W szkołach czas wywiadówek. Nerwy, frustracje i ciche dni w domu? Nie tylko

Hanna Wieczorek
Polskapresse
Przez całe dziesięciolecia wywiadówki były zmorą uczniów. Bo rodzice święcie wierzący, że ich dzieci są najcudowniejsze na świecie, nagle dowiadywali się, że niejednemu siedzi diabeł za kołnierzem. Po powrocie ze szkolnego spotkania nastawały w domu głośne lub ciche dni. A czasem nawet w ruch szły skórzane paski.

- Nie znosiłam wywiadówek - śmieje się wrocławianka Maria Pruszyńska, dzisiaj już babcia dorosłych wnuków. - Zawsze starałam się wypchnąć na nie męża. Choć jedno spotkanie zapadło mi w pamięć. Były lata 60. Rodzice i nauczyciele kopcili jak kominy. Zadeklarowani palacze wyciągali papierosy także w czasie wywiadówek. Jeden z ojców miał zwyczaj chowania zgaszonych zapałek do pudełka. Zdenerwowany, bo właśnie rozmawiano o jego synu, schował palącą się jeszcze zapałkę do pudełka. I nagle wszyscy usłyszeliśmy głośne "puuff"! To zapałki wybuchły mu w ręku.

Maria Pruszyńska przyznaje jednak, że comiesięczne spotkania były okazją do poznania nauczycieli i rozmowy o problemach dzieci. Bo korespondencja "dzienniczkowa" nie zawsze wystarczała. Tym bardziej że uczniowskie dzienniczki miały tendencję do znikania w dziwnych okolicznościach.

- Pewne tematy, które omawialiśmy, dzisiaj muszą się wydawać śmieszne - mówi. - Choćby "odpowiednie" ubrania do szkoły. Odpowiednie, ponieważ moja córka akurat załapała się w liceum na likwidację mundurków. Dziewczyny miały nosić "skromne" ubrania i żadnym przypadku nie mogły się malować. Ale jestem przekonana, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Nauczyciele i rodzice także dzisiaj rozmawiają o zachowaniu dzieci, ich ocenach, wagarach. Porażkach i sukcesach wychowawczych.

Nie tylko rodzice nie przepadali za wywiadówkami. Pani Lucyna przez lata kierowała wiejską szkołą podstawową niedaleko Oleśnicy. I nie ukrywa, że rozmowy z rodzicami nie zawsze były łatwe. - W niektóre historie trudno uwierzyć - wspomina. - Pamiętam, jak na początku lat 80. mieliśmy problemy z pewnym uczniem. Chłopak miał już chyba 16 lat, a nadal chodził do VII klasy. Pewnego dnia zaciągnął koleżankę do toalety i zaczął molestować. Wezwaliśmy rodziców ucznia. Jego matka weszła, popatrzyła na syna, potem zapłakaną dziewczynę i powiedziała: "Mógł sobie ładniejszą wybrać".

Dzisiaj wywiadówki czy też, jak mówią nauczyciele, "zebrania z rodzicami", wyglądają inaczej. Między innymi dlatego, że w większości szkół działają już e-dzienniki i rodzice mogą na bieżąco sprawdzać postępy swoich dzieci w nauce, kontrolować ich frekwencję i prowadzić elektroniczną korespondencję z nauczycielami. Szkolne spotkania nie sprowadzają się już więc wyłącznie do wręczania karteczek ze stopniami.

Nie marzy o matematyce

- Uwielbiam spotkania z rodzicami - uśmiecha się Izabela Suleja, dyrektorka wrocławskiego Gimnazjum nr 13 im. Unii Europejskiej. - A szczególnie taką współczesną ich formę, czyli spotkania trójstronne: rodzice, uczeń, nauczyciel. Czasem biorę w nich udział jako dyrektor.

Zaproszenie do dyrektora szkoły to brzmi groźnie. Jednak Izabela Suleja zaraz tłumaczy, że w żadnym przypadku nie chodzi o wezwanie na dywanik. Takie spotkanie ma na celu zupełnie inne sprawy. Chodzi o to, by lepiej poznać ucznia, jego aspiracje, mocne i słabe strony, porozmawiać o problemach, także tych szkolnych.

- Czasem dowiadujemy się, my, nauczyciele i rodzice, zaskakujących rzeczy o dzieciach - uśmiecha się. - Jakich? Do dzisiaj wzruszam się, kiedy wspominam jedną z takich sytuacji. Otóż podczas spotkania nagle okazało się, że uczeń z innowacyjnej klasy matematyczno-fizycznej wcale nie jest najbardziej zainteresowany matematyką. Marzy, żeby zostać dziennikarzem.

Izabela Suleja opowiada, że nikt się tego nie spodziewał. Rodzice byli przekonani, że syn wiąże swoją przyszłość z matematyką, ponieważ wygrywał konkursy matematyczne. Matka miała łzy w oczach, kiedy dopiero podczas szkolnego spotkania dowiedziała się, jakie są naprawdę marzenia jej dziecka.

- Najważniejsze jest to, że w czasie takich spotkań dzieci chętnie mówią - opowiada. - Widzą, że się nimi interesujemy, a do tego czują się bezpiecznie, ponieważ są z rodzicami, mają ich wsparcie. Takie spotkania wzmacniają ich poczucie wartości, a nam dają okazję także do poznania ich problemów. I rozmowy o tym, jak je można rozwiązać.
Dwie godziny dla dzieci

Zofia Pierzchała z wrocławskiego Gimnazjum nr 27 im. Ossolineum śmieje się, że chyba ma szczęście do rodziców. I do uczniów. Chociaż niedawno usłyszała, że jej klasa dobrze się zachowuje, bo "dzieci" są zbyt leniwe, żeby rozmawiać na lekcjach. To oczywiście był żart.

- Rodzice wiedzą, że zebrania to są dwie godziny, które poświęcamy dzieciom - opowiada. - Nie przychodzą jedynie po to, by chwycić kartkę ze stopniami i uciec. Przychodzą porozmawiać. Tym bardziej że oceny zawsze można sprawdzić w Librusie.

Zofia Pierzchała opowiada, że lubi spotkania z rodzicami, w których biorą udział także uczniowie. Bo powinni oni wiedzieć, co się o nich mówi. Zresztą przydaje się to czasem do wyjaśnienia różnych sytuacji i nieporozumień.

- Oczywiście, rodzice bywają zdenerwowani. Przychodzą z nastawieniem: ja wam tu wszystkim pokażę, ale zwykle udaje mi się z nimi dogadać - uśmiecha się. - A takie spotkania są ważne dla wszystkich. Pomagają także rodzicom, bo przecież my, nauczyciele, jesteśmy także od tego, by doradzić im, jak rozwiązać jakąś sytuacje, jak motywować dzieci do nauki. Kiedy rodzic prosi mnie o taką pomoc, rozmawiamy w cztery oczy, czasem bardzo długo.

Aneta jest młodą nauczycielką, nie ma jeszcze trzydziestki. Uczy niepopularnego przedmiotu - chemii. I wzdycha, że najbardziej nie lubi szkolnej biurokracji. - Na spotkaniach z rodzicami najwięcej czasu zajmuje mi rozdawanie różnego rodzaju druczków, które rodzic musi koniecznie przeczytać i podpisać - żali się. - Jest tego masa, szczególnie na początku roku. Nie zostaje wiele czasu na rozmowę, a ta czasem jest bardzo potrzebna.

Aneta wzdycha, że niestety, najczęściej rodzice przychodzą, by odbębnić wywiadówkę lub wylać na nauczycieli swoją frustrację. Bo jesteśmy zbyt surowi, bo nie umiemy uczyć, bo jesteśmy niesprawiedliwi. To my, wredni nauczyciele, dręczymy ich dzieci. - Pamiętam straszną awanturę, którą miałam kilka lat temu - opowiada. - Pewien ojciec z ogniem w oczach zarzucał mi, że niesprawiedliwie oceniam jego córkę. Jak mogłam dać jej jedynkę ze sprawdzianu, kiedy jego dziecko na 30 pytań miało tylko trzy złe odpowiedzi. Sprawdziliśmy komisyjnie, przy tacie. Nie pomylił się, pytań było 15, tyle tylko, że dziewczyna jedynie na trzy z nich dobrze odpowiedziała.

Aneta dodaje, że rodzice bez zastrzeżeń wierzą dzieciom. Czasem ma wrażenie, że w ten sposób starają się usprawiedliwić swoje zaniedbania. Choć bywają i bardzo miłe sytuacje, choćby wtedy, kiedy nauczyciele widzą, że rodzice słuchają nas i wyciągają wnioski.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie