Służące, czyli półniewolnice

Dr Monika Piotrowska-Marchewa
Ubieraj się schludnie, ale skromnie – radził w poradniku dla służby Kazimierz Riedl
Ubieraj się schludnie, ale skromnie – radził w poradniku dla służby Kazimierz Riedl 123rf
Udostępnij:
Służącym najbardziej doskwierał nienormowany czas pracy, sięgający 14-18 godzin na dobę. Poza krótkim wychodnym w niedzielę, jeden raz w miesiącu - pisze Monika Piotrowska-Marchewa

W wielu mieszczańskich domach służące były półniewolnicami" - napisała Irena Krzywicka we "Wspomnieniach gorszycielki", przywołując klimat Warszawy z początku XX wieku i zachowany w pamięci sposób traktowania służby. Pikanterii jej słowom dodaje fakt, że zostały skreślone ręką słynnej skandalistki i orędowniczki wyzwolenia kobiet. "Sytuacja półniewolnicy była […] nieludzka, ale nikt sobie podówczas z tego nie zdawał sprawy".

Pomimo powszechnej obojętności, celnie nazwanej przez Krzywicką, temat żeńskiej służby domowej wciąż powracał na łamy ówczesnej prasy i śmiało wkraczał do naukowych dzieł tamtej epoki. Przede wszystkim dlatego, że kryły się za nim zjawiska pozornie niemające nic wspólnego z domowym zaciszem: prostytucja, choroby weneryczne, handel żywym towarem czy dzieciobójstwo. Według badań przeprowadzonych w 1901 r. w Berlinie, 60 proc. tamtejszych prostytutek stanowiły byłe służące, w Warszawie w 1905 r. - 59 proc. W większości europejskich stolic wśród matek nieślubnych dzieci nieszczęsne służące plasowały się na pierwszym miejscu, przy czym ojcowie należeli przeważnie do wyższych od nich sfer.

Dla biednych i niewykształconych dziewczyn z przeludnionej polskiej wsi pójście na służbę było jedynym sposobem zaczepienia się w mieście. Właśnie z tego powodu kandydatkom na stanowisko pomocy domowej Adela Dziewicka radziła w "Praktycznych wskazówkach dla dziewcząt służących" z 1899 roku, aby wizytując domy w poszukiwaniu pracy, sumiennie wycierały buty w sieni i cicho zamykały drzwi, unikając trzaskania. W mieście o posadę było łatwo, gdyż służące zatrudniano nawet w domach zamożniejszych robotników. Najchętniej przyjmowano osoby młode, pojętne i "niezepsute". W 1897 r. Warszawie było ponad 38 tysięcy żeńskiej służby domowej. Pokaźną część tej grupy stanowiły dziewczęta w wieku 18-21 lat, ale nie brakowało też 12- i 13-latek. Praca była ciężka. Obowiązujące w Królestwie Polskim przepisy dotyczące służby domowej (zniesione w Polsce dopiero w 1946 roku!) nakazywały bezwzględne posłuszeństwo wobec panów, dopuszczały karę chłosty za większe przewinienia, a nawet pozwalały wyrzucić ciężarną służącą na bruk. Warunki pracy rzadko precyzowano na piśmie, ograniczając się do ustnego określenia listy obowiązków.

Służące mieszkały w fatalnych warunkach. Dziewczęta do wszystkiego (wykonujące prace domowe bez określonej specjalizacji, a tych było w domach warszawskich najwięcej) sypiały przeważnie w kuchniach, na rozkładanych na noc łóżkach lub w pawlaczach, w rozmaitych pozbawionych okien alkowach i przedpokojach. Lepiej miały stojące wyżej w hierarchii kucharki i pokojówki, które nierzadko zajmowały osobne pokoje. Bony i niańki drzemały w pokojach dziecięcych.
Najbardziej doskwierał służącym nienormowany czas pracy, sięgający 14-18 godzin na dobę. Poza krótkim wychodnym w niedzielę, a najczęściej jedynie raz w miesiącu, udzielanie czasu wolnego nie było przyjęte. A do tego służąca mogła stracić pracę dosłownie z dnia na dzień. W takiej sytuacji tylko uciułane po cichu oszczędności lub w porę zawarte małżeństwo dawały gwarancję spokojnej starości.

W powieści "Moje służby. Dziennik Marcysi" z 1906 roku, rzekomo opartej na zapiskach pokojówki, Cecylia Walewska, warszawska pisarka i publicystka, wieloletnia współredaktorka "Bluszczu", przedstawiła zestawienie najlepszych i najgorszych miejsc pracy. "Dobra posada" - to taka bez noszenia węgla z piwnicy, froterki (w trakcie której notorycznie zdarzały się omdlenia), prania, cerowania i szycia bielizny, chociaż mogła być z prasowaniem. Najchętniej przy paniach, które chcą przekazać swoje umiejętności, albo przy kucharzu, by nauczyć się dobrze gotować. Elitę wśród służby domowej stanowiły bowiem kucharki, z których zdaniem pracodawczynie musiały się liczyć, by ich nie stracić.
Najgorszym elementem złej służby, poza ciężką pracą i głodowym wyżywieniem, było zagrożenie ze strony paniczów. Nocami służące starały się chronić przed męską natarczywością, zamykając się w kuchni lub stawiając przy łóżku zapaloną świecę. Fizyczne kontakty z pracodawcami kończyły się źle, ale jedynie dla służby.

Ironią losu było to, że służbie domowej z racji jej młodego wieku i samotności powszechnie przypisywano naturalną skłonność do prowadzenia bujnego życia seksualnego. Służąca "podejrzewana o rozpustne życie znajdowała się pod stałą obserwacją" - pisze Jolanta Sikorska-Kulesza w książce "Zło tolerowane. Prostytucja w Królestwie Polskim w XIX wieku". Z tej właśnie przyczyny służąca podlegała przepisom kontroli policyjnej i miała obowiązek posiadania książeczki służbowej, w której pracodawcy prócz informacji o miejscu zatrudnienia i wysokości zarobków chętnie wpisywali osobiste uwagi o jej prowadzeniu się.

"Nie popełnimy chyba błędu, twierdząc, że ogół mężczyzn traktuje służącą zupełnie inaczej niż w ogóle każdą kobietę" - stwierdzała dr Teodora Męczkowska w książce "Służące a prostytucja" opublikowanej w 1906 roku. "Przy rozbieraniu i ubieraniu pana lub panicza służąca bywa nieraz powoływana do drobnych usług. Nie ma ona wstępu wzbronionego, gdy pan lub panicz kładą się do snu. Nieraz zmuszona jest ściągać im buty, przypinać kołnierzyki...".
Teodora Męczkowska z pasją właściwą działaczkom feministycznym pisała o zwyczaju pracodawców "wracania do domu późno i przez kuchnię", i o przypadkach zarażania służących chorobami wenerycznymi. Nie oszczędziła też statecznych żon. Jak podkreśliła, "każdy z nas wie, że mnóstwo pań wyjeżdża na lato, pozostawiając w domu mężów, braci, dla których 16-letnia młoda dziewczyna będzie zawsze pożądaną zdobyczą". Piętnowała też nie mniej popularny wśród nich zwyczaj wypowiadania pracy służbie w miesiącach letnich dla poprawy budżetu domowego. Pchało to bezrobotne dziewczyny wprost na ulicę.

Sytuacją żeńskiej służby domowej interesowali się także katolicy zainspirowani ogłoszoną w 1891 roku przez Leona XIII encykliką "Rerum novarum". Papież apelował w niej o pojednanie robotników i pracodawców w imię solidaryzmu społecznego i walki z wywrotowymi hasłami socjalizmu oraz nakazywał otoczenie opieką ludu pracującego. W miastach zaczęły się pojawiać chrześcijańskie stowarzyszenia służby domowej pod wezwaniem św. Zyty, patronki służących. Były to organizacje quasi-zawodowe, które pod egidą miejscowego duchowieństwa i co bardziej aktywnych pań domu, organizowały pośrednictwo pracy oraz wydawały własne gazetki i poradniki dla służących. Ostrzegano w nich potencjalne czytelniczki (a właściwie słuchaczki, gdyż pisma te radzono chlebodawczyniom prenumerować z myślą o głośnym czytaniu w kuchni) przed poszukiwaniem pracy bez żadnych znajomości, za pośrednictwem nieznanych "biur stręczenia" i prasowych anonsów. "Czuwaj nieustannie, abyś najpiękniejszej i prawdziwej ozdoby twej, to jest dziewiczej czystości, nie utraciła" - pisał Kazimierz Riedl w popularnym poradniku "Pamiątka dla dziewcząt służących: osobliwie po miastach". Podawał przy tym konkretne wskazówki: "Ubieraj się schludnie, ale skromnie, i bój się, by przez ciebie kto do grzechu nie był pobudzony, bo oprócz własnego jeszcze cudzy grzech weźmiesz na swoje sumienie". Poradniki nie udzielały natomiast żadnych informacji, co zrobić, gdy nieszczęście stanie się faktem. Kobiety upadłe nie mieściły się już jednak w obszarze ich zainteresowań.

Kontrowersje wokół służby domowej znajdowały odbicie przede wszystkim w sporach inteligencji, angażujących przedstawicieli rozmaitych jej odłamów, ale słabym echem odbijały się w życiu codziennym, nie docierając do kuchni czy stróżówek. Tam życie toczyło się wedle utrwalonych prawideł. "Pęta dawnych obyczajów były tak silne, że niepodobna sobie było wyobrazić, aby służąca chodziła innymi schodami niż kuchenne, aby nie całowała pani w rękę albo pozwalała sobie usiąść w jej obecności. […] Gdyby ktoś się sprzeciwił przyjętym obyczajom, wszyscy byliby niezadowoleni, a nade wszystko sama służąca" - kwitowała sprawę służby domowej Irena Krzywicka.

Dopiero wstrząs I wojny światowej i wymuszony nią postęp demokratyzacji stosunków społecznych sprawił, aby w powojennych realiach w niepodległej Polsce kwestia ta nabrała nowego znaczenia.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

a
as
że taka pani Senyszyn czy Szczuka była dużo szczęśliwsza jako służąca......
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Wrocławska
Dodaj ogłoszenie