W Żelaznym Moście z przerażeniem patrzą na tragedię na Węgrzech

Urszula Romaniuk i Piotr Kanikowski
Żelazny Most zajmuje powierzchnię prawie 1400 hektarów. To największy zbiornik płynnych osadów w Europie
Żelazny Most zajmuje powierzchnię prawie 1400 hektarów. To największy zbiornik płynnych osadów w Europie fot. piotr krzyżanowski
Danuta Wójcik, sołtys wsi Żelazny Most, z przerażeniem ogląda w telewizji relacje z Węgier, gdzie toksyczny czerwony szlam ze zbiornika przy hucie aluminium Ajka zalał kilka miasteczek, zabijając co najmniej cztery osoby i raniąc ponad setkę mieszkańców. Jak twierdzi pani sołtys, można przyzwyczaić się do życia w cieniu katastrofy. Ludzie w Żelaznym Moście przez 36 lat przywykli.

Ale obraz gęstej mazi zalewającej domy zawsze będzie wywoływać u nich gęsią skórkę.
- Także kiedy pada deszcz, trudno nie myśleć, że gdyby nasz wał się osunął, to już po nas - mówi Danuta Wójcik.

Trzy polskie wsie w okolicach Lubina - Kalinówkę, Pielgrzymów i Barszów - od dawna toną w szlamie znacznie głębiej niż rejon węgierskiego miasteczka Ajka. Zalano je jednak celowo, wysiedliwszy najpierw wszystkich mieszkańców. Były lata siedemdziesiąte. Rozbudowujący się dynamicznie Kombinat Górniczo-Hutniczy Miedzi potrzebował miejsca na składowanie osadów po flotacji, czyli wstępnym wypłukaniu rudy miedzi z wydobytej spod ziemi, roztartej na miazgę skały. Ułamek jej masy stanowi przeznaczony dla hut koncentrat, z którego później zostanie wytopiony metal. Milionów ton bezużytecznego szlamu nie da się jednak z powrotem wtłoczyć pod ziemię. Dlatego powstał Żelazny Most - największy zbiornik odpadów płynnych w Europie.

Z samolotu wygląda rozkosznie: uśpiony szmaragdowy embrion w szaro-zielonej otulinie z piasku, drzew i pól. Z bliska budzi respekt. Zbiornik zajmuje 1394 hektary. Wały, na które nie da się wejść bez zadyszki, mają ponad 14 km obwodu. Z korony widać rozciągającą się po horyzont pustynię porytą gąsienicami spychaczy i landrowerów. To tzw. plaża. Gdzieś w jej głębi, przy futurystycznej wieży, błyszczy kawałek nieba odbity w lustrze wody. A za plecami w cieniu tego giganta kulą się wsie: Tarnówek, Żelazny Most, Komorniki, Dąbrowa...

W osadach, które trafiają na składowisko, jest podobno cała tablica Mendelejewa. Ale ludzie bardziej niż chemii obawiają się milionów ton szlamu i wody. Gdyby choć część tej masy wydostała się na zewnątrz, w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie byłoby czego zbierać.

Dlatego poczynając od budowy zbiornika w 1974 roku, przez jego kolejne rozbudowy, kwestie bezpieczeństwa są najważniejsze. W tym rejonie nie ma eksploatacji złóż miedzi, bo ewentualne wstrząsy mogłyby uszkodzić wał. W miejscowościach sąsiadujących ze składowiskiem ustawiono syreny, które mają ostrzec ludzi, gdyby działo się coś złego. Takie lokalne stacje alarmowania postawiono w Rudnej, Gwizdanowie, Krzydłowicach, Komornikach, Tarnówku, Gawronkach, Grodziszczu, a nawet w Pęcławiu, choć to już w powiecie głogowskim. Kolejne mają stanąć w Żukowie i Proszówku. Mieszkańcy gmin Rudna, Polkowice i Grębocice, gdzie leży zbiornik, zostali przeszkoleni, co mają robić, gdyby wydarzyła się awaria Żelaznego Mostu. Władze KGHM i samorządowcy wolą dmuchać na zimne.

Przygotowane są plany ratownicze dla samego zakładu, jak i okolicznych terenów. Jest w nim, między innymi, wykaz osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo i zbiorczy wykaz mieszkańców do ewakuacji, ze wskazaniem miejsc, gdzie mogliby się schronić.

Przez całą dobę pracownicy Zakładu Hydrotechnicznego, do którego należy ten obiekt, prowadzą obserwację wałów. Helikopter rozpyla nad zbiornikiem specjalne środki, żeby powstrzymać piasek, który niesiony wiatrem osiada wiele kilometrów dalej, a przy silniejszych porywach krąży po okolicy niczym prawdziwa pustynna burza.

Zapory sięgają obecnie 172,5 metra nad poziom morza. Zgodnie z aktualnym pozwoleniem, mogą być podwyższone o kolejne 7,5 metra - ma to się stać za około sześć lat. Ale jest już koncepcja ich rozbudowy powyżej 180 m n.p.m., co umożliwi Polskiej Miedzi bezpiecznie składować odpady do 2042 roku. Część z nich znajdzie się w nowej kwaterze o powierzchni ok. 600 ha (całkowita pojemność ma wynieść ok. 930 mln m sześc.).

Fala podnosiła stojące na kopalnianej bocznicy wagony i porzucała je kilkaset metrów dalej

- Obiekt nie stwarza zagrożeń dla środowiska naturalnego, jest bezpieczny i spełnia wymogi w zakresie ochrony środowiska - zapewnia Dariusz Wyborski, dyrektor departamentu public relations w KGHM. - Potwierdza to otrzymanie przez Zakład Hydrotechniczny w 2004 roku tak zwanego pozwolenia zintegrowanego. Jest to rodzaj licencji na prowadzenie działalności, gdy do środowiska przedostają się zanieczyszczenia.

Jednym z największych problemów są podsiąki: woda przedostaje się na zewnątrz i rozlewa na pobliskie tereny. W przeszłości często zdarzały się awarie - uciążliwe, bo okoliczne rowy i rzeczki zapełniały się szlamem. Dlatego wciąż modernizowane są rurociągi i system rowów do drenażu wód podziemnych.

Od 1992 roku nad bezpieczeństwem rozbudowy składowiska czuwa też Zespół Ekspertów Międzynarodowych: prof. Michele Jamiolkowski z Włoch, dr W. David Carrier III z USA, prof. Richard J. Chandler z Wielkiej Brytanii, prof. Kaare Heg z Norwegii, a także prof. Wojciech Wolski, krajowy ekspert geotechniczny.

Poza tym co roku Zakład Hydrotechniczny aktualizuje ocenę oddziaływania składowiska na środowisko. Taki dokument trafia do gmin Rudna, Grębocice i Polkowice, na których terenie leży zbiornik, a także do Urzędu Marszałka Województwa Dolnośląskiego i Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Jest oficjalnym potwierdzeniem, że ludziom ani przyrodzie nic nie zagraża. Od dawna wiadomo też, co się stanie ze zbiornikiem, kiedy za 32 lata skończy się jego eksploatacja. Wyrosną na nim drzewa.

Tak jak w Iwinach, gdzie zarastająca perzem polna droga za dawną kopalnią miedzi "Konrad" prowadzi wprost pod gąszcz kilkudziesięcioletnich sosen i grabów. Aż trudno uwierzyć, że 40 lat temu był tu zbiornik osadów poflotacyjnych otoczony sześćsetmetrowym pierścieniem wałów o wysokości dwupiętrowej willi. Inaczej niż w Żelaznym Moście, gdzie dodatkową izolację stanowi szeroki pas suchych odpadów, w Iwinach woda przylegała bezpośrednio do obwałowania i mogła przesączać się przez skarpę.

Nocą 13 grudnia 1967 roku grobla pękła. Wyrwą o długości 63 metrów w podstawie i 134 metrów w koronie błotnista breja wylała się na zewnątrz, w kierunku pogrążonych we śnie wiosek. Fala przy wyjściu miała 20 metrów wysokości. Łamała słupy energetyczne jak zapałki, podnosiła stojące na kopalnianej bocznicy wagony z rudą i porzucała je w bezładzie kilkaset metrów dalej, taranem uderzała w ściany budynków, rozbijając je na kawałki.

Sądząc po wskazówce budzika wyłowionego później ze szlamu, była trzecia piętnaście, kiedy zatopiła położone najbliżej zbiornika Iwiny. Huczała upiornie w ciemności, a z czasem w ów huk wmieszał się skowyt psów, kwik świń, buczenie bydła, rżenie koni i rozpaczliwe ludzkie nawoływania. Mieszkańcy, których ten hałas wyrwał ze snu, rzucili się do okien. W blasku księżyca z przerażeniem dostrzegli, jak dziwny cień o nieregularnych płynnych kształtach przesuwa się szybko po śniegu w ich stronę. Nim zdążyli zorientować się w niebezpieczeństwie, było już za późno na ucieczkę z domu: napierająca breja zablokowała drzwi, wlewała się do domów przez rozbite okna, rozlała się w śmiertelną pułapkę po podwórkach, gubiąc ludzi i zwierzęta.

Tak zginęli w wieku trzydziestu kilku lat Maria i Jan Boczarowie. Obudzeni w środku nocy, nie mogli już wyjść na zewnątrz. Zabrali więc z łóżek trójkę małych dzieci, skulili się w kącie pokoju, pod ścianą, która miała wytrzymać napór wody i błota, a pękła niczym krucha filiżanka. Nazajutrz odnaleziono ich wszystkich martwych, w powalanym szlamem, oszklonym mrozem rumowisku.
Włodzimierz Dziuba stracił w katastrofie młodszą siostrę i ojczyma. Ich gospodarstwo stało najbliżej grobli. Gdy zatrzęsło budynkiem, czternastoletnia Alicja Piwowarczyk nie zdążyła skryć się na piętro, jak jej mama i druga z sióstr. Wzywała pomocy. Ojciec próbował ją ratować. Zginęli oboje. Ciała zostały porwane przez szlam i wyrzucone daleko za domem.
Prawie dwa kilometry dalej we śnie - nieświadome piekła, jakie rozpętało się dookoła - utonęło starsze małżeństwo Skibów.

W pamięci mieszkańców Iwin zachowały się jeszcze inne ofiary: jakieś dziecko, które z becikiem wpadło w błotnistą kipiel, jakaś dziewczynka z majątku... Na wiejskim cmentarzu wiele grobów ma wyrytą na tablicy datę sprzed 40 lat i inskrypcję o tragicznej śmierci.
Bez szwanku wyszli z opresji ci, którzy mieszkali na piętrze poniemieckich willi. To, co było na parterze, zmiotła fala.

Jak wyliczają sprawozdania z katastrofy, 13 grudnia 1967 roku w Iwinach i okolicach zginęło 18 osób, a 570 odniosło rany. 400 ludzi trzeba było ewakuować w bezpieczne miejsce. 12 mln metrów sześciennych poflotacyjnego szlamu zalało dolinę Bobrzycy pasem o długości 19 kilometrów. Zatopiło 121 budynków mieszkalnych, 407 zabudowań gospodarczych, drogi, tory, pola, ogródki i sady w sześciu wioskach: Iwiny, Raciborowice Dolne, Tomaszów Bolesławiecki, Kraśnik, Dąbrowa i Lubków. Zwierzęta nie miały żadnych szans.
- To był potworny widok - wspomina Włodzimierz Dziuba. - W niektórych miejscach woda sięgała po dachy. Sporo było w niej poflotacyjnego mułu zmieszanego ze żwirem.
Osadu nie dało się usunąć. Grubą na kilkadziesiąt centymetrów skorupą pokrył żyzną niegdyś ziemię. Zarósł trawą, krzakami i drzewami.

Choć to największa tragedia w dziejach Polskiej Miedzi, ówczesne media informowały o niej lakonicznie, sucho, bez emocji, by nie podważać wiary w sens socjalistycznej gospodarki. I to dopiero po tym, jak wiadomość podało Radio Wolna Europa.

Dość szybko - zaledwie cztery miesiące po katastrofie - postawiono przed sąd winnych: projektanta zbiornika z wrocławskiego Hydroprojektu, kierownika budowy tamy, inspektora budowlanego i trzech pracowników kopalni, którzy mieli nadzorować osadnik. Gdy zapadły wyroki skazujące, sprawą zajął się Sąd Najwyższy, według którego nie można było jednoznacznie wykazać ani przyczyn zdarzenia, ani winy skazanych. Wszyscy zostali wypuszczeni na wolność.
Do dziś nie wiadomo, dlaczego doszło do katastrofy w Iwinach. Najprawdopodobniej zaważyło niedostateczne rozpoznanie terenu, na którym zbiornik został zlokalizowany. Ekspertyzy Polskiej Akademii Nauk wykazały, że przed jego budową nie zbadano głębszych warstw podłoża, przez co grobla powstała nad uskokiem tektonicznym. Niżej kopalnia wypompowywała wodę, co dodatkowo mogło powodować przesiąkanie zbiornika w głąb ziemi. Pojawiły się też, niepotwierdzone ostatecznie, sygnały o wstrząsie sejsmicznym, do którego miało dojść na dwie godziny przed pęknięciem wałów.

Rozważano też sabotaż, bo w pobliżu wału znaleziono kłębek drutu strzelniczego. Ostatecznie jednak ten wątek wykreślono jako niemożliwy.

Tamta historia była i wciąż jest dla władz kombinatu jak memento. Zdaniem Jana Paździory, długoletniego dyrektora kopalni "Konrad" i autora monografii starego zagłębia, w okolicach Lubina wyciągnięto wnioski z katastrofy w Iwinach.

- "Konrad" był budowany, opierając się na doświadczeniu przedwojennym - mówi Jan Paździora, zaznaczając, że była to podówczas największa kopalnia miedzi w Europie. - Także zbiornik na odpady po flotacji nie miał wówczas odpowiednika o podobnej wielkości. Sądzono, że szlam i woda, dostarczane po flotacji jedną rurą, rozprowadzą się w nim równomiernie. Tymczasem szlam zbierał się w zachodniej części, a w pobliżu wschodnich wałów powstał rów wypełniony wodą.
W Żelaznym Moście zapobiega temu szachownica ażurowych rurociągów, dzięki której można sterować rozłożeniem osadów. Ponadto zbiornik w Iwinach miał konstrukcję misy - jej zawartość napierała na ścianki, czyli wały. Żelazny Most przypomina raczej płytki szeroki talerzyk, gdzie ciśnienie na zaporę jest ograniczone do minimum.

Ale strachu nie da się wyeliminować. Z podwórka Ireny Giermek widać zbiornik z osadami. Mieszkanka Tarnówka opowiada o chwilach grozy, jakie przeżyła w ubiegłą sobotę: - Przebierałam ziemniaki w piwnicy i nagle usłyszałam z nadajnika ostrzegawczego, że w związku z awarią Żelaznego Mostu jest ewakuacja. Wybiegłam z piwnicy na drogę i nie wiedziałam, co robić - mówi pani Irena. - Sąsiad jechał po dzieci, też przestraszony. Dopiero po chwili ktoś powiedział, że to ćwiczenia, próbny alarm w Komornikach.
Współpraca: AAG

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 4

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

F
FN

To jest katastrofa ekologiczna. Katastrofa srodowiskowa. To jestgwałt na naturze i ludziach zamieszkujacych wszystkie okoliczne gminy i miejscowosci. Piepszy sie o zabezpieczeniach normach i monitoringu, podczas gdy zarowno na wegrzech jak i tuz przed awaria zbiornika konrad, wladze rowniez zapewnialy jakie to bezpieczne i wspaniale. To jest swiadectwo Naszych czasow, jak lobby miedziowe, zamiata pod dywan wszystkie watpliwosci i dramatyczne apele. WSZYSTKIE opinie ze zrodel niezaleznych dzwonia na alarm, a KGHM zamierza wyciac nastepne 400ha lasow zeby powiekszyc ten moloch. TEN ZBIORNIK TO JAK WRZOD NA D**PIE . NAJWYZSZY CZAS SKONCZYC Z TYM. Postawcie sie na miejscu tych biednych ludzi mieszkajacych w promieniu kilku kilometrow od tego "czegos" a jest ich pare tysiecy. No ale coz wladza w tym kraju narazie zajmuje sie walka o stolki zamiast pomyslec o tym zbrodniczym przykladzie dewastacji srodowiska na skale przemyslowa. Pozdrawiam

t
tutejsza
Dziękujemy za powolną smierc ktora nam serwują władze, kghm i tajemnica panstwowa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
t
tutejsza
Dziękujemy za powolną smierc ktora nam serwują władze, kghm i tajemnica panstwowa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
N
Niniol

Tempo reakcji niczym u szachisty. Ja rozumiem, że robiliście wywiady, ale przy okazji moglibyście jakąś ciekawszą fotkę walnąć. Niech ludzie zobaczą jaki to gigant.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3