Szpakowski: Trema jest zawsze. Im dłużej człowiek pracuje, tym więcej ma do stracenia

Jacek SrokaZaktualizowano 
- Trema jest zawsze, bo im dłużej człowiek pracuje, tym więcej ma do stracenia. Na doświadczeniu nie ma co bazować - mówi Dariusz Szpakowski, najpopularniejszy komentator piłki nożnej w Polsce, w rozmowie z Jackiem Sroką.

Ładny jubileusz będzie Pan obchodził w Brazylii. To już Pana dziesiąty mundial w dziennikarskiej karierze.
Powiem szczerze, że faktycznie ładny, choć żeby nie było tak całkiem słodko, to jest ponoć dziennikarz z Peru, dla którego będą do 15 piłkarskie mistrzostwa świata. On jednak musiał bardzo wcześnie zacząć, skoro mnie skompletowanie swojej dziesiątki mundiali zajęło 36 lat zawodowego życia.

Po raz pierwszy pojechał Pan na mistrzostwa świata w 1978 r. do Argentyny jako wysłannik Polskiego Radia.
Jako radiowiec byłem nie tylko w Argentynie, lecz także cztery lata później w Hiszpanii. Dopiero do Meksyku w 1986 r. pojechałem jako wysłannik TVP i przyznam szczerze, że było to dla mnie duże wyzwanie, bo był to mój pierwszy telewizyjny mundial i pierwszy bez legendarnego Jana Ciszewskiego.

Wróćmy na chwilę do tej Argentyny. Pamięta pan coś jeszcze z tego turnieju po tylu latach?
Byłem w Argentynie w specyficznym czasie. Krajem rządziła junta wojskowa generała Videla, a nas ostrzegano przed wyjazdem, żeby sobie z pewnych rzeczy publicznie nie żartować. Na stadionach byli żołnierze z bronią. Sam turniej był jednak sportowym świętem Argentyńczyków, którzy zdobyli tytuł mistrzowski. Junta pozwoliła Argentyńczykom wyjść na ulice, co wtedy nie zdarzało się często, i świętować ten sukces. Radość była tak wielka, że pamiętam, iż po finale razem z Jankiem Cieszewskim i Jurkiem Budnym wracaliśmy do hotelu ze stadionu chyba sześć godzin, bo nie było szans, aby złapać jakąś taksówkę, gdyż wszyscy świętowali, skandując: "Arhentina, Arhentina", a z głośników płynęły fragmenty relacji komentatorów opisujących bramki strzelane przez gospodarzy Holendrom.

Mówi się, że w Ameryce Łacińskiej futbol jest prawdziwą religią. To właśnie w tej części świata wybuchła zresztą kiedyś prawdziwa wojna futbolowa. Czy rzeczywiście kibice reagują na stadionach w tej części świata tak emocjonalnie?
Coś w tym jest. Kibice z innych krajów chętnie zapożyczają jednak te latynoskie zwyczaje. W Argentynie przybyszów z Europy zaszokowało rzucanie przez miejscowych fanów na boisko konfetti i serpentyn. Każdy mecz gospodarzy zaczynał się od uprzątnięcia boiska z papierów rzucanych przez kibiców. Po mundialu w 1986 r. nowością stała się meksykańska fala złożona z kibiców wstających po kolei na sektorach i obiegająca wielokrotnie cały stadion.

Kolejnymi pańskimi mistrzostwami świata były te w Hiszpanii. Mimo panującego wówczas w Polsce stanu wojennego był to chyba najradośniejszy mundial z tych dziesięciu, bo zakończony sukcesem biało-czerwonych?
Turniej z Polakami jest zupełnie inny niż ten, na którym brakuje naszych. My żyjemy tą reprezentacją, a zawody nabierają biało-czerwonego kolorytu. W Hiszpanii piłkarze powtórzyli sukces drużyny Kazimierza Górskiego z 1974 r., zajmując trzecie miejsce. Pamiętam, że miałem świetny kontakt z zawodnikami trenera Antoniego Piechniczka. Ze względu na stan wojenny kontakt z krajem był utrudniony, a my mieliśmy całodobowe łącze z rozdzielnią radiową, więc piłkarze przychodzili do nas, by za naszym pośrednictwem łączyć się z domami. Byłem takim powiernikiem domowych radości czy kłopotów, bo wychodząc z tego pokoju radiowego, tym wszystkim, co działo się w ich rodzinach, się z nami dzielili. Dzięki temu byłem jedynym dziennikarzem, który wszedł do autokaru po słynnym spotkaniu ze Związkiem Radzieckim, które dało nam awans do najlepszej czwórki świata. W archiwum Polskiego Radia jest pewnie gdzieś jeszcze ta taśma, na której słychać śpiewy drużyny i tę wielką radość z wyeliminowania Wielkiego Brata. Pamiętam, że były nawet tańce, ale one oczywiście się nie nagrały. (śmiech)

Biało-czerwoni pojechali jeszcze na kolejny mundial do Meksyku, który zakończył się dużo gorszym wynikiem niż ten w Hiszpanii, a Pan miał swój udział w słynnej klątwie Piechniczka, który obwieścił, że na kolejny udział w MŚ przyjdzie nam bardzo długo poczekać, bo słowa te padły w przeprowadzanym przez pana pomeczowym wywiadzie w studio TVP.
Miałem ogromne obawy, czy w ogóle dojdzie do tej rozmowy, bo na stadionie w Guadalajarze, gdzie przegraliśmy 0:4 z Brazylią i odpadliśmy z mundialu w 1/8 finału MŚ, studio unilateralne było w zupełnie innej części niż stanowiska komentatorskie, a gości na miejsce doprowadzał oficer prasowy FIFA. Zbyszek Boniek obiecał mi wcześniej, że będzie, mówiąc: "Darek, nawet jak odpadniemy, na pewno przyjdę". Zibi słowa dotrzymał. Przyszedł też trener Piechniczek. Obaj w tej rozmowie na antenie stwierdzili, że życzą następnym polskim drużynom, żeby osiągnęli w mundialu tyle co oni. No i wykrakali, bo na następny awans Polaków do finałów MŚ przyszło nam czekać aż 16 lat.
Jak wyglądały te trzy kolejne turnieje bez udziału biało-czerwonych?
Na pewno dla nas, jako Polaków, były smutniejsze, bo brakowało nam obecności naszej reprezentacji. We Włoszech w 1990 r. większość spotkań komentowałem razem ze Zbyszkiem Bońkiem i pamiętam, że czy to na stadionie, czy w drodze na mecze co chwilę musieliśmy się zatrzymywać, bo ciągle ktoś chciał od Zibiego autograf, zdjęcie. To świadczyło o tym, jak wielką popularnością cieszył się w Italii Boniek nawet po zakończeniu kariery. W trakcie tego mundialu razem z grupą polskich dziennikarzy miałem zaszczyt uczestniczyć w Rzymie w spotkaniu z Janem Pawłem II i bardzo przeżyłem tę audiencję u naszego papieża. Cztery lata później w USA był taki mundial piknikowy. Byłem zdziwiony tym, że kibice przyjeżdżali na mecz, wyjmowali ze swoich pikapów przenośne grille, rozkładali je i smażyli te swoje steki. Tak to właściwie wyglądało przez cały turniej. W 1998 r. we Francji szok, zresztą chyba nie tylko ja, przeżyłem przed samym meczem finałowym, gdy okazało się, że w składzie Brazylii nie ma Ronaldo. Wszyscy zaczęliśmy szukać brazylijskich dziennikarzy, żeby dowiedzieć się, o co chodzi, ale oni też nic nie wiedzieli. Potem drużyna "Canarinhos" wyszła na rozgrzewkę i Ronaldo pojawił się na murawie. Do dziś mam oba protokoły z meczu finałowego - z Ronaldo i bez. Okazało się jednak, że jego obecność nie miała większego znaczenia, bo Francja wygrała ten mundial w wielkim stylu.

W dwóch kolejnych mundialach w Korei Południowej i Niemczech Polacy zagrali, ale ich scenariusz był podobny, bo nasza reprezentacja jako jedna z pierwszych żegnała się z mistrzostwami już po fazie grupowej.
Zarówno w przypadku kadry Jerzego Engela, jak i kadry Pawła Janasa kluczowe dla dalszych losów biało-czerwonych były porażki w pierwszych meczach turniejów. Przegranie pierwszych meczów odpowiednio z Koreą Południową i Ekwadorem oznaczało, że kolejne spotkanie było spotkaniem o wszystko. Niestety zarówno w Azji, jak i cztery lata później w Niemczech te pojedynki też przegraliśmy, a druga porażka oznaczała pożegnanie z mundialem. Szkoda, że tak to wyglądało, bo nadzieje kibiców tak długo czekających na zakwalifikowanie się Polaków do turnieju finałowego były ogromne. Pamiętam ten radosny powrót kadry do Warszawy ze Stadionu Śląskiego po wywalczeniu awansu do MŚ w Korei Płd. i Japonii, pamiętam kibiców w Niemczech, którzy tak licznie wspierali naszych piłkarzy na tym mundialu skandujących najpierw słowo na "ch", a później frazę "z wynikami, Polacy jesteśmy w Wami". Niestety oba starty skończyły się identycznie.

Przed czterema laty w RPA naszej drużyny znów zabrakło. Co panu utkwiło w pamięci z pierwszego w historii afrykańskiego mundialu?
Głównie brak poczucia bezpieczeństwa. Kontrola przy wejściach na stadiony mistrzostw była iluzoryczna, więc na trybuny można było wnieść niemal wszystko. W dodatku sprzedawano na nich piwo w butelkach i zdarzało się, że kibice obrzucali się tymi butelkami. To był jednak przede wszystkim mundial wuwuzeli. Te trąbki zagłuszały dosłownie wszystko. Zupełnie nie było słychać dopingu kibiców i dziwiliśmy się, że FIFA nie zakazała ich sprzedaży. Dźwięk wuwuzeli podwojony w słuchawce komentatorskiej sprawiał, że momentami rozsadzało mi głowę.

Po 36 latach od swojego pierwszego mundialu i dziewięciu zaliczonych turniejach odczuwa Pan jeszcze tremę przed kolejnymi mistrzostwami?
Jedziemy trochę w nieznane, więc jest parę obaw o to, czy wszystkie połączenia samolotowe będą o czasie, czy zdążymy dojechać na mecze, bo dla komentatora bycie wcześniej na stadionie jest równie ważne jak posiadanie łącza z krajem i składu grających drużyn. Trema jest zawsze, bo im dłużej człowiek pracuje, tym więcej ma do stracenia. Na doświadczeniu nie ma co bazować, choć oczywiście zawsze można sięgnąć do wspomnień, przypomnieć zdarzenie z przeszłości, którego było się świadkiem. Mundial w Brazylii jest dla mnie kolejnym wyzwaniem, któremu trzeba sprostać i stanąć na wysokości zadania, czyli wykonać swoją pracę jak najlepiej.

Jak wyglądają Pana przygotowania do takiej imprezy? W dobie internetu jest chyba dużo łatwiej niż kiedyś zdobyć informacje na temat drużyn, których mecz będzie pan komentował.
Na stronie FIFA są statystyki meczów obu drużyn, mnóstwo informacji można znaleźć w zagranicznych gazetach - nawet jak człowiek nie zna akurat tego języka, to za pomocą internetu można to wszystko przetłumaczyć. Na stadionie są dostępne dla dziennikarzy materiały prasowe zawierające liczne ciekawostki. Zawsze jednak jest dylemat, na ile zarzucać widza tymi wszystkimi ciekawostkami. Jeśli widowisko jest ciekawe i mecz trzyma wszystkich w napięciu, to nie ma sensu zawracać ludziom głowy statystykami. One czasem wręcz irytują, bo najważniejsze jest to, co się stanie, a nie to, co już było. Jak przechodziłem z radia do telewizji, to starsi koledzy wpajali mi tę najważniejszą zasadę różniącą oba media. "Darek, ludzie widzą na ekranie, co się dzieje, więc nie opisuj tego, daj im trochę odpocząć" - słyszałem. W radiu sprawozdawca musi "malować słowem", by oddać atmosferę zawodów, w telewizji jest tylko dodatkiem do obrazu.
Na piłce i medycynie w Polsce znają się wszyscy. Każdy kibic ma też ulubionych komentatorów i tych, których słuchać nie lubi. Pan przez lata pracy dorobił się licznej rzeszy fanów, ale też sporej grupy osób nieprzepadających za pana stylem narracji. Jak Pan reaguje na krytykę pod swoim adresem?
Jeśli ktoś rozmawia ze mną w sposób konkretny, to zawsze można o tym podyskutować. Jestem świadomym człowiekiem i gdy zdarzy mi się, że popełnię błąd, to się do niego przyznaję. W Polsce jednak często chcemy być bardziej święci od papieża. Te nasze ciągłe dyskusje nad wymową zagranicznych nazwisk. Zupełnie inaczej nazwisko Xavi wymówi Katalończyk, a inaczej mieszkaniec innej części Hiszpanii, tymczasem my robimy z tego jakiś ogromny błąd. Gdy pytałem Niemców o Matthaeusa, to niemal każdy wymawiał to nazwisko inaczej. Zagraniczni komentatorzy w ogóle się takimi rzeczami nie przejmują. Nie będę rozmawiał o komentarzach zamieszczanych w internecie, bo widać w naszej naturze leży obrażanie innych. Dla mnie ważniejsze są reakcje kibiców, z którymi spotykam się na stadionach czy w drodze na nie, a te są pozytywne. Gdybym nie miał tej akceptacji społecznej, to pewnie bym się mocno nad tym zastanawiał.

Ile meczów będzie pan komentował w Brazylii?
Czternaście. Na poprzednim mundialu w RPA komentowałem dwadzieścia spotkań i była to, powiem szczerze, dawka lekko niestrawna, oznaczająca, że codziennie trzeba było pracować, czyli dojechać na mecz i z niego wrócić, przygotować się do swojego pojedynku i obejrzeć inne potyczki , żeby być na bieżąco. Przy tym wszystkim trzeba było bronić się przed kalkami językowymi, bo przecież pewne zwroty w języku komentatorów są powtarzalne. W Brazylii ze względu na odległości tak dużej liczby meczów nie da się obsłużyć, bo na większość spotkań trzeba będzie latać, podczas, gdy w RPA poruszaliśmy się głównie samochodem.

Z kim będzie Pan pracował na tym mundialu?
Moim partnerem będzie Grzegorz Mielcarski. Oprócz nas do Brazylii TVP wysyła jeszcze trzy pary komentatorów i ekspertów. Mecze komentować będą Jacek Laskowski i Rafał Ulatowski, Maciej Iwański i Marcin Żewłakow oraz Tomasz Jasina i Kamil Kosowski. Na miejscu będą także reporter z operatorem i dźwiękowcem oraz inżynier studia dbający o nasze łącza z krajem. TVP 1 i TVP 2 pokaże na żywo wszystkie 64 spotkania mistrzostw świata. Mało tego, w ostatniej kolejce fazy grupowej w TVP Sport będziemy mieli coś na kształt multimundialu, bo będziemy prowadzili równolegle dwie relacje, przełączając się z jednego stadionu na drugi.

Kto jest pana faworytem mundialu?
Na pewno gospodarz turnieju Brazylia. Dla tamtejszych kibiców futbol jest jak religia. Neymar i spółka są świadomi odpowiedzialności, która na nich ciąży, bo od ich wyników w dużej mierze zależeć będzie, jak przebiegnie ten mundial. Czy na ulicach brazylijskich miast będzie spokojnie, czy też górę wezmą na nich ludzie protestujący przeciwko mistrzostwom. Pamiętajmy, że w turniejach rozgrywanych na zachodniej półkuli zawsze triumfowały dotąd reprezentacje z Ameryki Południowej, więc oprócz Brazylii może wystrzelić także Argentyna. Z drużyn europejskich najwyżej oceniam szanse Niemców, natomiast czarnym koniem turnieju może być Belgia, ale raczej nie zdobędzie ona złotego medalu.

polecane: FLESZ: Niebawem zmiana czasu, jedna z ostatnich

Wideo

Materiał oryginalny: Szpakowski: Trema jest zawsze. Im dłużej człowiek pracuje, tym więcej ma do stracenia - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3