To prasie się ufa, nie internetowi

Agaton Koziński
Agaton Koziński
Agaton Koziński Fot. Polskapresse
- Pogłoski o śmierci mainstreamowych mediów są zdecydowanie przesadzone. Sprawa przecieków z WikiLeaks dowiodła tego w pełni - twierdzi prof. Alex Sévigny. Czas, by zamiast BRIC powstało BREU - Agaton Koziński podsumowuje tydzień w świecie idei.

Paryż, Francja

Sarkozy miał rację, atakując Libię. Tak naprawdę zresztą to była jedyna decyzja, jaką mógł podjąć - twierdzi Dominique Moisi, uznany francuski politolog.

Moisi przypomina, że w 2003 r. Francja (razem z Niemcami) bardzo ostro sprzeciwiła się amerykańskiej inwazji w Iraku. Tym razem jednak oba państwa zachowały się inaczej. O ile Berlin znów pozostał wstrzemięźliwy (co Moisiego zresztą dziwi), to Paryż błyskawicznie zaangażował się w działania w Libii. Według politologa wytłumaczenia takiej sytuacji są trzy: Sarkozy, Kaddafi i arabska rewolucja.

Najpierw Sarkozy. "On po to został prezydentem, by podejmować twarde, niepopularne decyzje. On kocha kryzysy i adrenalinę, jakie one wywołują" - pisze Moisi. Ale to niejedyny motyw, dla którego zaangażował się on tak ostro w interwencję w Libii. On także patrzy na Francuzów - a oni jego decyzję oceniają bardzo wysoko, w ten sposób rośnie ich poczucie dumy z własnej ojczyzny. A to dla Sarkozy'ego bardzo ważne w perspektywie przyszłorocznych wyborów prezydenckich, w których będzie ubiegał się o reelekcję.

Druga przyczyna: Kaddafi. Według Moisiego może on uchodzić wręcz za wzór wroga. Jego despotyczny styl rządów budzi tylko niechęć i nikt nie ma ochoty go bronić - choćby za zamach na samolot nad Lockerbie. Tym bardziej że konflikt w Libii wpisuje się w szerszy kontekst Wiosny Ludów w Afryce Północnej. Skoro upadli dyktatorzy w Tunezji i Egipcie, to tym lepiej, że wraz z nimi upadnie też Kaddafi.
Francja, podkreśla Sarkozy, dużo ryzykuje, bo dużo łatwiej zacząć wojnę, niż ją skończyć. Ale brak interwencji w sytuacji, gdy Kaddafi morduje Libijczyków, byłby jeszcze gorszy. Dlatego właśnie Sarkozy podjął słuszną decyzję - podkreśla politolog.

Londyn, Wielka Brytania

Zamiast BRIC powinno powstać BREU - uważa Guy Saxton, brytyjski ekonomista.
BRIC to akronim nazw czterech państw: Brazylii, Rosji, Indii i Chin. Stworzył go w 2001 r. ekonomista Jim O'Neill z banku inwestycyjnego Goldman Sachs. Ta zbitka miała oznaczać zależność, jaką te cztery państwa miały stworzyć i w ten sposób wpłynąć na kształt światowej wymiany handlowej. Według O'Neilla Indie i Chiny - najwięksi producenci świata - potrzebowali Rosji i Brazylii jako największych dostawców surowców naturalnych. I na odwrót - te dwa ostatnie kraje potrzebowały dwóch pierwszych, by te surowce mieć gdzie sprzedawać. Ta przepowiednia, choć miała się w pełni sprawdzić dopiero w połowie tego stulecia, już nabrała mocy politycznej - od 2006 r. przywódcy państw BRIC organizują własne szczyty. Tyle że - jak pisze Saxton - Brazylia i Rosja wcale nie muszą być do końca usatysfakcjonowane takim układem. Te państwa wcale nie zamierzają być tylko i wyłącznie dostarczycielem surowców.

Chciałyby także produkować na ich bazie i dostarczać innym krajom już gotowe wyroby, także zaawansowane technologicznie. Czynią zresztą już pierwsze kroki w tym kierunku, na przykład brazylijski koncern naftowy Petrobas wyda w ciągu pięciu lat 220 mld dol. na inwestycje w badania nad plastikiem.
Zresztą to nie jedyna przyczyna, dla której przepowiednia mówiąca o BRIC jako grupie państw rządzącej światem musi się sprawdzić. Inną są USA. Waszyngton od dłuższego czasu zacieśnia współpracę z Pekinem. Dziś oba kraje, określane mianem G2, wytwarzają 30 proc. światowego PKB i zużywają 26 proc. surowców energetycznych. Ta współzależność jest tak silna, że Chiny wcale nie muszą być zainteresowane kooperacją w ramach BRIC. I to właśnie, według Saxtona, jest szansa na powołanie do życia BREU.
BREU to nic innego jak synteza Unii Europejskiej z Rosją i Brazylią. Saxton proponuje, by Bruksela podpisała z Moskwą i Brasílią umowę o wolnym handlu. Ona dałaby obu tym krajom dostęp do europejskich rynków zbytu i szansę na sprzedaż na nich nie tylko własnych surowców, ale także swoich produktów. Unia by skorzystała choćby na ożywieniu własnych rynków finansowych - uważa brytyjski ekonomista.

Ottawa, Kanada

Pogłoski o śmierci mainstreamowych mediów są zdecydowanie przesadzone. Sprawa przecieków z WikiLeaks dowiodła tego w pełni - twierdzi prof. Alex Sévigny, medioznawca z McMaster University.
Twierdzenie, że blogi, mikroblogi, portale społecznościowe czy strony z informacjami tematycznymi zabijają główne media, pojawia się coraz częściej.

Przykładem takiego medium jest m.in. WikiLeaks, czyli portal tworzony de facto na zasadzie dziennikarstwa obywatelskiego. Ale tak naprawdę właśnie ten portal, a dokładnie ujawnione na jego łamach przecieki z amerykańskiej korespondencji dyplomatycznej, dowiodły, jak ważne są najważniejsze gazety z głównego nurtu. Z dwóch względów. Po pierwsze, WikiLeaks nigdy nie zdołałaby sama tak bardzo nagłośnić tych przecieków, gdyby nie zdobyła wsparcia najważniejszych tytułów świata. Tak naprawdę to one opisały całą sprawę, a nie niewielki portal. Po drugie, świat uwierzył w te przekazy właśnie dlatego, że pisały o nich gazety, którym ufali ludzie. Bez tego uwiarygodnienia tak wielkiego sukcesu by nie było.

Ta zasada działa właściwie za każdym razem. Teoretycznie w internecie można znaleźć każdą informację. Ale wcześniej trzeba wiedzieć, jakie hasło wstukać w wyszukiwarkę, by ją znaleźć. Na tym właśnie polega rola najważniejszych mediów - one stanowią formę bramy, która przesiewa informacje i podaje te najważniejsze i najbardziej wiarygodne.

Tradycyjne media, argumentuje prof. Sévigny, mają bowiem wielką przewagę nad internetem: cieszą się zaufaniem odbiorców. Dlatego trudno będzie generatorom informacji pokroju Google News czy Huffington Post przebić zwykłe, drukowane gazety. Sprawa przecieków z WikiLeaks dowiodła tego w pełni. Pytanie, jak wydawcy prasy to zaufanie wykorzystają w przyszłości - konkluduje Sévigny.

Wideo

Materiał oryginalny: To prasie się ufa, nie internetowi - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie