Stanisław Grędziński - Odbudowuje wałbrzyski sport. I jest kierownikiem tej budowy (ZDJĘCIA)

Wojciech Koerber
21 lat i Europa u stóp. Właśnie zdobyłem w Budapeszcie złoto fot. archiwum prywatne
Stanisław Grędziński to uczestnik jednego z najmniej smacznych przekrętów w historii olimpizmu. I, niestety, to jego - oraz trójkę kolegów - przekręcono.

1968 rok, igrzyska w Meksyku, finał sztafety 4 x 400 metrów. Z rekordem świata zwyciężają Amerykanie (2:56,1), drugie miejsce zajmują Kenijczycy, wśród których walczy na pierwszej zmianie - a więc z Grędzińskim - Daniel Rudisha. To ojciec Davida, aktualnego mistrza świata na 800 metrów z Daegu (2011), jednego z faworytów olimpijskiego biegu w Londynie. Na trzecim miejscu przecinają metę kończący bieg rozstawny reprezentant RFN Martin Jellinghaus oraz nasz Andrzej Badeński. Obu sztafetom zmierzono ten sam czas (3:00,5), choć według świadków nieznacznie szybciej melduje się na kresce Badeński. W końcu na najniższy stopień podium maszerują... tylko nasi rywale.

- Mieliśmy odczucie, że nas skrzywdzono. Że socjalizm był na straconej pozycji w walce z kapitalizmem. Wyglądało to tak, że przed dekoracją kazano nam stać w poczekalni, a brązowy medal miały dostać dwie ekipy. Wprowadzano nas i wycofywano, wprowadzano i wycofywano. W końcu wyprowadzili tylko Niemców. Żal, byłem święcie przekonany, że ich pokonaliśmy. Można było o to powalczyć, ale działaczy najmocniejszych nie mieliśmy - mówi nam dziś Grędziński. Finiszowych metrów dobrze widzieć nie mógł, dochodził do siebie, bo przecież mowa o igrzyskach rozgrywanych na wysokości 2 300 m n.p.m. Ale nawet Niemcom było głupio. Rok później, na mistrzostwach Europy w Atenach, próbowali symbolicznie przekazać Polakom swoje brązowe medale. - To prawda. Wciąż byliśmy w tych Atenach podłamani, dodatkowo zajęliśmy w sztafecie czwarte miejsce, brakowało atmosfery. Wkradła się niepotrzebna rywalizacja może nie tyle między samymi zawodnikami, co między zawodnikami a trenerem. I to był w zasadzie koniec naszej sztafety. Z Niemcami znaliśmy się dobrze, przyszli wtedy i chcieli oddać medale. Miły gest z ich strony, ale nie przyjęliśmy podarunku. Nic nam wtedy nie dawał, nie miał żadnego prestiżu - wyjaśnia olimpijczyk. Trzeba jednak dodać, że bieg indywidualny zakończył się na tamtych ateńskich ME wyśmienicie. Zwyciężył przecież Jan Werner (45,75), a Dolnoślązak był trzeci z rekordem życiowym (45,83).

Jeszcze przez jakiś czas wierzył Grędziński, że po latach medal dostanie, a przy okazji olimpijską emeryturę. Że pomoże wstawiennictwo m.in. Ireny Szewińskiej, członkini MKOl. Nie doczekał się. Jan Balachowski również. Badeński te prawa nabył cztery lata wcześniej w Tokio, gdzie był trzeci indywidualnie na 400 m, Werner z kolei wytrwał do igrzysk w Montrealu (1976), skąd sztafeta przywiozła srebro, w czym m.in. zasługa Ryszarda Podlasa.

Wracając jeszcze na bieżnię w Meksyku. Grędziński szedł na pierwszy ogień, za czym nie przepadał. - Nie lubiłem tej pierwszej zmiany i nie umiałem jej biegać. Wolałem albo gonić, albo uciekać. Uważam, że był to jeden z moich słabszych biegów, choć wynikowo źle to nie wyglądało. A wysokość? Wkładali człowieka do lodu i po 20 minutach z omdlenia się wychodziło - wyjaśnia.

W sporcie niczym w życiu - by odróżnić chwile piękne od smutnych, czasem musi być człowiekowi źle. Jak w Meksyku. Ale kariera ta rozpoczęła się wielkim wzlotem. W wieku 21 lat został Grędziński podwójnym mistrzem Europy z Budapesztu (1966). Indywidualnie i z pałeczką w dłoni. Po zaledwie czterech latach lekkoatletycznego treningu. Musiał mieć w sobie masę talentu.

32 lata później na tym samym Nepstadionie w Budapeszcie medal ME, srebrny, zdobył Robert Maćkowiak

- To był talent, lecz z pewnością poparty potworną pracą. Podobał mi się wysiłek i to zaczęło procentować - precyzuje mieszkaniec Wałbrzycha. Urodził się na Zamojszczyźnie, by wraz z rodzicami dotrzeć do Łęknicy (dzisiejsze Lubuskie), tuż przy granicy polsko-niemieckiej. Tam uczył się w szkole podstawowej, a gdy dorósł, opuścił dom rodzinny i zamieszkał w wałbrzyskim internacie. Jako uczeń technikum górniczego. Wtedy właśnie zaczął wygrywać z rówieśnikami międzyszkolne zawody. Trenerzy to dostrzegli i zaczęła się praca. O ile w Meksyku na powrót był Grędziński zawodnikiem Górnika Wałbrzych, o tyle dwa lata wcześniej w Budapeszcie reprezentował jeszcze barwy Śląska Wrocław. Armia wzywała. - Wtedy nie pytali, tylko brali za głowę. I tak trafiłem do kompanii wojskowej. Miałem co do tego duże obiekcje, ale karierze to pomogło. Mogłem się skupić na bieganiu. Stacjonowaliśmy na ul. Przodowników Pracy, dzisiejszej Hallera, w układzie czerwonych budynków. Tam było kasyno i wspomniana kompania sportowa - wspomina sprinter.

O Budapeszcie miało jednak być. Mistrzostwa Europy, jeszcze na bieżni żużlowej, 1996 rok. Dwa złota! - Wybuch formy i radości, ukoronowanie ciężkiej pracy, którą rozpocząłem jako 16-latek. Sam dla siebie byłem niespodzianką. Choć już wcześniej, na Memoriale Kusocińskiego, pojawił się sygnał. Niejako z racji wieku zwyciężył Andrzej Badeński, lecz wynik mieliśmy taki sam. To była pierwsza jaskółka. Później, na mistrzostwach Polski w Poznaniu, ja już wygrałem. Znak, że coś dobrego się dzieje - mówi inż. Grędziński.

W stolicy Węgier tylko się potwierdziło, że jaskółki nie kłamały. - Eliminacje przeszedłem jak burza, z czasem 46,2. To mnie podbudowało. Później wygrałem drugi półfinał. Pojawiły się marzenia, żeby zwyciężyć i w finale. Dostałem fantastyczny szósty tor, przed sobą miałem Anglika i Niemca, który na tej żużlowej bieżni złapał kontuzję. 46,0 i złoto - opowiada najszybszy czterystumetrowiec Starego Kontynentu sprzed blisko pół wieku.

Co ciekawe, 32 lata później na tym samym budapesztańskim Nepstadionie - tyle że już z tartanową bieżnią i wyższymi trybunami - podwójnym wicemistrzem Europy (400 i 4 x 400) został inny sprinter Śląska - Robert Maćkowiak (45,04). Indywidualnie przedzielił Brytyjczyków Iwana Thomasa (44,52) i Marka Richardsona (45,14), w sztafecie - z Piotrem Rysiukiewiczem, Tomaszem Czubakiem i Tomaszem Haczkiem - szybsi również byli tylko Brytyjczycy. - I ja na tych zawodach byłem. Prywatnie, bo nikt z PZLA nas wówczas nie delegował. Zgłosiłem się do biura po akredytację i widziałem bieg Roberta. Mógł to wygrać. Trzech naszych biegło w finale, można było jednego poświęcić i Brytyjczyków zarżnąć - twierdzi dziś Grędziński. Gdy on sięgał w Budapeszcie po złoto, srebrny był Badeński. Tylko który miałby się poświęcić dla wyższego celu? - Od tego jest trener, on wskazuje. Tego wymaga prestiż. Wszyscy pracują, a wygrywa jeden - dodaje dawny champion. Jak w kolarskim peletonie, gdy Jan Brzeźny poświęcał się dla Ryszarda Szurkowskiego.

A Badeński? To inna legenda, heros ostatniej zmiany. W 1967 roku bal "Przeglądu Sportowego" - Grędziński był wtedy w plebiscycie piąty - też zakończył z przytupem. W fontannie Restauracji Kongresowej. W 1974 roku wyjechał jako kibic do RFN na piłkarski mundial. Tak mu się spodobało, że już nie wrócił, zresztą według planu. Skończył szkołę filmową w Norymberdze, został technikiem dźwięku, pracował dla niemieckich stacji telewizyjnych. Później długo chorował, zmarł we wrześniu 2008 roku w Wiesbaden, w samotności i w nie do końca znanych okolicznościach. Wiadomość o jego śmierci dotarła do kraju z... rocznym poślizgiem.

- W tej Kongresowej tośmy się całą sztafetą nad ranem kąpali. Człowiek młody był, to i na sam bal z lekka przymulony się już udawał. Wtedy nie wręczali kluczyków do samochodu, tylko skorupy. U mnie też taki garnek stoi. Z Andrzejem początkowo byliśmy rywalami, a później również serdecznymi przyjaciółmi. Ale nie wiedzieliśmy z kolegami, że planuje ucieczkę z kraju - mówi nam Grędziński. Karierę skończył bardzo szybko, w wieku 25 lat. - Trochę mnie życie pogoniło, dwie paskudne kontuzje miałem. Najpierw strzelił dwugłowy, a później uraz pachwiny wyeliminował mnie dokumentnie. Źle się mięśnie pozrastały, a rehabilitacja nie pomogła - dodaje.

W 1971 roku ukończył mistrz sportu Wydział Budownictwa Lądowego na Politechnice Wrocławskiej. Stał się magistrem inżynierem. I od dłuższego już czasu próbuje odbudowywać sport w Wałbrzychu oraz okolicach. Tamtejsza hala lekkoatletyczna w dzielnicy Nowe Miasto, oddana do użyt-ku w 2008 roku, to jego dzieło (tzw. pomnik Grędzińskiego). Stawiał także obiekty w Świe-bodzicach, Głuszycy czy Marcinowicach. Obecnie jest jednym z kierowników budowy wałbrzyskiego Aqua-Zdroju. I prezesem LKS-u Górnik. Zatem na budowie tworzy, a w klubie szuka materiału. Ludzkiego.

Stanisław Grędziński

Urodził się 19 października 1945 roku w Ostrzycy (gm. Izbica, Zamojskie). Lekkoatleta, czterystumetrowiec. Olimpijczyk z Meksyku (1968), gdzie w sztafecie 4 x 400 m Polacy (partnerzy Jan Balachowski, Jan Werner i Andrzej Badeński) zajęli czwarte miejsce z identycz-nym czasem co ekipa RFN (3:00,5), której przyznano brąz. W wieku 21 lat został podwójnym mistrzem Euro-py (Budapeszt 1966) - indy-widualnie oraz w sztafecie. Srebrny medalista HME (Wiedeń 1970) w sztafecie 4 x 2 okrążenia (także Balachowski, Werner, Badeński) - z czasem 3:07,5). Wygrał ZSRR (3:05.9). Dwukrotny mistrz Polski na 400 m (1966 i 1969). Rekord życiowy na 400 m - 45,83 s. Reprezentował Górnika Wałbrzych i Śląsk Wrocław. Żona Małgorzata (nauczycielka, emerytka). Synowie Jarosław (44 lata, zastępca kierownika w Castoramie) i Tomasz (41, szuka chleba w Szwecji, też budowniczy).

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

o
oskar

Panie Koerber! Wałbrzyska hala wybudowana była w latach siedemdziesiątych XX wieku. Wypada wiedzieć takie rzeczy.

Dodaj ogłoszenie