Z kart historii. Sąsiadki krzyczały: daj Stalinka!

Prof. Adam Czesław Dobroński
Senior Marian Wierzbicki
Senior Marian Wierzbicki
Spotkaliśmy się w sali szpitalnej, czasu mieliśmy dużo, by porozmawiać na różne tematy. Marian Wierzbicki, lat 85, okazał się chętnym do wspomnień i miał duży zapas opowieści. Urodził się w Augustowie w domu przy ul. Mostowej, róg Młyńskiej, gdzie obecnie znajduje się „Albatros”, a swego czasy bywała tam legendarna Beata.

Ojciec Stanisław miał dobrą markę jako szewc, znała go z tej profesji inteligencja augustowska, a i oficerowie z 1. Pułku Ułanów Krechowieckich chętnie nosili jego angielki (trzewiki). Stanisław też służył w wojsku, w łączności konnej. Mama Mariana - Sabina nie musiała pracować, dbała o dom i dzieci, niedługo przed wojną urodziła się jeszcze córka Irena. Dom duży, drewniany, należał do Żyda Bejłacha. Na piętrze mieszkały trzy rodziny żydowskie i Wierzbiccy, na parterze Polacy, między innymi dorożkarz Wasilewski oraz Łebscy, dziadkowie mego rozmówcy. Wodę brano ze studni, ubikacja stała na podwórku.

Część rodziny pana Mariana zamieszkała w Suwałkach, bo tam przyjechał z Rosji po wybuchu rewolucji wujek Stanisława Wierzbickiego. Właściwie to uciekł, by zatrzeć ślady służby w żandarmerii. Przytomnie zabrał ze sobą zwoje rubli carskich, a żona jadąc z synami przemyciła w walizce z podwójnym dniem „świnki” (złote pięciorublówki). W Suwałkach kupili dom z placem przy ul. Kawaleryjskiej, on pracował później jako woźny magistracki. Synowie wybrali kariery wojskowe, najmłodszy był w konspiracji suwalskiej, zginął w Powstaniu Warszawskim.

Na Mostowej w Augustowie, od rynku w kierunku mostu, ciągnęły się domy żydowskie, wyróżniały się stara drewniana bożnica i mydlarnia, w czerwonym budynku mieścił się magazyn rybny (właściciel arendował jeziora), a po wojnie licznych klientów zwabiał sklep alkoholowy „Pod beczką”. Na placu od Mostowej do targowicy Sowieci wybudowali stajnie drewniane, Niemcy urządzili tam magazyn z materiałami budowlanymi i hydraulicznymi (rury, umywalki). W pobliżu mieszkali i katolicy, między innymi Haliccy, z tą rodziną związany był Piotr, burmistrz Augustowa w latach 1927-1929.

Wybuchła wojna

1 września 1939 roku dziadek Kazimierz Łebski wywiózł furmanką całą rodzinę do Krasnoboru. Zjechali nocą z szosy lipskiej w kierunku Jastrzębnej, spotkali w lesie ułanów, oficer zapytał, czy w Augustowie są Niemcy, Mariana poczęstował sucharami. Mama zauważyła, że oficer miał załzawione oczy, jakże inaczej wyglądał niż chłopcy malowani na niedzielnych nabożeństwach w kościele garnizonowym. Wierzbiccy wrócili do domu po 17 września. Brat mamy Jan Łebski, młody, miał 20 lat, ale znany już był z działania w kręgach narodowców, Niezadługo milicjant przyniósł mu wezwanie do siedziby NKWD w Domu Turka (przy ul. 3 Maja). Jan pytał swego szwagra, co ma robić? Wahał się, ale w końcu poszedł, aresztowali go i wywieźli do Rosji. Przeżył, z gen. W. Andersem wyszedł z „raju”, szczęśliwie przebył szlak bojowy, po wojnie założył rodzinę w Holandii i tam zmarł.

Czerwoni panoszyli się, byli głośni i prostaccy. Pomnik Józefa Piłsudskiego z polecenia „wyzwolicieli” rozwalił miejscowy kamieniarz. Żydzi zabierali do domów kawałki mówiąc, że to z szacunku dla Marszałka. A Sowieci zafundowali miastu aż dwie pomnikowe postacie: Lenina i Stalina. Marian chodził do szkoły rosyjskiej z polskimi klasami przy ul. Konopnickiej, najkrócej było przejść przez cmentarz.

O masakrze NKWD 22 czerwca 1941 roku w areszcie koło budynku Zarządu Wodnego M. Wierzbicki nie zna szczegółów, opowiedział mi kilka innych zapamiętanych scen. Widział żołnierzy niemieckich wchodzących do Augustowa, byli butni, mieli podwinięte rękawy bluz. Przy bramie cmentarnej zlikwidowali dwóch czerwonoarmistów, którzy się tam zaczaili z karabinem maszynowym. Jak zaczęli strzelać, piechota niemiecka zaległa, a wkrótce nadjechał czołg z czarnym krzyżem na pancerzu i odpalił skutecznie pocisk.

Wymuszone wędrówki

Niemcy brali Stanisława do patrolowania torów, a syna do roboty w ogrodach, do zbierania jagód i grzybów. Któregoś dnia żandarmi załadowali mężczyzn na dwa samochody ciężarowe i ruszyli w stronę Grajewa. Nieszczęśni, pewnie przekonani, że jadą na śmierć, zaczęli śpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła”. Był wśród nich i ojciec Mariana. Okazało się jednak, że zatrzymanych powieziono do roboty, może do Osowca. Tam Stanisławowi szyna spadła na nogę, do akcji wkroczyła pani Sabina, zaniosła łapówkę, może i dolary, wykupiła kontuzjowanego męża. Takie interesy robiono również w Arbeitsamcie mieszczącym się w narożnej kamienicy koło kościoła, gdzie Niemcy przygotowywali kartoteki osób wywożonych.

Od wschodu dolatywał pomruk dział, podczas nocnego nalotu sowiecka bomba lotnicza uderzyła w dom, w którym mieszkali Wierzbiccy, ci więc przenieśli się do lasu za Ślepsk, tam wykopali schron i koczowali miesiąc. Nie byli odosobnienie w tym ukrywaniu się, Niemcy zrobili obławę, złapanych wsadzili na furmanki. Marian zapamiętał, że dojechali do Bogusz koło Grajewa, gdzie poprzednio mieścił się obóz jeńców sowieckich, potem przywożono tam Żydów z likwidowanych małych gett, po nich jeńców włoskich. W ziemi pozostały obszerne jamy przykryte dachem, w środku stały prycze. Jak chłopak wszedł do środka, nogi nagle zrobiły się czarne, pokryły je pchły. Marian znalazł i wiązkę poszczepanych patyków, używanych do oświetlania, wśród nich tkwił papier z adresem i prośbą, by przesłać wiadomość do rodziny, że tu przebywał autor tej zapiski. Mężczyzn Niemcy zabrali z Bogusz do kopania okopów, a kobiety z dziećmi rozwieźli po wsiach. Pani Sabina z dwójką dzieci trafiła do Solistówki (gmina Bargłów Kościelny), tam odnalazł ich Stanisław, który uciekł z robót. Wkupił się w łaski bauera, zrobił mu buty. Względny spokój trwał krótko, trzeba się było przenieść do majątku w Reszkach nad granicą pruską. Jak weszli sołdaci sowieccy, to się spili samogonem. Za nimi szybko dotarli i szabrownicy z nadgranicznych powiatów. Niby po wojnie, front przeszedł, a ciągle słychać było strzały, wybuchy min. Wierzbiccy postanowili wracać do Solistówki, tam doczekali końca zimy i z wczesną wiosną dobrnęli do Augustowa. Tu też nie było spokoju, ale to tematy znane: partyzantka w Puszczy, obława latem 1945 roku, represje UB. Marian poszedł do szkoły i to od razu do kl. VI.

Wyjazd na Śląsk

Powodu dostarczyła ciocia Aniela mieszkająca w Radlinie, powiat Rybnik. Jej mąż Jan Polak był w II Rzeczypospolitej policjantem, więc żandarmi niemieccy zabrali go szybko z domu. Po sześciu miesiącach poczta dostarczyła zawiadomienie, że jeśli chce wykupić prochy męża, to niech wpłaci kwotę w markach. Aniela nie uwierzyła w autentyczność tych prochów, nie wpłaciła. Może i z tego żalu pomogła dwóm jeńcom sowieckim pracującym w koksowni, dała im ubranie cywilne. Ucieczka „Iwanów” się udała, pod koniec wojny nocą Aniela usłyszała pukanie. Otworzyła i zobaczyła dwóch oficerów sowieckich. Przyszli, by jej podziękować za pomoc przy okazji wykonywania w okolicy jakiegoś ważnego zadania. Z wdzięczności uprzedzili Polkę, że za nimi nadciąga moc wojska i będą gwałcić kobiety. Jeden z oficerów wyjął gazetę i wyjął z niej duże zdjęcie Józefa Stalina, radził nim się odsłaniać od gwałcicieli. Pani Aniela zrobiła Wodzowi portrecik i okazało się, że ta metoda skutkuje. Odtąd, gdy się w pobliżu pojawili sołdaci, sąsiadki przybiegały prosząc o pomoc: daj nam Stalinka!

Kolega pedagog

Marian Wierzbicki poważnie podszedł do nauki, z Augustowa pojechał do Liceum Przemysłu Drzewnego w Łomży i jako już przyuczony szkutnik dostał pracę w Augustowie. Pewnie nie był z niej tak całkiem zadowolony, bo skończył zaocznie Technikum Mechanizacji Rolnictwa w Supraślu, a następnie roczną Pedagogiczną Szkołę Techniczną (zajęcia odbywały się w Łomży i Białymstoku). Tak dołączył do grona pedagogów, poznał nowe miejsca pracy, na długo (do emerytury) zatrzymał się w Zasadniczej Szkole Zawodowej, a potem w Zespole Szkół Zawodowych na terenie koszar w Augustowie, przy ul. Tytoniowej. Tu w warsztatach produkowano wiertarki, tokarki, pługi, urządzenia do budowy silosów. A w szkole nauczano obróbki ręcznej i mechanicznej, spawania, naprawy maszyn rolniczych. Chętnych do nauki nie brakowało.

Dziękuję panu Marianowi za umilanie chwil kłopotliwych, życzę zdrowia i radości, jak i wszystkim innym pacjentom szpitalnym. Rozmowę prowadziliśmy w Dzień Dziadka, a M. Wierzbicki ma czwórkę wnucząt i prawnuczkę Julcię.

Najnowsze informacje o epidemii koronawirusa

Wideo

Materiał oryginalny: Z kart historii. Sąsiadki krzyczały: daj Stalinka! - Plus Gazeta Współczesna

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3