"Solidarność Walcząca" opierała się na prostym założeniu. Każdy, kto do niej przychodzi, nie ma czerpać, tylko ma do niej coś wnieść [FILM]

Maciej Rajfur, film Paweł Relikowski
- Udało nam się przeprowadzić rewolucję, bo nie daliśmy sobie narzucić słowa zniewolonego - mówi Wojciech Myślecki. Z niezwykłą precyzją opowiada on o czasach "Solidarności Walczącej".
- Udało nam się przeprowadzić rewolucję, bo nie daliśmy sobie narzucić słowa zniewolonego - mówi Wojciech Myślecki. Z niezwykłą precyzją opowiada on o czasach "Solidarności Walczącej". Paweł Relikowski
Udostępnij:
O niezwykłej akcji we wrocławskim porcie Popowice, politycznych zatargach między "Solidarnością", a "Solidarnością Walczącą" oraz o podziemnych transportach z zachodniej Europy opowiada Wojciech Myślecki, działacz "SW".

Maciej Rajfur: Kiedy Pan znalazł się w „Solidarności Walczącej”?

Wstąpiłem w 1982 roku. Nie byłem w jej grupie założycielskiej, ponieważ siedziałem wtedy w więzieniu, ale stosunkowo szybko po wyjściu spotkałem się z Kornelem Morawieckim, moim przyjacielem i od razu podjąłem decyzję o wstąpieniu.

Wojciech Myślecki: „Solidarność” też miała swoje podziemne struktury. Dlaczego zatem wybrał Pan „SW”?

Pomijam fakt, że znałem osobiście Kornela. Warto przypomnieć, że aresztowano go jeszcze przed wybuchem stanu wojennego, tuż przed listopadem 1981 roku, za opublikowanie listu do społeczeństwa rosyjskiego, do żołnierzy, takie przesłanie do narodów wschodu. Ten dokument jeszcze mu się udało przepchnąć przez krajową komisję „Solidarności”. I to był taki moment, który pokazał, że to nie jest polityk idący w tym kierunku wolnego związku zawodowego, tylko śmiało kroczący w kierunku niepodległości. Jego koncepcja dotyczyła nie tylko Polski, ale całej grupy państw zniewolonych w bloku sowieckim. Nietrudno się domyślić, że poziom wściekłości był tak duży, że musieli go - chyba ze względu na naciski ze strony rosyjskiej, aresztować. Zrobiła się ciężka awantura. Rektor Politechniki Wrocławskiej poręczył za niego i na podstawie tego poręczenia został zwolniony, a ja na prośbę rektora pojechałem po niego, żeby go odebrać. Nie wiem dlaczego, w końcu był dorosłym człowiekiem, ale taki był warunek, że ma przyjechać ktoś z władz uczelni. Ja akurat byłem szefem gabinetu rektora.

Spotykał pan Kornela Morawieckiego regularnie?

Później mieliśmy okazję się spotkać jedynie na strajku okupacyjnym Politechniki Wrocławskiej, zaraz po tym, jak ogłoszono stan wojenny. Kornel wtedy przyszedł, ale już wiedział, że jest poszukiwany. Przez przypadek nie został aresztowany, bo mu się zepsuł samochód. Pojechał rozwozić jakieś swoje gazety. Warto wiedzieć, że on już zawiadował siecią drukarni wcześniej. Wydawał głównie Biuletyn Dolnośląski, gazetę, która moim zdaniem zrobiła wiele dobrego. Pamiętam, że miał taką starą, zdezelowaną syrenkę. Było bardzo zimno, więc ona nie odpaliła, dlatego wrócił do tego miejsca, gdzie zawiózł te gazety i na szczęście został tam na noc. W tym czasie wprowadzono stan wojenny, ale on już zszedł do podziemia.

A Pan został aresztowany?

Tak i można powiedzieć ironicznie, że się na to zgodziłem świadomie. Na początku stanu wojennego wyrobiłem sobie fałszywą legitymację pracowniczą na inne nazwisko, ale na oryginalnych blankietach, których zresztą część wyniosłem na wszelki wypadek. Rektor przekonał mnie jednak, że schodzenie do podziemia członka władz uczelni i to na wysokim stanowisku w jakiś sposób nie pasuje do przyjętego na początku modelu. Uczelnie stawiają bierny opór i nie będą szły w pierwszych szeregach ostrej walki. Musiałem się de facto zdecydować, czy schodzę do podziemia, czy godzę się z aresztowaniem. A zatem mogłem więzienia uniknąć.

Jak Pan po wyjściu z więzienia trafił do struktur „SW”. Zgłosił się Pan gdzieś?

Kornel wysłał do mnie osobę, którą dobrze znałem. Ona mi powiedziała, że ma z nim kontakt i da sygnał, kiedy, co i jak. Znowu to pierwsze spotkanie, czy sposób, w jaki do niego doszło, utwierdziło mnie w przekonaniu, że jeśli trzeba wybrać czynną formę ruchu oporu, to należy wstąpić do „SW”. Czekał na mnie gość z motocyklem. Wiózł mnie takimi bramami, że żaden samochód nie mógłby za nami przejechać. Ja nie należę do ludzi strachliwych, ale tę jazdę do dzisiaj pamiętam. Później była jakaś zmiana na samochód, potem czekałem kilka godzin w jakimś mieszkaniu. Pomyślałem, że Kornel musi być bardzo dobrze chroniony. Takie środki ostrożności sugerowały, że jest jakaś organizacja, która wie, jak to robić i przestrzega, przynajmniej wokół Kornela, zasad bezpieczeństwa.

Złożył Pan przysięgę „Solidarności Walczącej”?

Tak. Byłem znany jako opozycjonista, ponieważ należałem do komitetu strajkowego w marcu 68. roku i nie ukrywałem swoich poglądów. Między mną, a władzą komunistyczną panował stosunek symetryczny. Oni mieli do mnie taki stosunek, jak ja do nich. Wobec tego ustaliliśmy w „Solidarności Walczącej”, że będę miał trzymiesięczny okres przygotowawczy, ponieważ dopiero co wyszedłem z więzienia i miałem w tym czasie nie wchodzić w czynną działalność. Członkowie „SW” sprawdzali, czy za mną nie chodzą esbecy, czy mnie nie obserwują.

Jak Pan się odnalazł w „Solidarności Walczącej”? Gdzie było Pana miejsce?

Organizacja opierała się na prostym założeniu, że każdy, kto do niej przychodzi, nie ma czerpać, tylko ma do niej coś wnieść. Ja również zaczynałem od drukowania, od sita, od ramek, od zdobywania papieru, czyli ta zwykła czarna, rzeczywista robota podziemna. Był tam element ryzyka, ale romantyzmu brakowało. Ciężka praca. Pamiętajmy, że nie można było wtedy ani telefonować, ani wszystkiego jawnie przewozić. A jakoś organizacja szła. Tak się zaczynało w „SW”. Niezależnie od tego, jakie tytuły miałeś i kim byłeś. Jesteś drukarzem i masz sobie zorganizować swoją drukarnię, ewentualnie swoją pracownię fotograficzną do sitodruku. Na ramce trzeba umieć robić, trzeba szkolić ludzi i tworzyć kolportaż. Mnie było o tyle łatwiej, że siedziałem w więzieniu, w którym mnóstwo było osób z opozycji solidarnościowej i bardzo łatwo mi było zbudować sieć w takich miastach jak Jelenia Góra, Milicz. Ich w takich miastach nie było dużo, ja miałem do nich dostęp i oni byli sprawdzeni. Kiedy się siedzi z kimś wiele miesięcy, to wiadomo już kto jest kto. Udało mi się dość szybko zbudować siatkę.

Jak układała się linia „SW” z linią „Solidarnością”?

Linia „Solidarności” była niejasna. Co do niektórych działaczy wiedzieliśmy, że współpracują z SB i zostali odsunięci. Ale przebieg zdarzeń - szybkie aresztowanie Frasyniuka, potem Bednarza, a stosunkowo szybko jeszcze Piniora - postawiło przed nami poważne pytanie, jaka jest nasza relacja z „Solidarnością”. Ta poważna sprawa ciągnęła się długo. My byliśmy traktowani jako odszczepieńcy, w pewien sposób heretycy. Zarzucano nam, ze zostawiliśmy „Solidarność” wtedy, kiedy miała ona największe problemy, że zabraliśmy najlepszych drukarzy, chociaż Kornel wziął po prostu swoich ludzi. Dlatego współpraca z „Solidarnością” za czasów Frasyniuka była zła. Za nim zresztą już stał cień warszawskiego układu KOR-owskiego. Warszawscy działacze od razu się zorientowali, że kierunek „SW” to linia postromantyzmu politycznego, trochę legiony, a trochę linia polityczna kultury paryskiej, jeśli chodzi o współpracę z pozostałymi państwami bloku sowieckiego. Im to kompletnie nie pasowało. Chcieli narzucić linię związaną z ideologią, a nie żadną historią ani geopolityką. Ten spór tak naprawdę wynikał ze starcia nie między nami, a „Solidarnością”, tylko między nami, a grupą KOR-owską z Warszawy. Oni mieli więcej powietrza w działalności i mieli poparcie choćby Radia Wolna Europa. Grupa warszawska nadawała ton i była na tyle widoczna, że utożsamiano linię „Solidarności” z ich poglądami. Kwestia niepodległości nie była tam kluczowa, bo ona miała być wynikiem przebudowy społeczeństwa, a nie państwa i narodu.

Jak podeszliście do aresztowań w „Solidarności” takich ludzi jak Władysław Frasyniuk?

Wykryliśmy, kto wsypał Frasyniuka i okazało się, że nie była to osoba związana z SB, tylko ze służbami wojskowymi. Mieliśmy wtedy nasłuch i wychwyciliśmy moment zatrzymania Frasyniuka. Grupa, która za nim szła, była na początku na częstotliwościach wojskowych. W ostatniej chwili, kiedy mieli go już w kotle, wkroczyła SB. To pozwoliło nam później dojść, jak wpadł. Pierwszym przywódcą „S” , który rozumiał, że potrzebujemy działać wspólnie, był Marek Muszyński. Reprezentował skrzydło bardziej konserwatywne, niepodległościowe, a nie KOR-owskie. Były jakieś tam zgrzyty, bo nie wszyscy działacze „Solidarności” zaakceptowali „SW”, ale od tego czasu mieliśmy między sobą bezpieczny układ. Marek też rzeczywiście utrzymywał możliwy poziom bezpieczeństwa i wiarygodności.

Czym się różniliście tak naprawdę od „Solidarności”?

Wałęsa robił tak, że ogłaszał demonstrację na jakiś dzień, a potem dzień czy dwa przed odwoływał ją. Przygotowanie demonstracji to nie jest tak, że się robi ulotki i „łubudubu” od razu mamy demonstrację. To naprawdę precyzyjny zestaw czynności, które trzeba wykonać. I my zostaliśmy kilka razy wystawieni do wiatru. Zmarnowaliśmy naprawdę dużo papieru. Kornel się wtedy zdenerwował i to była bezpośrednia przyczyna powstania „SW”. Właśnie spór o demonstracje. Oczywiście linię związkową popierał Kościół, który zawsze jest za nieodpowiadaniem złem na zło. A my uważaliśmy, że nie można nic nie robić, że nie można tylko się modlić i robić gazetki. Nasze duże demonstracje to były czasami wręcz bijatyki. Może nie ta pierwsza w czerwcu, ale w sierpniu i wrześniu to było jakieś horrendum. Wrocław wyglądał jak po bombardowaniu. Linia Kornela mówiła o czynnej formie sprzeciwu, ale jeszcze nie o walce. To druga strona używała broni. Propagowaliśmy aktywny opór, czyli demonstracje i to takie na dużą skalę. Nawet, jeśli jakoś pogodziliśmy się z Solidarnością, to ich linia była bardziej zniuansowana. Potem przynajmniej nie było tak, że my ogłaszamy demonstrację, a oni się sprzeciwiali. Było po prostu milczenie.

Z jakim problemami z zewnątrz mierzyła się „Solidarność Walcząca”?

Po jakimś czasie zaczął się np. powolny spadek poparcia dla jakichkolwiek form oporu. Nie dlatego, że „Solidarność” straciła autorytet, ale po prostu dlatego, że trzeba było jakoś żyć. Chodzić do pracy, do szkoły, kombinować w kolejkach. A organizacja podziemna nie może funkcjonować, jeśli nie jest w przyjaznym otoczeniu. Na jednego wyszkolonego, aktywnego działacza, który reprezentuje ustalenia organizacyjne, przypadało wiele przypadkowych osób, które nie wiedziały nawet, że coś dla podziemia robią. Na przykład ktoś je poprosił, żeby coś przechowały czy przeniosły. I to przyjazne otoczenie świadomie lub nie wspomagało nasze działania, dopóki nie nastał spadek nastrojów. Problemem było funkcjonowanie organizacji w warunkach zmniejszonego poparcia czynnego ze strony społeczeństwa.

Jak to rozwiązaliście?

Widząc słabnący opór i fakt, że wszystkich internowanych wypuszczono, rząd wydał walkę podziemiu zamykając papier. Zauważyli, że 90 procent podziemnej pracy to pisanie, wydawanie, kolportowanie. Po drugie zorientowali się, że struktura organizacji jest budowana wzdłuż kanałów kolportażowych. Większość z tej struktury to jest właśnie druk, kolportaż i wszystko z tym związane. Nie mogli zabrać nam naszej determinacji w pisaniu ani rozłożyć organizacji, wobec tego wymyślili, że zabiorą papier. Zrobili to dosyć skutecznie, bo zaczęli restrykcyjnie pilnować papieru w różnych instytucjach. A stamtąd zdobywaliśmy ten papier. Mnóstwo ludzi nam przynosiło jedną ryzę, dwie, pół i to się nagle urwało. Wobec tego wymyśliliśmy, że musimy hurtowo go załatwić. Dzięki temu, że żona jednego z działaczy pracowała w drukarni przy Piotra Skargi, dowiedzieliśmy się, że tam papier dociera barkami do portu w Popowicach i że jest on przywożony w takich belach, które ważyły mniej więcej od trzystu do czterystu kilogramów. Tego nie dało się przenieść w torbie czy plecaku. Dodatkowo o był format A0. Dlatego nie tylko trzeba było wywieźć papier ze strzeżonego portu, ale na dodatek go pociąć.

Podjęliście się zadania wykradnięcie takiej ilości papieru z portu?

Oczywiście. Stosunkowo szybko znaleźliśmy dojście do ludzi pracujących w porcie. Być może ideowo byli do nas dobrze nastawieni, ale woleliśmy dmuchać na zimne i obiecaliśmy zapłatę za ten papier. Mieliśmy kradziony samochód, a także blankiety dowodów rejestracyjnych, które ktoś nam wyniósł z urzędu z Sobótki. Wcześniej podczas internowania poznaliśmy się z podziemiem kryminalnym, z którym bardzo szybko się dogadaliśmy. Te znajomości potem przetrwały i wymienialiśmy się wzajemnie blankietami i dokumentami. Oni na przykład chcieli paszporty, a my dowody. Teraz wymieniliśmy się prawa jazdy za dowody rejestracyjne. Mieliśmy sfałszowane dokumenty na odbiór papieru w oparciu o wzorce, które kobieta wyniosła z drukarni. Podstawiliśmy się za pracowników, którzy mieli odebrać ten towar. Niby prosta akcja, ale to była koronkowa robota. Trzeba było tu ukraść, tam załatwić, sfałszować, przekupić.

Domyślam się, że nie wszystko poszło jak z płatka.

Facet na wózku widłowym wiózł belę papieru z barki i miał ją zawieźć do magazynu, a my po drodze się ustawiliśmy, żeby zamiast do magazynu wrzucił ją nam do samochodu. Okazało się nagle, że ona się nie mieści na bagażniku. Gość zaczął walić tym, żeby się szybko zmieściło, bo w końcu kradliśmy to wszystko na oczach ludzi. Z tego nerwów niezbyt dokładnie dopięliśmy płachtę z tyłu. I ni z tego ni z owego na ulicy Curie-Skłodowskiej ta płachta pękła, a za nami papier zaczął wylatywać z tyłu, tworząc taki dywan aż do samego placu Grunwaldzkiego. A najlepsze było to, że my mieliśmy przygotowane miejsce składowania tego papieru na Akademii Medycznej, w takiej komorze, do której nikt nie miał wstępu, bo tam było promieniowanie. Oczywiście my wyłączaliśmy sobie to promieniowanie, a wszyscy bali się tam wchodzić bo wiadomo, promieniowanie i trupia czaszka. Co robić z tym dywanem papieru, z kradzionym samochodem i podrobionymi dokumentami? Ja niedawno wyszedłem z więzienia, spalone mamy miejsce docelowe. Piotrek, który prowadził, mówi: stajemy na poboczu i zbieramy ten papier, bo jak damy gazu to papier wyleci, a my i tak nie wiemy, gdzie jechać.

Zbieranie papieru na ulicy w takich czasach? To nie mogło ujść na sucho.

Pozbieraliśmy ten papier aż do placu Grunwaldzkiego. Nie mieliśmy wyjścia, pojechaliśmy do akademii i zostawiliśmy ten papier gdzieś indziej. Potem po trochę przenosiliśmy go do tamtej komory z promieniowanie. Nie wiem jak to się stało, że nikt nas nie zatrzymał, widząc taką ilość papieru. Chyba Matka Boska nad nami czuwała, że żadna milicja ani żadne „agencisko” się nie pojawiło tam wtedy. To cud.

Mówił Pan, że trzeba było pociąć jeszcze ten papier. Cięliście?

Naturalnie i robiliśmy to tuż pod nosem SB, niedaleko hali Gwardii. Po drugiej stronie ulicy był mały zakład introligatorski pani Haliny Bielawskiej, która była matką mojego kolegi ze szkoły. Ja do niej poszedłem i powiedziałem, że chcielibyśmy tu sobie trochę papieru pociąć. Zgodziła się bez problemu, ale trochę się zdziwiła, jak zobaczyła ilość tego papieru. Cięliśmy go całą noc na format A4. Zapakowaliśmy go potem w paczki na samochód i porozwoziliśmy. Co to były za czasy, że zwykła rzecz wymagała ponadnormalnego wysiłku. Co to za czasy, że normalni ludzie, pracownicy naukowi, kradną, fałszują i tną papier. To była ciężka fizyczna praca. Myśmy nie siedzieli i nie kombinowali jak dowalić komunie,, tylko zasuwali.

Bitwa o papier wygrana! Ale czy wojna?

Akurat, kiedy wygraliśmy tę bitwę o papier, Służba Bezpieczeństwa była w kryzysie, rozwiązano szereg jej wydziałów we Wrocławiu.

Czyli można było się cieszyć.

Niekoniecznie, bo rozwiązano w tym najważniejszy dla nas wydział do walki z narkotykami i morderstwami. Jego członkowie z nami współpracowali, a to była najlepiej zorganizowana technicznie grupa milicji. Część z nich szkolono w Scotland Yardzie. Oni nam pokazali, jak wygląda praca operacyjna, obserwacja, szyfry, mieliśmy od nich dużo informacji. Powiedzieli nam również, że władze mają przekonanie, iż my całkowicie zinfiltrowaliśmy służby bezpieczeństwa. Ale cała komfortowa sytuacja się skończyła, kiedy zwolniono szereg ludzi i przyszły w ich miejsce osoby ze służb wojskowych. Po tej czystce zanikła ich aktywność. To nas zgubiło.

Wpadli na trop, ktoś się ugiął?

Służby dostały donos, że w pewnej okolicy dużo ludzi się kręci, wynoszą i przynoszą papier. Zorientowali się, że to punkt kontaktowy i zrobili bardzo profesjonalną zasadzkę. Tam ludzie przychodzili i wpadali jeden za drugim. Jeden z nich nie wiadomo dlaczego się załamał i zaczął wszystko mówić, co wiedział, a potem wymuszali nawet na nim, żeby mówił to, czego nie wiedział. On wskazał na zdjęciu na mnie, jako osobę, która przejęła po nim sieć kontaktów. Warto wiedzieć, że w podziemiu, również przestępczym, jest pewna gradacja oceny tego, jak ktoś się załamuje w czasie przesłuchania. Najgorzej, kiedy ktoś podpisze współpracę i zaczyna być wtyczką. Ale jeśli chodzi o sypnięcie, to najgroźniejsze i najbardziej karane jest rozpoznanie na zdjęciu. Bo jeśli kogoś wezmą w krzyżowy ogień pytań i zaczną stosować różne taktyki, to zawsze można coś przypadkowo powiedzieć. Ale na zdjęciu zawsze można udawać, że się kogoś nie poznaje. A on mnie rozpoznał.

Areszt był momentem przełomowym dla Pana?

Wtedy aresztowano mnie, ale i wiele innych osób, z których zresztą dużo nie miało nic wspólnego z życiem podziemnym, ale to byli nasi znajomi, którzy na przykład przyszli na imprezę. Szykowany był duży proces „SW” i kilkadziesiąt osób miało usiąść na ławie oskarżonych. Niepojęte było dla służb, że po takim ciosie „SW” nadal działa. Gazety wydawano bez problemu. To było dobre i złe, bo z jednej strony docenili skalę działalności, ale zorientowali się, że tą techniką, jaką próbują nas rozpracować, nic nie wskórają. Pokazaliśmy za dużo, jak wszystko funkcjonuje. Oczywiście Kornela nie znaleźli. Ten moment zakończył się wielką amnestią. To był koniec ambicji SB. Oni się napracowali, narobili zdjęć, przesłuchań, zrobili wielką robotę. Amnestia była dla nich ciosem nokautującym. Potem pracowali tylko tyle, żeby mieć posadę i nic więcej.

Po amnestii zmieniła się rzeczywistość konspiracyjna?

Podziemie było podzielone na dwie części. Takie jak my, z którym uważano że nic się nie da zrobić oraz druga część. Nazwano ją opozycją konstruktywną. Stanęliśmy przed faktem, że pomiędzy nami, a opozycją konstruktywną rozdźwięk był jeszcze większy niż jak się wtedy jakoś ułożyliśmy z „Solidarnością”. Zaczęto toczyć jakieś rozmowy, tworzyć koncepcje porozumienia. Większość ludzi zresztą to nie są jacyś wojownicy, tylko normalni ludzie i front rozsądku zaczął mieć bardzo duże oddziaływanie. Podjęliśmy decyzję o reorganizacji, spodziewaliśmy się, że nawet u nas część ludzi straci rewolucyjny zapał i nie wytrzyma tych trudów kolejnych lat konspiracji. Niektórym rozpadały się rodziny, nie mieli z czego żyć. Ja sam w pewnym momencie nie miałem za co kupić butów.

Na czym polegała reorganizacja?

Podjęliśmy decyzję o utworzeniu Komitetu Wykonawczego. Do tej pory zarządzał Korneli tzw. rada, czyli grupa ludzi, którzy założyli „SW”. Potem powołaliśmy komitet koordynacyjny szefów regionów. Chodziło o to, żeby mieć większy wpływ na pracę i politykę organizacji. Wtedy po raz pierwszy trochę sformalizowaliśmy organizację. Zaczęliśmy powoływać regiony, doprecyzowaliśmy sprawę następstwa i zaczęliśmy rozbudowywać wywiad zagraniczny.

Ktoś Wam pomagał spoza „SW”?

Nieocenione usługi nam oddawał prof. Romuald Kukułowicz z wileńskiej Armii Krajowej, który był doradcą prymasa Wyszyńskiego i człowiekiem Kościoła. On nam zbudował kanałami kościelnymi pierwszą siatkę. Miał dojście do ludzi z polityki zagranicznej, to on trzymał kontakt do CIA - biura na Sycylii. Drugi nasz kierunek tworzyła arystokracja. Tutaj wiele zawdzięczamy Andrzejowi Stadnickiemu, którego matka to księżna Lubomirska stale mieszkająca we Francji. Utworzyliśmy swoje przedstawicielstwa w różnych krajach. To co wcześniej było marginalne, stało się dosyć ważne. Zmieniły się zasady zasilania organizacji sprzętem i pieniędzmi. „SW” została wycięta w dwóch miejscach. Raz przez KOR-owską grupę z Warszawy. Wyrzucono nas na anatemę polityczną. Wcześniej, dzięki naszej sprawności organizacyjnej i determinacji, „Solidarność” musiała część transportów do przejęcia i rozpakowania nam oddać, bo oni nie umieli albo nie chcieli tego zrobić. Ale generalnie decyzja o rozbudowaniu struktur zagranicznych, żeby już tam za granicą zdobywać sprzęt, a nie pobierać go z tych transportów, była trafiona. Oprócz tych zadań nasze przedstawicielstwa miały też reprezentować naszą koncepcję polityczną.

Skąd konkretnie przychodził do Was sprzęt?

Pamiętam jak rozmawiałem z ludźmi z jednego transportu. To byli Hiszpanie, Baskowie. Najdzielniejsi ludzie po tamtej stronie. Anarchiści i trockiści, z takiego wręcz terrorystycznego podziemia. Oni się nie bali niczego, bo część z nich i tak już siedziała, więc wozili, co chcieli. Miałem się nimi opiekować, bo w ostatniej fazie transportu nie zgodziliśmy się, żeby oni jechali. Po pierwsze żeby ich nie narażać, a po drugie, żeby nie zdradzać, gdzie sprzęt dokładnie trafia, a to były głównie zakony czy inne punkty kościelne. Dlatego najczęściej stawali blisko Wrocławia na jakimś parkingu leśnym. Wysiadali, a wsiadali nasi kierowcy. Ja zaś ich brałem do pobliskiej wiosce na nocleg. Baskowie mnie raz zapytali: „Po co właściwie my wam to wozimy, co to za podziemie, że sam papier, aparaty, jakiś sprzęt. My wam możemy broń przywieźć!”. A ja na to, że po pierwsze w Polsce jest takie powiedzenie, że nie wozi się drzewa do lasu. My możemy sobie kupić tanio broń od Ruskich. To będzie tańsze i bezpieczniejsze. A po drugie, wy wozicie naszą broń. Wy wozicie papier, który jest jak naboje i drukarki, które są naszymi karabinami. Siła oddziaływania słowa na ten system jest większa, bo w strzelaniu oni są lepsi. Za to kłamią i nie mają żadnego duchowego oraz ideowego przesłania, które my posiadamy. Uda nam się przeprowadzić rewolucję, bo nie daliśmy sobie narzucić słowa zniewolonego. Jeżeli społeczeństwo jest zorganizowane i cywilizowane, to może wszystko oddać oprócz wolnego słowa.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Wrocławska
Dodaj ogłoszenie