Tomaszewski: Fornalik otrzymał zgliszcza futbolowe. W meczu z Anglią będzie okazja do rehabilitacji

Tomasz Biliński
Bartek Syta/Polskapresse
- Waldek Fornalik otrzymał zgliszcza futbolowe. Nie mówię tylko o formie sportowej, ale też psychicznej. Teraz nadarza się jednak wymarzona szansa na rehabilitację - mówi Jan Tomaszewski, legendarny bramkarz reprezentacji Polski, w rozmowie z Tomaszem Bilińskim.

Gdy pytają Pana o Anglię, jakie wspomnienia wracają?
Jedne. Grając przeciwko Anglii, Hiszpanii, Niemcom, Brazylii czy Argentynie można przemienić się z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia. I tak właśnie stało się wtedy na Wembley. Pojechaliśmy tam na zasadzie nie kto wygra, tylko ile przegramy. Anglicy byli przekonani, że nas rozniosą. Przecież oni trzy tygodnie przed spotkanie z nami rozgromili Austrię 7:0. My jednak pokazaliśmy, że piłka nożna jest sportem nieprzewidywalnym i utarliśmy im nosa. Wpływ na to miały dwa nieprawdopodobne atuty. Pierwszy to człowiek, który zatrzymał Anglię, czyli trener Kazimierz Górski, a drugi to to, że byliśmy prawdziwymi Polakami.

Jak to, przecież to Pana okrzyknięto człowiekiem, który zatrzymał Anglię.
No właśnie nie, chciałbym to sprostować. To Pan Kazimierz zatrzymał Anglików. Dlaczego? Ano dlatego, że był to geniusz, papież polskiego futbolu i świetnie poustawiał nas na boisku. Grając wtedy na Wembley, większość z nas po raz pierwszy wystąpiła na zakrytym stadionie, wie Pan, z zakrytymi trybunami. Dla nas to wtedy była nowość, bo w Polsce obiekty były odkryte. Owszem, mieliśmy swój kocioł czarownic w Chorzowie, ale to nie było to, co w Londynie. Sytuacja była taka, że w momencie, gdy gospodarze byli przy piłce, to nie słyszeliśmy swoich myśli, taka była wrzawa! A to, co odbijało się od dachu, spadało na boisko. I pan Kazimierz to przewidział. Tak nas wytrenował, że graliśmy na pamięć. Nie musieliśmy komunikować się werbalnie. I widzi pan, ja w tym meczu popełniłem wiele błędów, ale moi koledzy mnie asekurowali. Oni byli tak zaprogramowani, że jak ja wychodziłem na przedpole, aby walczyć z dwumetrowymi Anglikami, oni byli za mną. Bo wiadomo, raz taki pojedynek wygrałem, raz przegrałem. Martin Chivers i Martin Peters nieraz strzelali, ale dzięki moim kolegom z drużyny nie traciliśmy bramek. Oczywiście nie mówię, że ja nic tam nie obroniłem, bo niejednokrotnie we mnie też trafiali, ale zwycięstwo to zasługa pana Kazimierza i zawodników, których idealnie ustawił na boisku i którym wpoił zasadę gry jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

A nie jest tak, że jest już Pan zmęczony tą legendą?
Ależ skąd! To dla mnie ogromna przyjemność. Tym bardziej, że dwa lata wcześniej byłem najpopularniejszym człowiekiem w Polsce, tyle że w sposób negatywny. Po meczu z RFN pół kraju chciało mnie powiesić, a drugie pół wygnać na banicję. Odbudowałem się jednak, zrobiłem wszystko, żeby do tej reprezentacji wrócić. Wtedy grali w niej sami Polacy, a inaczej się gra dla swojej ojczyzny, a inaczej jak się jest najemcą. Niestety, u nas od pewnego czasu paru ich jest, ale zostawmy to. Chodzi o to, że jak występowaliśmy z orłem na piersiach i w 80. minucie gasło komuś światło przed oczami, to wtedy uruchamiały się te rezerwy z wątroby. Dziś tego nie ma. W porównaniu z drużyną PZPN mieliśmy fenomenalnego Pana Kazimierza i prawdziwych Polaków. Przecież wtedy nie do pomyślenia było, żeby złapać głupią kartkę albo bezmyślnie sfaulować rywala i osłabić swój zespół. A teraz? Robią to zwykle ci, którzy nie sprawdzili się w swoich reprezentacjach i próbują się wypromować u nas.

W hierarchii meczów z Anglikami, które spotkanie stawia Pan wyżej, zwycięstwo 2:0 w Chorzowie czy remis 1:1 na Wembley?
Zdecydowanie w Chorzowie. Tamto starcie pokazało wartość drużyny. Głównie dlatego, że ryzowaliśmy z nimi jak równy z równym, a pewnie wygraliśmy. Wprawdzie panowało takie przekonanie, że Anglia lepiej gra u siebie, a na kontynencie traci trochę swojej wartości, ale tam i tak wciąż grali świetni piłkarze. Wśród nich byli jeszcze mistrzowie świata z 1966 r. Natomiast w spotkaniu na Wembley mieliśmy furę szczęścia. Ale i to jest potrzebne.

Tak jak na początku meczu, gdy niemal podał Pan piłkę rywalowi.
Strasznie wtedy byłem zestresowany. Staliśmy naprzeciwko siebie z Anglikami, bo wtedy tak słuchano hymnów, i mówiłem sobie: "Boże, żeby tylko nie było takiego pogromu jak z Austrią, to ja pięć lat życia oddaję". Na dodatek, żeby osiągnąć korzystny wynik, pan Kazimierz wpajał nam, że im dłużej my będziemy przy piłce, tym krócej oni. Problem był tylko w tym, że moi koledzy z boiska tej piłki zbyt długo trzymać nie mogli, bo zaraz przy nich pojawiali się Anglicy. Ruszyli na nas jak te charty. Zadanie przetrzymania piłki spadło więc na mnie. A muszę przypomnieć, że wtedy przepis był taki, że bramkarz nie mógł poruszać się po polu karnym z piłką w ręku. Musiał ją rzucić sobie pod nogi, podbiec z nią do linii pola karnego, ponownie ją złapać i wybić. Kradło się wtedy kilkanaście sekund. I, wracając do początku meczu, złapałem piłkę po jakimś strzale i, pan sobie wyobrazi, chciałem ją podprowadzić do tego szesnastego metra. Wypuściłem sobie piłkę, a tu nagle z boku pojawiła się biała plama. Nie zauważyłem dwumetrowego Alana Clarke'a! Zabrał mi piłkę, ale na szczęście zdążyłem się na nią rzucić i ją złapać. Gapiostwo przypłaciłem wybitymi palcami, ale to nic. Trafnie po meczu podsumował to Adaś Musiał, który powiedział: "Dobrze, że cię kopnął, przynajmniej się obudziłeś". (śmiech)

Szczęśliwe okazały się też Pana rękawice.
(śmiech) No tak, wtedy nie było takiego sprzętu jak dziś. Przecież w jakich my koszulkach graliśmy? Pomijając niezaprzeczalną wartość, bo była to koszulka reprezentacji Polski, to jednak jakościowo były to... szmatki. Podobnie było z rękawicami. A jako że graliśmy późnym wieczorem, a wiadomo jaka w Anglii jest pogoda, poprosiłem, żeby mi kupili rękawiczki w sklepie malarskim. Takie, wie Pan, nakrapiane gumą, żeby pędzel się nie wyślizgnął. Pamiętam, że dostałem akurat takie z elementami czerwonymi. I grałem w takich, bo co miałem zrobić.

Sprawdziły się świetnie.
A jakże mogło być inaczej?! Zresztą, ja chwyt zawsze miałem dobry, więc w połączeniu z tymi malowanymi rękawicami łapałem wszystko. Poza tym w moich czasach puścić bramkę spoza 16 metrów to był obciach!

Piłki?
Oczywiście, wtedy grało się prawdziwymi futbolówkami. Takimi pięciowarstwowymi, twardymi, ale i mięsistymi. Jak taką piłkę się kopnęło, to ona chwilę leciała. Nie do pomyślenia więc było, żeby jej nie złapać. Później zaczęli wprowadzać różne technologie, czy to piłek, czy butów, i doszło do tego, że od kilku lat te futbolówki śmigają. Ewidentnie tworzone są przeciwko bramkarzom.

Dziś media emocjonują się pojedynkiem Roberta Lewandowskiego z Joe Hartem, wtedy, przed meczem na Wembley, atmosfera była bardziej napięta.
Tak, nas jako zespół nazywali zwierzętami. Indywidualnie ja byłem klaunem, Jurek Gorgoń bokserem, a Grześka Latę odsyłali do lekkiej atletyki. A wie pan skąd się to wzięło? Bo to był ostatni mecz eliminacji do mundialu. W pierwszym meczu przegraliśmy z Walią 0:2. Pamiętam, że po tym spotkaniu siedzieliśmy na kolacji ze spuszczonymi głowami. Byliśmy załamani, bo wydawało nam się, że po porażce na początku takiej grupy nie uda nam się awansować do finałów. W pewnym momencie zrozumieliśmy, że Walijczycy nas stłamsili. Bo przecież u nich niemal wszyscy to rugbyści. Kto nie załapie się do tego sportu, idzie do piłki nożnej. Wtedy powiedzieliśmy sobie: "k..., jak oni przyjadą do nas, to my też ich tak będziemy napier...". I tak zrobiliśmy. Później był zwycięski mecz w Chorzowie z Anglią i rewanż z Walią [wygrany 3:0 - red.]. Oprócz tego, że te spotkania wygraliśmy, pokazaliśmy niesamowitą walkę. I wtedy prasa angielska napisała, że my walczymy jak zwierzęta. Że potrafimy tylko kopać i walczyć. W Anglii taka panowała przez to atmosfera, że jak jechaliśmy na stadion, to kibice nie pokazywali nam jednej ręki tylko dwie. Spodziewali się dwucyfrowego wyniku. A jak weszliśmy zapoznać się z murawą, na trybunach było już 30 tys. ludzi. Wyzywali nas, puszkami zaczęli rzucać.

I się przeliczyli.
Naszą wielkością było to, że się tymi tekstami nie załamaliśmy. Nie poddaliśmy się temu. A szczytem tego wszystkiego był zorganizowany po meczu bankiet, na który zostało zaproszone 600 osób. Okazją do spotkania miał być oczywiście awans Anglii na mistrzostwa świata w 1974 r. I chyba zjawili się na nim wszyscy zaproszeni goście z wyjątkiem angielskich piłkarzy. Pamiętam, że podszedł do nas Helmut Schoen, ówczesny selekcjoner RFN, i nam gratulował. Przyznał, że przybył na ten mecz oglądać gospodarzy, z którymi spodziewał się walczyć na mundialu w Niemczech. Na darmo jednak nie przyjechał, bo w końcu w następnym roku rywalizowaliśmy w jednej grupie.

We wtorek możemy liczyć na równie udane mecze?
Jeśli zawodnicy PZPN, bo do 26 października ta drużyna pozostaje dla mnie tworem związku, nie wykorzystają teraz szansy z taką reprezentacją Anglii, to z jaką to zrobią? Gdyby grał pierwszy skład, na pewno byliby faworytami. A tak nawet punkt będzie dla nich sukcesem. Roy Hodgson ma poważne problemy ze składem. Nie ma z różnych powodów Franka Lamparda, Johna Terry'ego, Rio Ferdinanda, Theo Wallcotta. Oczywiście ci, których trener ma do dyspozycji, to wciąż piłkarze światowej klasy, ale jednak niezgrani. I to pokazał mecz z Ukrainą [1:1 - red.]. Dlatego teraz jest jedyna szansa, żeby zmazać plamę po Euro 2012.

Piłkarzy, których ma selekcjoner, stać na to?
Niestety, ale Waldek Fornalik otrzymał zgliszcza futbolowe. Nie mówię tylko o formie sportowej, ale też psychicznej. Każdy z graczy, którzy zajęli ostatnie miejsce w najsłabszej grupie mistrzostw Europy muszą czuć niedosyt. Teraz nadarza się jednak wymarzona szansa na rehabilitację.

To kto zatrzyma Anglię?
Ja postawiłbym na Tomasza Kuszczaka. Zna angielską piłkę lepiej niż własną kieszeń. A napastników Manchesteru United zna lepiej niż Edwin Van der Sar, bo przecież na spokojnie mógł ich obserwować w meczach i na treningach.

W bramce prawdopodobnie stanie jednak Przemysław Tytoń, zwłaszcza że bronił w meczu z RPA.
Uważam, że jeśli prawdą jest, że trwa rywalizacja między bramkarzami o to, kto zagra, to kolejny błąd Fornalika. Powinno to wyglądać tak, że na początku zgrupowania trener mówi, kto będzie bronił. Ten wybrany skupia się na rywalu, a rezerwowy mu w tym pomaga. A tak niepotrzebnie tworzy się chorą sytuację. Poza tym, co do Przemka, on miał swoje pięć minut podczas Euro 2012. Bo proszę mi powiedzieć, czy Dick Advocaat jest sabotażystą? Skoro nie wystawia do gry Tytonia, to coś w tym musi być. No, chyba że holenderski trener się nie zna. Ale w to nie wierzę.

Joe Hart to obecnie najlepszy bramkarz na świecie?
Jest w czwórce - Iker Casillas, Gianluigi Buffon, Manuel Neuer i on. Broni fenomenalnie i, co ważne, widać, że koledzy mu ufają. Od czasów Gordona Banksa żaden bramkarz nie miał takiego zaufania wśród Anglików co on. Tyle że jest między młotem a kowadłem, bo on jest świetny, ale z defensywą w takim składzie jeszcze nie grał.

Jaki będzie wynik?
Anglicy strzelą dwa gole, my też.

Wideo

Materiał oryginalny: Tomaszewski: Fornalik otrzymał zgliszcza futbolowe. W meczu z Anglią będzie okazja do rehabilitacji - Polska Times

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

B
Benio

widzę że też jesteś "ministrantem " WODZA.Tylko powiedz na jaki haczyk cię złapał ?

k
kibic

Po co te ciągłe wywiady z Janem Tomaszewskim? Facet faktycznie "zatrzymał" Anglię (nasz Tytoń też obronił karnego), tylko co później osiągnął? Trzykrotnie żonaty, (pewnie żony miały go dość) aktywista PRON popierający, stan wojenny, doradca ministra Jacka Dębskiego (który tak marnie skończył).
Nasz Władysław Żmuda złożył wniosek o wykluczenie Jana Tomaszewskiego z Klubu Wybitnego Reprezentanta, przegrany proces z Franciszkiem Smudą, "zakneblowanie" mu ust przez Jarosława Kaczyńskiego, itd, itd.
Czy on ma być wzorem do naśladowania?

R
Rybka

A wy czego dokonaliście w swoim marnym anonimowym życiu w internecie? Potraficie tylko pluć na gościa, który bardzo dobrze zapisał się w historii polskiej piłki nożnej. Po to mamy demokrację, żeby każdy mógł mówić co mu się podoba. W porównaniu z Tomaszewskim jesteście chamskimi pomiotami. Tomaszewski głosi swoje poglądy jawnie, a wy obsrywacie ludzi anonimowo.

B
Benio

kurde,jakbym słuchał WODZA Jarka.

k
kibic

aby to PRONcie piss zamilkł raz na zawsze

Dodaj ogłoszenie