Sztuka kochania po polsku

Monika Krężel
Czy to możliwe, że w czasach siermiężnego socjalizmu byliśmy seksualną potęgą? O tak! Sława Wisłockiej, książki polskich seksuologów tłumaczone na wiele języków i programy telewizyjne uczyniły z nas wiodący kraj w dziedzinie seksu. Ech, łza się w oku kręci, bo cóż dzisiaj pozostało z tej wielkości? O seksie w PRL-u pisze Monika Krężel

Rok 1976. Wychodzi "Sztuka kochania" Michaliny Wisłockiej. Książka ma tak oszałamiające powodzenie, że błyskawicznie znika z księgarń, choć w oczach recenzentów nie od razu znajduje uznanie.

Autorem przedmowy był prof. Andrzej Jaczewski, wybitny seksuolog, jeden z założycieli pierwszej w Polsce poradni rodzinnej dla młodzieży zajmującej się poradnictwem seksuologicznym czy antykoncepcyjną. Profesor znał Michalinę Wisłocką, byli zaprzyjaźnieni.

- Napisałem pozytywną recenzję jej książki. Wśród 12 recenzji, tylko dwie były pozytywne - wspomina. Polskie wydania "Sztuki kochania" osiągają w sumie nakład 7 mln egzemplarzy. To tyle, jakby każdy współczesny Słowak dostał książkę Wisłockiej, a dodatkowo dwa miliony i tak nie miałyby co czytać. (To więcej niż liczba mieszkańców dzisiejszej Słowacji). Najpierw w Związku Radzieckim, a potem w Rosji nakłady wynoszą razem 5 mln egzemplarzy. "Wisłocka" zawędrowała nawet do Chin. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że książka zmieniła życie seksualne Polaków. Nigdy wcześniej nie wydano książki z rysunkami pozycji seksualnych...

Nazwisko autorki było na ustach wszystkich dorosłych Polaków. - Poznałam ją osobiście na jednym z występów naszego kabaretu. Byłam zaskoczona jej wyglądem - wspomina Joanna Bartel, artystka kabaretowa.

- Starsza, skromna pani w pocerowanych rajstopach. Na głowie miała chyba chustę. Podeszłam do niej, spytałam w czym jej pomóc, a ona do mnie, że nazywa się Michalina Wisłocka i nie wie, gdzie ma iść, bo na występ kabaretu zaprosił ją Tadeusz Drozda. Przywitałam się z nią i zaprosiłam na salę. Pomyślałam sobie wtedy, jak to możliwe, że ktoś tak skromny uczy Polaków seksu. Każdy pewnie przypuszczał, że to musi być jakaś seksidama - opowiada.

W latach 70. ubiegłego wieku Polacy mieli już wprawę, jeśli chodzi o poważne wiadomości o seksie. Z kiosków błyskawicznie znikał tygodnik "Razem", w którym była rubryka Ars Amandi (łac. sztuka kochania). Seksuolodzy udzielali w niej porad, odpowiadali na listy. Żeby dostać "Jestem" z felietonami "Kultura seksualna" pióra Andrzeja Jaczewskiego trzeba było założyć teczkę.

Na łamach tygodnika ITD, a potem "Razem" i "Kulis" problemy związane z seksualnością tłumaczył prof. Zbigniew Lew-Starowicz. - Było tego chyba ze dwa tysiące odcinków, miałem szpaltę w gazecie. Całe pokolenie na tym się wychowało - mówi dzisiaj profesor Zbigniew Lew-Starowicz.

O tym, jak byliśmy wyzwoleni świadczy nawet... ówczesny program telewizyjny. Przez 27 lat na antenie i to w godzinach dopołudniowych utrzymały się "Sprawy piętnastolatków" dla młodzieży siódmych klas szkoły podstawowej. - Było w nim o rozwoju, dojrzewaniu, rodzinie, prokreacji i seksie - wylicza prof. Jaczewski, który go prowadził. - Robił furorę, nawet obcokrajowcy byli zachwyceni.

Pojechałem kiedyś na międzynarodową konferencję do Bambergu. Koledzy z innych państw mówili mi, że chcieli coś podobnego wprowadzić u siebie. Jednak próby kończyły się awanturą. Ja miałem nawet tego programu po dziurki w nosie, ale za każdym razem pokazywano mi słupki oglądalności. Łamałem się więc i prowadziłem dalej.

Oprócz tego była jeszcze "Telewizyjna poradnia młodych". Na listowne pytania młodzieży (pewnie nie tylko) odpowiadali eksperci: seksuolog, psycholog, a nawet sędziowie. Jeśli ktoś chciał, mógł się dokształcić na własną rękę. Na rynku była przecież "Kamasutra" i "Seks partnerski" prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza. Z wypiekami na twarzy niektórzy pochłaniali "Pamiętniki Fanny Hill", "Raz w roku w Skiroławkach" Zbigniewa Nienackiego, choć literaturę popularną trzeba oddzielić od poważnych poradników.
Ba, w czasach PRL-u mieliśmy jedną z najlepszych w Europie poradni rodzinnych. Kontynuowała tradycje założonego w międzywojniu przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego Towarzystwa Świadomego Macierzyństwa. Ta organizacja miała poradnie w terenie, wydawała miesięcznik "Problemy rodziny", a nawet produkowała globulki antykoncepcyjne. Robiło to przedsiębiorstwo "Securitas" założone przez towarzystwo. - Niczego innego wówczas nie było, więc dobre było i to - komentują dzisiaj lekarze.

Nie da się ukryć, że polscy seksuolodzy to zawsze była i jest pierwsza liga. Prof. Zbigniew Izdebski jest w składzie Rady Naukowej Instytutu Kinseya. To pierwszy na świecie instytut, który przeprowadził badania nad seksualnością ludzi. Wyniki opublikował w formie raportu już w latach 40. Co ciekawe, Instytut bardzo chwali Polskę. Podobno w całym świecie nie ma kraju, który przeprowadza tak dobre i regularne badania na temat seksualności jego mieszkańców.

Złe czasy dla polskiego seksu nadeszły tuż po przełomie 1989 roku. Choć zalała nas zachodnia literatura, seks shopy, a programy satelitarne pękały od rozbieranych programów.
Prof. Andrzej Jaczewski wiele lat temu na jednej z konferencji w Katowicach powiedział: "Byliśmy kiedyś jednym z wiodących krajów w zakresie wychowania seksualnego. Powoli stajemy się skansenem Europy".

- Dalej jesteśmy tym skansenem - mówi dzisiaj prof. Andrzej Jaczewski. - Nie mamy wielu osiągnięć na tle innych państw europejskich, mogliśmy się pochwalić chociażby w tej dziedzinie. Jednak tak się nie stało - żałuje.

Inną opinię ma prof. Zbigniew Izdebski. - Nie jesteśmy skansenem, ale nie dlatego, że mamy tak dobrą edukację seksualną w szkołach, ale dlatego, że pojawiły się inne metody zdobywania wiedzy. Nastąpił duży wzrost wiedzy na temat świadomości seksualnej, zwłaszcza kobiet. Zawdzięczamy to czasopismom i internetowi, w którym są nie tylko dobre, ale i złe rzeczy. Jednak młody człowiek patrząc przez pryzmat internetu może mieć poczucie, że na przykład wszyscy wokół uprawiają seks. A to nieprawda. Lekcje w szkole na pewno by pomogły w uporządkowaniu wiedzy - uważa profesor.
- Nowoczesne wychowanie seksualne było u nas do lat 90. Teraz nie ma nawet perspektyw, żeby coś się zmieniło - macha ręką prof. Zbigniew Lew-Starowicz. - Ubolewam, że tak się stało, a wykształciliśmy przecież kadrę.

W Katowicach, przy Akademii Wychowania Fizycznego działało Podyplomowe Studium Wychowania Fizycznego. Przedmiotami były m.in.: seksualizm człowieka, Kościół katolicki wobec zagadnień wychowania seksualnego, typowość i inność, problematyka antykoncepcji, seks osób niepełnosprawnych, erotyzm w kulturze i sztuce, obraz zachowań seksualnych człowieka. Wykładało tam kilku księży. Niestety, studium upadło, bo absolwenci nie znaleźli pracy.

- Dyrektorzy nie chcieli ich zatrudniać, wolą katechetów - mówi wprost prof. Andrzej Jaczewski. - Tą dziedziną zarządza agresywnie Kościół. Przy diecezjach można odbyć kurs, dostaje się zaświadczenie i można uczyć w szkole - dodaje. Warszawskie studium założone przez profesora jeszcze istnieje, ale z roku na rok ma coraz mniej chętnych...

W szkole wychowanie seksualne nie istnieje nawet na papierze. - A ono świetnie funkcjonowało w czasach PRL-u. Naprawdę to nie była lipa. Skończyło się razem z rządem Mazowieckiego - mówi prof. Jaczewski.

Gdy przedmiot miał być wprowadzany do szkół, ministerstwo edukacji zaproponowało go najpierw tytułem eksperymentu. Okazało się, że od razu zgodziło się nań ponad 2 tys. szkół. Uczniowie korzystali z podręcznika Wiesława Sokoluka "Wychowanie do życia w rodzinie". Książka była śmiała, odważnym treściom towarzyszyły m.in. rysunki pozycji seksualnych, co wywołało oburzenie. Szybko została wycofana ze szkół. Gorszy los spotkał "Kocha, lubi, szanuje", czyli świetny podręcznik napisany przez profesorów Andrzeja Jaczewskiego i Zbigniewa Izdebskiego.

- Został przemielony. W księgarniach w ogóle nie schodził, był zabroniony przez katechetów. Był naprawdę dobry, a ja liczyłem, że wreszcie coś zarobię na tym seksie - śmieje się 81-letni prof. Jaczewski.

Co ciekawe, książki, które profesor napisał w latach 60. ubiegłego wieku, są nadal wznawiane. "O chłopcach dla chłopców", "O dziewczętach dla dziewcząt" pobiły rekordy w liczbie wydań. - Nie jest łatwo napisać książkę, trzeba umieć trafić do młodego odbiorcy - uważa autor.

- Ja byłem instruktorem harcerskim. Wiem, jak rozmawiać z młodzieżą - dodaje. Nie da się ukryć, że książki profesora były czołowymi pozycjami, odegrały olbrzymią rolę nie tylko w PRL-u. Napisał kilkadziesiąt pozycji, które tłumaczono m.in. na angielski, niemiecki, czeski, rosyjski, włoski.

Polscy seksuolodzy nie poprzestają na sławie poprzedniej epoki. Cały czas coś wydają, piszą, robią badania, są zapraszani jako eksperci na wykłady, międzynarodowe kongresy. Jedno z wydawnictw wkrótce opublikuje wywiad-rzekę na temat kobiet z prof. Zbigniewem Lwem-Starowiczem. Z kolei prof. Zbigniew Izdebski przygotowuje monografię dotyczącą seksualności człowieka u progu XXI wieku.

- Będzie liczyła około 1000 stron, wyda ją Uniwersytet Jagielloński - zapowiada prof. Izdebski.
Wkrótce wyjdzie nowa "Kamasutra". Bez rysunków i ilustracji pozycji seksualnych. Będzie ją można tylko poczytać.

Wideo

Materiał oryginalny: Sztuka kochania po polsku - Dziennik Zachodni

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
pieklik

Czy wiecie jaka jest najpiękniejsza gra na świecie? Ta miłość co ją Lepper uprawia w klozecie!

Dodaj ogłoszenie