Szaber po wrocławsku (ZAGADKI, TAJEMNICE, SEKRETY)

Juliusz Woźny

Wideo

Zobacz galerię (15 zdjęć)
Polacy przyjeżdżający do Wrocławia po wojnie zastawali morze ruin. Ale w tym morzu można było wyłowić prawdziwe skarby. Szaber, czyli grabież mienia pozostałego w mieście, rozwinął się na niebywałą skalę. Prawdą jest, że z innych terenów Polski na „Dojny Śląsk”, jak to się wtedy określało, przyjeżdżało tysiące osób jedynie po to, aby wywieźć stąd walizy sztućców, dzieł sztuki, butów, bielizny, ubrań i wszelkich dóbr, które zmieściły się bagażach. Jednak to był detal. Szaber, który uskuteczniły nowe komunistyczne władze i Armia Czerwona, to były działania na imponującą, masową skalę.

Zmorą były napady rabunkowe ze strony maruderów wojsk radzieckich. Żołnierze zabierali bydło, konie, dokonywali samowolnych rekwizycji cennych przedmiotów. W przypadku oporu dochodziło do morderstw i gwałtów. Ta przemoc dotyczyła głównie Niemców, jednak czerwonoarmiści dopuszczali się napadów także na polskich przesiedleńców. Czuli się panami sytuacji. Polscy urzędnicy nie byli w stanie bronić własnych obywateli i mienia. Ich autorytet był nieustannie podważany. Doszło nawet do tego, że prezydent Wrocławia, Bolesław Drobner został spoliczkowany przez jednego z rosyjskich generałów, gdy skrytykował poczynania jego żołnierzy. W starciu z czerwonoarmistami nawet zdeklarowani zwolennicy nowych porządków nie mieli szans.

KLIKNIJ LINK
Czarna śmierć nawiedziła Wrocław [ZAGADKI, TAJEMNICE, SEKRETY]

Sowieckie jednostki bezpardonowo wkraczały do fabryk, w których polskie załogi już zdołały uruchomić linie produkcyjne. Łamano przemocą opór polskiej strony, a maszyny ładowano na pociągi wyruszające na wschód. Z jednej tylko fabryki Linke-Hofmann wywieziono 424 obrabiarki oraz 694 silniki i wszystkie narzędzia.

Niestety, również polskie władze komunistyczne traktowały tereny zachodnie jako eldorado. Pamiętajmy, że sytuacja polityczna nie była stabilna. Mimo gromkich pohukiwań o nienaruszalności, dzięki oczywiście niezwyciężonej Armii Radzieckiej, granic na Odrze i Nysie, władze warszawskie wolały cenne dobra przewieźć w miejsca, których przynależności do PRL-u nikt by nie kwestionował.

Pod koniec 1945 roku w kierunku Warszawy pojechało 25 wagonów i 35 przyczep tramwajowych. Hasło „wszystko dla odbudowującej się stolicy” nie zmieniało faktu, iż we Wrocławiu były one nie mniej potrzebne. Jednak stolica pod każdym względem miała pierwszeństwo. Z innych województw płynęły do władz miasta prośby o przekazanie żywności, mebli, radioodbiorników, maszyn do pisania. Do Warszawy jechały fortepiany i inne instrumenty muzyczne z wrocławskiego konserwatorium, maszyny drukarskie z wrocławskich drukarni. Z różnych miejsc w Polsce przyjeżdżały na „ziemie wyzyskane” grupy zaopatrzonych w stosowne upoważnienia pracowników, które wywoziły maszyny. Jeśli zleceniodawca był sprawny organizacyjnie, zdarzały się wywózki całych linii produkcyjnych. Osobny rozdział państwowego szabru stanowił wywóz dzieł sztuki z wrocławskich muzeów i kościołów. Do dziś wiele z nich nie wróciło do stolicy Dolnego Śląska, stanowiąc ozdobę warszawskich wystaw muzealnych – jak choćby Ołtarz Świętej Barbary. Do Warszawy pojechały nawet niektóre zwierzęta z wrocławskiego ZOO.

ZOBACZ KONIECZNIE
Spacer Kuźniczą – jedną z najstarszych ulic w naszym mieście

Na nic nie zdawał się opór miejscowej administracji, próbującej powstrzymać ten rabunek. Wrocław traktowano jak ogromny magazyn cegieł, kamienia i innych materiałów budowlanych. Trybut płaciły także inne dolnośląskie miasta – często i te, których zabudowa przetrwała wojnę nietknięta. Aby zachęcić wrocławian do zwiększenia wysiłków przy odzyskiwaniu cegieł dla Warszawy, obiecano tym, którzy zwyciężą w szlachetniej rywalizacji, trzydniową wycieczkę do stolicy. Aby usprawnić transport milionów cegieł, zainstalowano specjalną linię kolejową, przechodzącą przez sam środek Starego Miasta, aż do Dworca Świebodzkiego. W 1949 roku przestano zachowywać pozory i Wrocławską Dyrekcję Odbudowy przemianowano na MiejskiPrzedsiębiorstwo Rozbiórkowe. Nic dziwnego, że w Warszawie można było nucić ”niech się mury pną do góry”.

Wszystkie programy z cyklu "Zagadki, tajemnice, sekrety..." dostępne są pod tym linkiem

Wrocławski „Samodzielny Oddział Odgruzowywania” zobowiązał się dostarczyć w ciągu trzech miesięcy 100 milionów cegieł. Dochodziło do sytuacji groteskowych, gdy rozbierano niedawno odbudowane budynki. Szacuje się, że od początku lat 50. XX wieku z Wrocławia wyjeżdżało 165 milionów cegieł rocznie. Byłoby rzeczą dziwną, gdyby nie znalazły się w tej sytuacji osoby przedsiębiorcze, które potrafiły skorzystać z nadarzającej się okazji. Wystarczyło wpisać w papierach, że sprzedaż dotyczy uszkodzonych, mniej wartościowych cegieł. Kontrahent otrzymywał pełnowartościowy materiał budowlany, spryciarze – pieniądze i wszyscy byli zadowoleni. Kilku urzędników miejskich, w tym wicedyrektor jednego z przedsiębiorstw rozbiórkowych, Leopold Mondszajn, stworzyło grupę, działającą na własny rachunek. W ten sposób wyrosły prawdziwe fortuny. W roku 1957 we Wrocławiu odbył się proces „ceglanych milionerów”, w którym zapadły kilkunastoletnie wyroki. Oskarżeni i tak mieli szczęście – w podobnych procesach w PRL zapadały wyroki śmierci.

We Wrocławiu pozostały miliony metrów sześciennych gruzu i place stanowiące pamiątkę, nie tylko po działaniach wojennych, ale też po rozbiórkowym amoku. Co się z nimi stało? Stoją na swoim miejscu – to choćby Wzgórze Andersa, czy składowisko odpadów na Maślicach.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

O
Obserwujący
Dzisiaj to się odbywa inaczej np: Targowisko na Zielińskiego, po zamknięciu targowiska miasto sprzedało teren deweloperowi, który już z góry założonego planu zagospodarowania miał i ma wybudować obiekty użyteczności publicznej czyli gmach sądu, by następnie odsprzedać ten obiekt z powrotem w ręce /miasta lub państwa/. Przez siedem lat plac stał pusty a mógł służyć mieszkańcom choćby jako parking. Tu są dwa tematy: biznes podwójny /może nawet potrójny ? w białych rękawiczkach po analizie powyższego i to jest ten szaber. Przecież gdy by jednak miasto było by właścicielem pustego placu to przecież udostępniłoby teren swoim mieszkańcom w imieniu, których pełni władzę. Czyż nie ???
Dodaj ogłoszenie