Święta na tankowcu to smutna impreza! Każdy tęskni za rodziną

Kacper Chudzik
Jeszcze kilka lat temu zawód marynarza wymagał wielomiesięcznej rozłąki z rodziną. Po rozpowszechnieniu się nowych technologii, takich jak internet, jest już lepiej, chociaż za krewnymi i tak się tęskni. Dobrze wie o tym mieszkający w Grochowicach Marcin Horbatowski, który jako kapitan tankowca blisko pół roku spędza poza domem.

- Teraz w dobie Facebooka, Skype’a i innych, jest dużo łatwiej. Ten kontakt z rodziną mam praktycznie każdego dnia. Ale pamiętam doskonale jak to wszystko wyglądało kiedyś. Telefony satelitarne były kosmicznie drogie. Minuta rozmowy kosztowała kilkanaście dolarów, co przy pensjach na niższych stanowiskach było ogromną kwotą. W tygodniu można sobie było pozwolić maksymalnie na dwie minuty rozmowy. Teraz takie rozmowy są niewiele droższe od zwykłych. Komunikacja nie jest więc już problemem, chociaż wiadomo, że nie widzimy się na żywo, nie mogę pomóc osobiście w domu no i czasem druga strona nie odbiera więc człowiek się martwi - opowiada pan Marcin. - Pamiętam jak przy pierwszych moich rejsach kontakt mógł urwać się nawet na kilka tygodni i dopiero po dotarciu do portu dzwoniło się do domu na minutę - dodaje.

Chociaż jest jak porozmawiać, to jednak spędzając święta na statku człowiekowi nie jest wesoło. W tym roku pan Marcin spędzi Wielkanoc w domu, jednak w czasie Bożego Narodzenia będzie na statku. Wraz ze swoim zmiennikiem starają się, by każdy z nich chociaż jedne święta w roku mógł spędzić z rodziną.

- Święta na tankowcu to jest smutna impreza. Jest dużo jedzenia, są życzenia, ale jednak każdy myślami jest wtedy z rodziną. Dlatego dość szybko rozchodzimy się do kajut, siedzimy przy komputerach i rozmawiamy na odległość z bliskimi - dodaje marynarz.

A w domu na niego czeka żona - Blanka oraz córka Michalina. Oraz kilkanaście zwierząt: głównie psów i koni. Zwierzęta są bowiem wspólną pasją pana Marcina i jego małżonki.

- Zawsze się śmieje, że jak wracam do domu, to mam ciężką pracę fizyczną związaną z hodowlą, a na morzu mam z kolei ciężką pracę dla psychiki - zaznacza nasz rozmówca.

Warto dodać, że Marcin Horbatowski to brat wójta gminy Kotla - Łukasza Horbatowskiego. Ich kuzynem jest ksiądz Radosław Horbatowski, działający u głogowskich Cichych Pracowników Krzyża.

W zagłębiu miedziowym marynarzy nie brakuje

Mogłoby się wydawać, że w naszej okolicy nie spotkamy zawodów związanych z morzem. Jednak jak przyznaje nasz rozmówca, w zagłębiu miedziowym mieszka trochę marynarzy. W latach 90-tych przez naszą okolicę jeździł pociąg, którym do szkół w Szczecinie jeździło wiele osób z Głogowa, Legnicy czy Lubina. Wielu z nich pracuje w wyuczonym zawodzie.

Jak to się stało, że człowiek z okolic Głogowa związał swoje życie zawodowe z oceanami?

- Z jednej strony to był kompletny przypadek, a z drugiej strony miałem już jednak kontakt z ludźmi, którzy studiowali na kierunkach morskich. Gdy my jeszcze byliśmy w liceum, brat kolegi studiował w Wyższej Szkole Morskiej. To robiło spore wrażenie, bo w czasie studiów podróżował po całym świecie. Na początku lat 90. może i granice były już otwarte, ale trzeba było mieć wizy, nie było pieniędzy na wyjazdy. Więc taka okazja do podróżowania była pociągająca. Ale sam kierunek studiów wybrałem raptem miesiąc przed maturą. Można powiedzieć, że na początku lat 90. ludzie niespecjalnie myśleli o przyszłości, a mało który kierunek studiów dawał szanse na jakieś duże pieniądze po jego skończeniu - wspomina pan Marcin.

Pierwszym statkiem, na którym pływał marynarz spod Głogowa był Dar Młodzieży. Było to w ramach rejsu kandydackiego, jeszcze przed studiami. Praktyki oraz pierwsze zawodowe kursy odbywał już jednak w Polskiej Żegludze Morskiej w Szczecinie.

- To był mój pierwszy półroczny rejs. Ja jeszcze po studiach przez jakiś czas pracowałem w PŻM, gdzie dorabiałem praktykę morską do stanowiska oficerskiego. To był ciężki okres w historii PŻM, dlatego rejsy były długie, dalekie, nie było z nich wielkich pieniędzy, a czasem był nawet problem z powrotem do Europy. Mój drugi rejs w PŻM trwał 9 miesięcy, chociaż zdarzało się tam tak, że stało się kilka tygodni w porcie w Ameryce Południowej, Rosji, Stanach. Był więc też czas na zabawy i zwiedzanie. A wtedy człowiek jeszcze nie założył rodziny, więc do domu nie zawsze się śpieszyło - opowiada pan Marcin.

Nasz rozmówca obecnie pływa na wielkich tankowcach w firmie SKS Tankers. Przez lata ciężkiej pracy dorobił się stopnia kapitańskiego. Jak przyznaje, praca kapitana nie jest może ciężka fizycznie, jednak ciąży na nim wielka odpowiedzialność.

- Głównie jest to ciężka praca pod względem psychicznym. Wiąże się z nią ogromny stres. Pływając na wielkich tankowcach nawet najmniejszy błąd może doprowadzić do katastrofy. Można narazić życie ludzi, środowisko, już nie mówiąc, że można w powietrze wysadzić pół portu - przyznaje.

Zwiedził niemal cały świat

Przez blisko 20 lat pracy marynarskiej Marcin Horbatowski zwiedził spory kawałek świata. Jak sam przyznaje, łatwiej jest chyba powiedzieć o tym gdzie nie był, zamiast tego jakie rejony globu odwiedził. Przykłady? Brazylia, Argentyna, Urugwaj, Stany Zjednoczone, Australia, Emiraty Arabskie, Tajwan, Chiny, Japonia, Kanada, cała Europa, czasami zahaczał też o zachodnią Afrykę.

- Miałem też bardzo fajny kontrakt, podczas którego pływaliśmy tylko po wyspach karaibskich. Odbieraliśmy ładunek z Jamajki i Wenezueli, a dostarczaliśmy go niemal na wszystkie mniejsze wyspy tej okolicy - wspomina marynarz z Grochowic.

Podczas pracy czasem zdarza się tak, że pan Marcin do ostatniej chwili nie wie, gdzie będzie płynął. Wszystko zależy od tego, co wydarzy się na giełdzie w Londynie i kto kupi ładunek

Jeszcze kilka lat temu Marcin Horbatowski ze swoich podróży po świecie zwoził wiele pamiątek. Jak sam przyznaje, trochę tego się po domu wala.

- Jakaś tam skóra od kangura, maski z Tajlandii i Australii. Chociaż już rodzinie się to znudziło, więc nie jest to za bardzo eksponowane w domu. Gdy zaczynałem pracę to się tego zwoziło do domu dużo, z czasem taka ekscytacja minęła i już pamiątek za bardzo nie kupuję - dodaje.

Na szczęście unika niebezpieczeństw

Jak już wspomnieliśmy, praca marynarza bywa niebezpieczna. Pan Marcin unikał kontraktów, podczas których musiałby pływać na bardzo starych statkach.

- Gdy statek jest nowy i dobrze utrzymany, to ryzyko jest minimalne. Mieliśmy kiedyś taki okres, że statek nam się spóźniał w stoczni, a trzeba było ciągnąć czarter. Pływaliśmy więc jesienią między Europą, a Kanadą statkiem nie do końca przygotowanym do tak trudnego akwenu. Przepłynięcie 100-metrowym okrętem było tam wyzwaniem. Sztormy kilka razy niszczyły relingi, obrywały maszt. I tam były takie sytuacje, że jak się statek przechylał, to człowiek miał obawę czy wróci na stabilną pozycję, czy nie - opowiada. - Muszę przyznać, że takie bardzo niebezpieczne sytuacje mnie jednak omijają. Tak się złożyło, że przytrafiają się zwykle, gdy pływa mój zmiennik. Kiedyś na Karaibach zdarzyło im się zetrzeć ze złodziejami, którzy weszli na statek. Wtedy musieli przeganiać ich z rurami metalowymi w rękach. Najbardziej niebezpieczną sytuację, jaką mieliśmy w firmie, wywołali jednak indonezyjscy piraci, którzy weszli na statek i podcięli gardło bosmanowi, żeby wystraszyć kapitana i skłonić go do otwarcia sejfu. Na szczęście przeżył. Teraz po regionach zagrożonych atakami pirackimi pływamy z ochroną - dodaje pan Marcin.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie