Tu "ku…y" i "ch…" są na porządku dziennym, czyli jak wygląda praca w newsach

Dorota Kowalska
Ja jestem cholerykiem, czasem wybuchałem w pracy... - przyznał w poniedziałek w Radiu Tok FM   szef "Faktów" TVN Kamil Durczok
Ja jestem cholerykiem, czasem wybuchałem w pracy... - przyznał w poniedziałek w Radiu Tok FM szef "Faktów" TVN Kamil Durczok
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Praca w newsach łatwa nie jest. Stres, emocje, niekończący się wyścig, by zdążyć. Czasami padają mocne słowa. Czasami poleją się łzy. Walka o widza czy czytelnika jest bezwzględna, a o sukcesie często decyduje dosłownie minuta.

Ten stres czasami wycieka do sieci, innym razem widzowie mogą go osobiście zobaczyć na ekranie telewizora. Bo mało prawdopodobne, aby Hanna Lis zostawiła specjalnie paczkę Marlboro na stoliku prezentera, nie chciała też pewnie zakończyć swojej rozmowy z Danutą Hübner i Jarosławem Gowinem w TVP Info słowami: "To był program Kropka nad i. Do widzenia". Kamil Durczok też zaliczył wpadkę. Do sieci wyciekł jego słynny dialog z Arturem Rurarzem, pseudonim artystyczny: Rurek, realizatorem wizji. Panowie rozmawiali tuż przed wejściem Durczoka na antenę. "Rurku? E, to dobrze że mnie słuchasz... kto odpowiada za to, jak tu wygląda w tym studiu? Tak... Nie wku... mnie, dobrze? Od dwóch dni jest tak upier... stół tutaj, że tylko dlatego, że zlikwidowaliśmy ten je... przerywnik, który jedzie z góry, to jeszcze się to jakoś, ku..., uchowało i ludzie tego nie widzą" - zaczął mocno szef "Faktów".

Ale też praca w newsach łatwa nie jest. Ogromny stres. Każdy dziennikarz ma kilka swoich historii - nieważne czy pracuje w radiu, telewizji, czy gazecie. Tam, gdzie trwa wyścig z czasem, ludziom puszczają nerwy, napięcie jest zbyt duże.
W medialnym światku od lat krąży opowieść o somalijskich piratach. Jak zapewniają dziennikarze - prawdziwa. Listopad 2008 r. Około 800 km od wybrzeży Kenii i Somalii somalijscy piraci porwali statek "Sirius Star" dowodzony przez polskiego kapitana Marka Niskiego. W ładowniach tankowca należącego do saudyjskiego armatora, pływającego pod liberyjską banderą, znajdowała się ropa naftowa warta 100 mln dol. Tak na marginesie: porwanie jednostki było uznawane za jedną najbardziej zuchwałych akcji piratów, którzy nigdy nie zapuszczali się tak daleko od linii brzegowej. "Sirius Star" był pod władaniem piratów niemal dwa miesiące. Porywacze uwolnili statek i załogę, gdy armator zapłacił im 3 mln dol. okupu.

CZYTAJ TAKŻE: "Wprost”: Mobbing i oferty seksualne. Kamil Durczok molestował seksualnie swoje podwładne

Ale wróćmy do listopada 2008 r. Jedna z warszawskich redakcji. Na kolegium zapada decyzja, że o porwaniu statku będzie pisał dział krajowy. - Rozplanowano stronę. Były zdjęcie, tekst, opinie i krótka rozmówka - opowiada dziennikarka pracująca wówczas w dziale krajowym tejże redakcji. - Niby standard, ale wiedzieliśmy, że gdzieś jest pułapka. Przyszedł nasz szef, rozdziela zadania i mówi, że najtrudniejsza będzie rozmowa. Zgadnij z kim mieliśmy ją zrobić. Nie domyślasz się? Z somalijskimi piratami albo kapitanem Niskim - wybucha śmiechem.

Dzisiaj się śmieje, wtedy do śmiechu jej nie było. W pracę nad jedną stroną zaangażowana była połowa działu, reszta robiła kolejne cztery strony. - Wiadomo było, że z piratami nie pogadamy, chociaż udało nam się zdobyć telefon na statek, satelitarny. Nikt nie odbierał, ale jedną osobę oddelegowaliśmy tylko do tego, żeby co trzy minuty wybierała ten sam numer. Trzeba było pokazać, jak bardzo się staramy, a potem to wszystko opowiedzieć. Więc jedna osoba z grupy szukała piratów, a reszta - wytłumaczenia i jakiegoś godnego zastępstwa. Ja znalazłam do rozmowy jednego z najlepszych światowych ekspertów od terroryzmu - opowiada. Ale były stres, nerwówka, bieganie.

W owej redakcji na porządku dziennym było to, że o godz. 15 przychodził do działu kulturalnego szef i obwieszczał, że potrzebny jest wywiad z Robertem de Niro, Alem Pacino albo Meryl Streep. Oczywiście na już, do numeru, który miał się zamknąć za kilka godzin. - Szef działu nauka sam odszedł z pracy po tym, jak dostał polecenie przeprowadzenia rozmowy z astronautą, który z jakichś powodów, chyba awarii promu, nie mógł wrócić na Ziemię. Facet zadzwonił do NASA, dostał zapewnienie, że jak tylko astronauta znajdzie się na Ziemi, zrobi tę rozmowę, i usłyszał od szefostwa, że jest nieudacznikiem i nie zrozumiał zadania. Wywiad miał być przeprowadzony natychmiast, kiedy biedak wciąż krąży po orbicie - opowiada dziennikarka.

Pewnie, że w pracy padały przekleństwa, ludzie nie wytrzymywali. - Przeklinaliśmy, to prawda. Może i lepiej, bo nie zabieraliśmy złych emocji do domów. Ale to było takie przeklinanie dla przeklinania, żeby sobie ulżyć. Nikt nikomu nie ubliżał, nie obrażał nikogo - uściśla.
Redaktor, który pracował w tej samej redakcji, tłumaczy taktykę szefostwa: - Pewnie, że wiele tematów było nie do zrealizowania, ale ludzie się bardziej starali i nawet jeśli nie zrobili tego, co im kazano, to zrobili więcej niż dziennikarze innych redakcji. Że żyli w stresie? A kto mówi, że to łatwa robota?

Tak, nawet w redakcji dzienników, tych jeszcze drukowanych, bywa gorąco. Redakcja lokalnej gazety. Dziennikarka napisała śledczy tekst. Bez nazwisk, niczego, co mogłoby zidentyfikować bohaterów. Chodziło o zabójstwo: wszystko wskazywało na to, że żonę zabił mąż, znana, szanowana osoba w regionie. Wyszła z redakcji pewna, że zrobiła wszystko, jak należy.

Nierozważnie na biurku zostawiła zdjęcie ofiary. Na drugi dzień zobaczyła je w gazecie. Wydawca wziął, opublikował i podpisał. - Przyszła rano do pracy, podeszła do wydawcy i zaczęła kopać go po tyłku. Wcale nie na żarty, z całej siły waliła mu butami, gdzie popadnie, głównie po dupie. Strasznie wrzeszczała - opowiadają dzisiaj ze śmiechem jej znajomi. Dostała pozew. Została oskarżona o zniesławienie.

Inna historia. Młoda dziennikarka opisuje historię, jak to z zakładu psychiatrycznego zginęła dziewczyna. Nikt jej nie pilnował. Wyszła za bramę i przepadła. Gazeta chce zrobić z tego ogromne story, tekst idzie z pierwszej strony. Zdjęcie: imię, nazwisko i wielki apel: "Szukajmy Angeliki". Gazeta schodzi do drukarni. - Nagle dziennikarka zastanawia się, jak pisze się to imię: Angelika czy Andżelika. Jest przed północą, dzwoni do rodziców dziewczyny. I z płaczem opada na krzesło: pisze się Andżelika - opowiada jeden z dziennikarzy. - To, co potem działo się w redakcji, było horrorem. Ludzie biegali jak opętani. Nikt nie miał odwagi pójść do redaktora naczelnego. W końcu znalazł się jeden odważny. Trzeba było wycofać gazetę z drukarni i zmieniać pierwszą stronę. Dziennikarce tak skoczyło ciśnienie, że wylądowała w szpitalu.

CZYTAJ TAKŻE: "Wprost”: Mobbing i oferty seksualne. Kamil Durczok molestował seksualnie swoje podwładne

W telewizji wcale nie jest lepiej, a może nawet gorzej. - "Ku…y" i "ch…" są na porządku dziennym. Wszyscy przeklinają… Potem obiecują, że nie będą, wytrzymują dwa dni i znowu wracają do przeklinania. Dzisiaj już się tak nie przejmuję. Wiem, co mam robić, i to robię - opowiada Artur Łukaszewicz, operator TVN.

W telewizji najgorsza jest presja czasu. Stres, żeby zdążyć. Pamięta, jak jechał kiedyś z Pawłem Abramowiczem na jakiś materiał do Opola, trochę im zeszło. Wracali do Wrocławia, była godz. 18.30, za pół godziny zaczynały się "Fakty", a oni mieli jeszcze 20 km do przejechania. - Dzwoni Tomek Lis: "A gdzie wy, ku…, jesteście" - krzyczy do słuchawki. Coś nam przerwało. Dzwoni znowu: "Jeszcze, ku…, udajecie, że tracicie łączność". No, to mu Paweł Abramowicz odpowiedział, że zaraz będziemy, że już widzimy redakcję. Widzieliśmy ją z 18 km, bo redakcja znajdowała się w jednym z najwyższych budynków we Wrocławiu - śmieje się Łukaszewicz.

Innym razem pojechał z Marcinem Wroną do Indii, to było tuż po trzęsieniu ziemi. Nagrali materiał, tylko nie mieli go skąd nadać. Znowu stres. W końcu znaleźli. Ale co się naklęli, to ich.

Inna rzecz, że Tomasz Lis obrósł w środowisku legendą. Nie przebiera w słowach. Luiza Zalewska pisała w 2008 r. w "Dzienniku" tekst o Hannie Lis, było w nim też trochę o jej mężu.

"Gdy jeden z dziennikarzy nagrał swój komentarz, stojąc przed kamerą w kasku, Lis komentował ten pomysł na forum całego newsroomu: - Teraz już wiemy, jak wygląda ch… w kasku.

Gdy dziennikarz zbyt miękkim głosem czytał materiał, Lis pytał: - Co ty, pedałem jesteś? Może byś przerż… jakąś kobietę i zaczął czytać jak mężczyzna?
Gdy był niezadowolony, krzyczał: - Z ch… się na łby pozamieniałeś? Dostawało się wszystkim, nawet Hani, którą Lis pytał czasem: - Gdzieś ty mózg zostawiła?" - pisała Zalewska. Dyktatura, regularna rzeź. To już nie było przeklinanie dla przeklinania. Bo można przeklinać i nikogo tym osobiście nie ranić, można też "ch..." czy "ku..." ludzi obrażać. Jeden z najzdolniejszych dziennikarzy telewizyjnych na naszym rynku tak opowiadał Zalewskiej: "Najpierw zaczęto mi zabierać tematy, w których się specjalizowałem, potem kolejne bliskie mi sprawy i kolejne. Gdy Tomek krytykował mój materiał, nie kiwałem z pokorą głową, tylko mówiłem: OK, więc sam to zrób, pokaż, czy zrobiłbyś lepiej. W końcu robiłem już tylko drobiazgi o pogodzie. A wieczorem, nieustannie upokarzany, wracałem do domu i płakałem jak dziecko. Żona prosiła mnie, bym się z tej pracy zwolnił".

- To ciężka robota i trudny rynek, zwłaszcza dzisiaj, kiedy jest tyle kanałów informacyjnych, a widz z pilotem w ręku może skakać z jednego na drugi i wybierać - tłumaczy nam jeden z wydawców. - Spóźnisz materiał o minutę, dwie i po tobie - twierdzi.
- Nie przesadzasz? - dopytuję.

- Ani trochę. Dzisiaj liczy się czas oglądalności. Z tego jesteśmy rozliczani. Wyobraź sobie sytuację, choćby niedawną - pali się most Łazienkowski. Widz chce widzieć obraz, mieć relację z miejsca zdarzenia. Przy moście jest pierwsza stacja telewizyjna A, zaczyna nadawać na żywo. Widz zostaje na ich kanale. I cóż z tego, że dwie minuty później na miejscu jest stacja B i też zaczyna nadawać. Widz nie ma powodu, żeby szukać innej relacji, skoro ma już tę - tłumaczy mój rozmówca. Stąd tak liczy się czas.
- Największa odpowiedzialność spada na wydawcę i prezentera. Do końca siedzą pod napięciem, w każdym momencie może się coś zdarzyć - mówi. - Napięcie w pracy jest ogromne. Znam ludzi, którzy od poniedziałku do piątku chodzą z kupą w majtkach, a potem przez weekend piją, żeby się zresetować - wzrusza ramionami.

Szefowie są bezwzględni. Liczą się słupki oglądalności. Trzeba za wszelką cenę przyciągnąć widza. W środowisku znanych jest przynajmniej kilka historii, które świadczą o tym, że czasami ludziom puszczają nerwy, albo takie, w których przekraczane są granice.

CZYTAJ TAKŻE: "Wprost”: Mobbing i oferty seksualne. Kamil Durczok molestował seksualnie swoje podwładne

Znane i opisywane przed media były wzajemne oskarżenia stacji telewizyjnych o podkradanie sobie materiałów. Jedna stacja miała ukraść innej wywiad z Jerzym Dudkiem przeprowadzony tuż po finale Ligi Mistrzów. Ta druga skarżyła się z kolei, że ta pierwsza ukradła jej relacje z posiedzenia komisji śledczej, przed którą zeznawał Włodzimierz Cimoszewicz. Wiceszefowa stacji zapomniała ponoć wysłać na komisję ekipę telewizyjną. Kiedy zorientowała się, że zawaliła, dzwoniła do konkurencji, chcąc odkupić zdjęcia. Kiedy nikt nie chciał sprzedać materiału, kazała dziennikarzowi go ukraść. Jak? Zrobić zbliżenie, wyciąć logo konkurencji i puścić materiał jako swój.

- Tak bała się, że dostanie burę, że posunęła się do kradzieży - mówi jeden z dziennikarzy telewizyjnych. - Tak, ludzie ze strachu czasami głupieją - dodaje.

I opisuje dwie historie. Pierwsza: Telewizja publiczna. Lata 90. Jeden z głównych programów informacyjnych. Wydawca ułożył szpigiel, czyli rozpisał punkt po punkcie materiały, które w takiej, a nie innej kolejności ułożą się w programie. Podchodzi do niego szef.
- Zamieniłbym punkt pierwszy z drugim - mówi.
- A ja nie - na to wydawca.
- No, wiesz, tak naprawdę będzie lepiej. Punkt drugi jest ważniejszy niż pierwszy - ciągnie szef.
- Nie - wydawca zostaje przy swoim.
- Dobrze, w takim razie wydaję ci poleceni służbowe, żeby to zmienić - mówi szef.
- To wydawaj sobie sam, ch… pier...! - kończy wydawca.
Wyszedł na papierosa, a potem poszedł na długie zwolnienie. Puściły mu nerwy. Szef sam wydał program. Dla zainteresowanych: obaj panowie to znani i szanowani dziennikarze, widzowie też ich znają.

Druga historia: Mała telewizja prywatna. Jeden z szefów każe dziennikarzowi uaktualnić temat, który zrobił wcześniej. Temu się nie chce, zwleka. W między czasie w PAP pojawia się uaktualniona depesza. Szef pojawia się u dziennikarza.
- Miałeś uaktualnić materiał. Czemu tego nie zrobiłeś? - dopytuje.
- Zapomniałem, miałem dużo roboty - tłumaczy się dziennikarz.
- To następnym razem weź się do roboty, ty leniu pier... - szef na to.

Niespodziewanie dziennikarz wstaje od biurka i rzuca się z pięściami na szefa. Obaj nie byli zbyt umięśnieni, nie biegali na siłownię. Skończyło się na potarganych koszulach. Bo umówmy się, nie tylko wydawca się stresuje. Reporter też ma ciężko. - Znam reporterów występujących przed kamerą od 20 lat. Wciąż przed wejściem biorą środki uspokajające - mówi jeden z wydawców. O tym, jak łatwo można polec, świadczy filmik, który z łatwością można odnaleźć w sieci, internauci nazwali go: "Tory były złe". Widać na nim młodziutką dziennikarkę, która relacjonuje z miejsca jakiegoś wypadku kolejowego. Prezenterka w studiu pyta ją, co było przyczyną katastrofy. Dziewczyna powtarza jak w amoku: "Szyny były złe, tory były złe, podwozie było złe". Plącze się, plącze, w końcu widać wyraźnie, że się poddaje. - Nawet mi tej dziewczyny szkoda. Pewnie nie była przygotowana do tej pracy, ale wysłali ją w teren, bała się odmówić i skończyło się, jak skończyło - wzrusza ramionami jeden z wydawców telewizyjnych. Zadanie wcale nie jest łatwe: trzeba dojechać na miejsce, zaznajomić się z materią i opowiedzieć o niej tak, żeby widz słuchał z otwartą buzią.

- Mało czym się stresuję. Nie uzewnętrzniam stresu, a kiedy stoję przed kamerą, stresu w ogóle nie czuję - mówi Krzysztof Bąk, reporter Polsat News. Ale też pracuje on w newsach od lat.

CZYTAJ TAKŻE: "Wprost”: Mobbing i oferty seksualne. Kamil Durczok molestował seksualnie swoje podwładne

Sytuacje na materiałach bywają różne. Na pielgrzymce Radia Maryja zawsze usłyszy, że "Polsat kłamie", ale jeszcze gorzej mają ci w TVN. Kiedy relacjonowali protesty górników pod Jastrzębską Spółką Węglową, w powietrzu latały śnieżki i butelki z wodą. Słyszał, że kłamią, że są gorole, pedały. A nawet, że "sąsiad je… mu żonę".

- Absolutnie mnie to nie stresuje. Największy stres to pytanie, czy zdążę z materiałem i czy zdołam udokumentować materiał - opowiada. - Ostatnio jednak wszystkim nam było ciężko. Nawet tym doświadczonym - zaznacza. Wszystkim trzęsły się głosy i kolana.
- Kiedy? - dopytuję.

- Jak runęła kamienica w Katowicach, a pod gruzami zginęli Brygida i Darek. Znamy się wszyscy, nie było łatwo mówić o ich śmierci - mówi.

Bo przecież relacjonuje się różne historie, bywa, że wstrząsające, pełne emocji - tak pozytywnych, jak negatywnych. Tu liczą się doświadczenie, obycie, umiejętność radzenia sobie z samym sobą.

Stres bywa czasami paraliżujący, żeby nie powiedzieć ogłupiający, zwłaszcza dla młodych, początkujących dziennikarzy. Jeden z tabloidów. Zwyczajem było robienie w nim sondy wśród targetu (czyli czytelników). Do krótkiej wypowiedzi trzeba było dosłać optik (czyli zdjęcie) wypowiadającego się targetu. Jeden z dziennikarzy pracujących w oddziale gazety przepytał target, wysłał tekst i optiki. Brakowało tylko jednego zdjęcia, bo odpytywany nie chciał się na nie zgodzić. Ale mówił ciekawie. W centrali, czyli Warszawie, uznali, że to najlepsza wypowiedź. Dzwonią do dziennikarza.

- Musisz dosłać ten optik - centrala.
- Nie da rady, nie zgadza się - dziennikarz.
- Musisz dosłać - centrala.
- Naprawdę się nie da - dziennikarz.
- Ku…, na już to zdjęcie, słyszysz, ku…, na już - centrala z hukiem odkłada słuchawkę.

Dziennikarz omal nie zasłabł. Zaczynał pracę w redakcji, nikt go w centrali nie znał. Wysłał do sondy swoje zdjęcie.

Wideo

Materiał oryginalny: Tu "ku…y" i "ch…" są na porządku dziennym, czyli jak wygląda praca w newsach - Polska Times

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Jeżeli tak ma wyglądać organizacja pracy w redakcji. Procedury. Przygotowanie kadr, ich wiedza, odporność na stres i relacje międzyludzkie - to ja jestem przerażony. Z takiego stanu rzeczy - braku profesjonalizmu, kultury osobistej - dostajemy informacje o otaczającym nas świecie. Budujemy swoje opinie, poglądy, oceniamy instytucje, innych ludzi. Po tym artykule - nie wiem jaki był jego cel - wzbudzenie u czytelnika współczucia? - wiarygodność mediów pikuje w dół!!!
s
spokojny
Weźcie nie przestańcie powtarzać, że „to taki straszny stres jak się przygotowuje wiadomości”.
Gdzie ta „straszność"? Się przygotowuje i się przekazuje.

Nikt od tego nie umrze czy wiadomość będzie parę minut wcześniej czy parę minut później.
Stres to ma chirurg krojący człowieka albo pilot samolotu lądującego we mgle czy górnik,
któremu wybucha gaz w kopalni.
Jaki stres może mieć dziennikarz?
Dodaj ogłoszenie