po wydaniu?

Miała być nową, bo od ośmiu lat żadnej nie nagrałem i nie bardzo mi się nawet chciało nagrywać płyty. Ale zebrałem fajne kawałki, nagrywane od dwóch lat przede wszystkim do tekstów Janka Wołka, więc nazwałem krążek "Nowa". Druga część nazwy wzięła się stąd, że w dzisiejszych czasach płyta może już nie zostać platynową.

Wydał ją Pan w szczególnym momencie. Obchodzimy trzydziestolecie "Solidarności", w polityce jest gorąco. A Jan Wołek boleśnie podsumowuje zmieniającą się rzeczywistość już od pierwszego utworu, kiedy śpiewa Pan "heroiczne za co ginąć zmieniliśmy w za co żyć".

Wszystkie te teksty weszły w naszą rzeczywistość jak w masło. Jak tam to jest, w piosence "Trwoga"... "trzeba nam wyznaczyć wroga, bo sami się powyrzynamy".

Jakoś się te słowa kleją z tym, co się dzieje w polskich duszach i umysłach?

Tak. To, co się działo pod krzyżem koło pałacu prezydenckiego, jest wyjątkowo "w naszym wspólnym interesie".

Za to bardzo pięknie brzmią słowa "Godności ogromnej". Śpiewa Pan o ludziach prostych, "z godnością płonącą w oczach - ogromną i bezradną". Czuje Pan dziś wobec czegoś podobną bezradność?

Nie czuję, bo dzięki Bogu jakoś sobie radzę. Ale znam bardzo dużo fantastycznych, wspaniałych ludzi, którzy żyją gdzieś na końcu naszego świata. To ludzie zapomniani, a bardzo uczciwi. Tacy, którzy, przejeżdżając na rowerze koło cmentarza, zdejmą czapkę. Nie oszukają, bo im oszustwo nie przejdzie przez gardło. W nowej sytuacji są po prostu bezradni i mają w sobie prawdziwą, fantastyczną godność. Mówią mało, robią dobrze. Są tacy ludzie. Przeczytałem tekst Jana Wołka o nich i postanowiłem napisać muzykę. Taką, żeby swoją formą nie przerosła treści. Jestem bardzo zadowolony z tej piosenki. Wolałbym, żeby to ona, zamiast "Trwogi", promowała płytę.

Czemu promuje ją "Trwoga"?

Jeśli chodzi o tzw. sprzedaż, jest bardziej odpowiednia.
Szkoda, bo przydałoby się przy okazji zwrócić uwagę na prostych ludzi.

Oczywiście, ale jeśli płytę kupi ktoś na tyle mądry, żeby posłuchać tekstów, to trafi na tę piosenkę i tak, jak pani i parę innych ludzi, zwróci na to uwagę. I to jest dla mnie duża satysfakcja.

Dopiero w siódmym utworze zdąża Pan ku intymnym klimatom, śpiewając "Dobrze, że słońce".

Płyta nie jest jednorodna, a ten numer dałem na nią specjalnie. W życiu napisałem kilka ładnych piosenek: "Lubię wracać tam, gdzie byłem", "Z tobą chcę oglądać świat", "Izolda". Na nowej płycie chciałem pokazać moje emploi. "Dobrze, że słońce" to taki spokojny numer, w stylu amerykańskich ballad jazzowych. A po to, żeby pociągnąć temat przebojów, które pomogły mi się troszkę utrzymać na powierzchni mętnej wody naszego show biznesu, czyli pociągnąć temat "Chałup", czy "Pszczółki Mai", na płycie znalazła się "Seniorita".

Z muzyką napisaną przez Jeryza Boskiego. Kto to jest?

Mój kolega, który był świetnym pianistą w Krakowie. Potem go wzięli do wojsk rakietowych, a jak wrócił, miał ręce dłuższe o 15 cm, bo nosił rakiety. I przestał grać. Zaczął troszkę pisać, teraz mieszka w Toronto, ma swoją firmę, byłem tam z występami, zaczęliśmy rozmawiać. Ta piosenka troszkę rozbija poważny klimat płyty. Ale najważniejsze są dwa ostatnie numery: "Hop, szklankę piwa" ze słowami Witkacego i "Przemiany" ze słowami Czechowicza. "Hop, szklankę piwa" pochodzi z "Sonaty Belzebuba", spektaklu, który Krzysztof Jasiński zrobił w krakowskim Teatrze STU.

A Pan gra w nim główną rolę. Witkacy jest bardzo trudny, jak Pan odnajduje się w jego stylistyce?

Serdecznie zapraszam na spektakl 17 i 18 września. Krzysztof Jasiński - reżyser - jest miłośnikiem i fanem Witkacego, świetnie zorientowanym w jego filozofii i wszystko w spektaklu zostało uzasadnione. Niedawno mieliśmy na Mazurach próby wznowieniowe, znów stwierdziłem, że w tym jest masa sensu. W tym wszystkim, co Witkacy napisał ponad 100 lat temu, a co się sprawdza w dzisiejszych czasach. Sprawdza się mimo zmian, komercji, która zalała wszystkie rynki świata, w kontekście wyścigu szczurów. Coraz więcej jest pseudointelektualistów, a coraz mniej elity intelektualnej i teraz pokazuje się zło. To jest aktualne, tylko trzeba odpowiednio rozłożyć akcenty w każdym zdaniu.
Kto to jest elita?

To tacy ludzie, którzy mają w oczach godność ogromną i bezradną, jak w piosence. Zapomniani, nie potrafią się rozpychać łokciami. To się zaczęło po naszej bezkrwawej rewolucji, chamstwo wyszło na ulice i zaczęło rządzić. Ludzie elity pochowali się ze swoimi książkami, cytatami, przewodami doktorskimi, obrazami, muzyką. Na szczęście sale koncertowe - filharmoniczne - znowu powoli się zapełniają, podobnie sale teatralne. Fajnie, że jest coraz więcej młodzieży, która ma już dość sieczki radiowej puszczanej w większości rozgłośni. To nie jest muzyka, ale hity, hiciory.

Pięciominutowe?

Nie pięcio-, bo się reklama nie zmieści. Numer nie może trwać dłużej niż trzy minuty, bo muszą wejść dwie reklamy. To decyduje o tym, jak muzyka ma być puszczana w radiu. A puszcza się muzykę głównie angielskojęzyczną. Jesteśmy narodem, który ma kompleks prowincji. Przed wojną tak nie było, ale wiadomo, wytłukli nam prawdziwą elitę. Bardzo ładne określenie usłyszałem niegdyś: prowincjusz uważa, że prawdziwe życie toczy się nie tu, gdzie on żyje, tylko gdzie indziej. My to mamy we krwi. Dlatego nasi artyści robią prawdziwe kariery zagranicą, nie w Polsce, dlatego nie słuchamy polskiej muzyki, nie szanujemy polskich muzyków, wokalistów. Ci dobrze śpiewający są niszowi, bo za trudni, za dużo umieją, a rynkiem rządzi komercja. Ma być kolorowo, łatwo i najlepiej w atmosferze skandalu, żeby się kręciło. Takie jest zbójeckie prawo rynku. Prawo rynku powinno obowiązywać, ale proporcje zostały zachwiane. Dlatego bardzo lubię siedzieć w jury "Tańca z gwiazdami", bo tam się nasłucham świetnej muzyki, świetnie zagranej przez świetną orkiestrę. Dzięki tej audycji gra już razem sześć lat.

Wkrótce startuje kolejna edycja "Tańca z gwiazdami". Będzie Pan dalej jurorem?

Nie mam innego wyjścia, to już chyba 12. edycja. Polubiłem moich kolegów i koleżanki z jury, dobrze się czujemy, uzupełniamy się. Publiczności chyba też jest dobrze z nami, po spotykam się z miłymi głosami.

Czeka Pan na zaskoczenie w tej edycji, błysk geniuszu?

Miałem oczekiwania, że podniosą nam stawki, ale okazało się, że nie (śmiech). Jest parę nazwisk, na które ludzie z ciekawością będą czekać, bo chcą zobaczyć, jak oni tańczą. Podobno mają zatańczyć Edyta Górniak i Andrzej Gołota. Ale staram się nie interesować, kto zatańczy, bo chcę wejść, zobaczyć wszystkich, a niczym nie sugerować.
Kartkując książeczkę do nowej płyty, pożałowałam, że nie ma w niej ani nazwisk Pana muzyków, ani wydawcy.

Jest kilka błędów do poprawy przy wznowieniu, które - mam nadzieję - będzie. Przepraszam, że nie ma nazwiska autora zdjęcia, projektu, nazwisk muzyków. Muzycy nie mają żalu, gramy dużo koncertów na żywo. Muzyka na płytę powstawała w studiu, gdzie bardzo dużo klawiszy sam nagrywałem. Sam nagrywałem chór. Nic nie powstało na zasadzie "wchodzimy do studia i nagrywamy". W jednej piosence towarzyszy mi Grupa MoCarta, która też nie została wymieniona na okładce. Ale nie jest to aż tak istotne, żeby mieli do mnie koledzy pretensje. Myślę, że mają więcej pretensji, że tam jest za mało muzyki sensu stricte, solówek.

Przesłuchując muzyków do swojego zespołu, na jaki instrument zwraca Pan najbardziej uwagę? Na trąbkę?

Nie, nie, wystarczy, że ja gram na trąbce. W zespole mam świetnego trębacza, Michała Bylicę. To pierwszy trębacz Opery Krakowskiej, spowinowacony z moją rodziną.

Czyli stosuje Pan szlachetny nepotyzm?

Wie Pani, on po prostu gra. To pierwszy trębacz, gra świetnie. Mam takich muzyków, że nie musiałem ich wybierać. To ja się cieszę, że oni ze mną grają. Starzy wyjadacze: Zbyszek Stalmasiak - gitarzysta, Mirek Wiśniewski - bas, Jarek Zawadzki - klawisze, Paweł Twardoch - perkusja. Zęby zjedli we wszystkich studiach, gdzie się dało, sami produkują fantastyczne rzeczy. I my się lubimy. To już trwa kilka lat w niezmienionym składzie.

Był Pan już na wakacjach?

Nie, bo mnie szlag trafi na wakacjach. Nie ma jak ćwiczyć.

Musi Pan cały czas pracować?

Jestem tak nauczony, że muszę grać na instrumentach. Codziennie ćwiczyć na trąbce, żeby utrzymać usta w formie, ćwiczyć ręce na skrzypcach. Świetnie czuję się na wakacjach, takich, jakie miałem teraz. Prawie tydzień byłem na Mazurach u Krzysztofa Jasińskiego. To są dla mnie rewelacyjne wakacje: rano wpół do dziewiątej idę do jeziora popływać, potem próba, przerwa na lunch, druga próba, przerwa na podwieczorek, trzecia próba. To bardzo męczące intelektualnie, ale fizycznie też, bo się godzinami stoi na scenie, sztuka trwa ponad dwie godziny. Trzeba opanować przestrzeń, nie tyle tekst. Czuję się wykończony, ale reasumując, lepiej, niż po całodziennym leżeniu na plaży.
Wizualnie bardzo się Pan zmienia jako Belzebub?

Doszliśmy do wniosku, że pszczółki Mai nie przerobi się na żadnego Belzebuba (śmiech). Poza tym nie jestem aktorem. Funkcjonuję jako diabeł, bo muzyk coś takiego w sobie ma. To jest sztuka przez cierpienie, żeby zagrać dobrze 67 nut w paru pasażach, trzeba mieć dużo samozaparcia i poświęcić parę meczy z kolegami w piłkę. Trzeba było przyzwyczaić kręgosłup do bólu. Pomyśleliśmy, że właściwie nie muszę się zmieniać, tym bardziej, że Belzebub to nie jest stereotypowy szatan. To dobry anioł, strącony, musi żyć na świecie. Za dużo nie muszę się zmieniać. Tekst jest tak aktualny i podany tak po ludzku, że im bardziej się go naturalnie powie, tym prawdziwszy będzie. A chodzi o to, żeby nie udawać, tylko powiedzieć to, co Witkacy chciał powiedzieć. Był świetnym artystą. A wszyscy przechodzimy przez podobne etapy, nie zawsze możemy sobie poradzić. Ludzie żyjący z tzw. sztuki, różnie kończą. Nic innego nie mają, poza swoją sztuką. Broń Boże nie porównuję się do Witkacego, ale też nic innego nie mam poza muzyką. Od dziecka nic innego nie robię, odkrywam nowe przestrzenie w muzyce. Wielu już odkryło je na swój sposób, ale każdy ma swój kolor i musi do niego dotrzeć.

Co Pan ma jeszcze do odkrycia?

Im więcej człowiek gra, słucha innych, genialnych mistrzów, tym więcej odkrywa. Chodzi o to, żeby znaleźć swoją interpretację. Żeby to nie było tylko odtwórstwo, ale wkład własnej myśli twórczej, bo można każdy koncert zagrać odmiennie. Inaczej grał Dawid Ojstrach, Wiłkomirska, inaczej inni.

Przyjedzie Pan do Wrocławia z koncertem promującym płytę, albo ze spektaklem?

Krzysztof Jasiński w Teatrze STU wybrał niesamowitą konstrukcję jak na mały teatr, więc chyba trudno byłoby przenieść cały spektakl. Nie mam trasy promującej płytę, te czasy już minęły. Gram bardzo dużo koncertów, to się dobrze sprawdza, ludzie się cieszą, że słyszą moją muzykę, podnoszą kciuki w czasie śpiewania, słuchając tekstów. Jestem bardzo szczęśliwy, bo dobrze mi się pracuje.

Tańczy Pan?

Nie. Nie znoszę tańczyć od dziecka.

I nie zamierza Pan, mimo "Tańca z gwiazdami"?

Nie zamierzam tym bardziej, że wszystkie pary, występujące w poprzednich edycjach, wpędziły mnie w takie kompleksy, że musieliby mi bardzo dużo zapłacić, żebym zdecydował się zatańczyć.

Najnowsze informacje dot. koronawirusa

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3