Seks astralny i szklanka z Polską - wywiad z Grabażem

Jacek Antczak
Sławomir Nakonieczny
Z Krzysztofem Grabażem Grabowskim, poetą rocka, liderem zespołów Pidżama Porno i Strachy na Lachy rozmawia Jacek Antczak

W swojej autobiografii "Gościu", która właśnie trafiła do księgarń, mówisz Krzysztofowi Gajdzie, że pracujesz w najfajniejszym zawodzie świata. Ale jak byś określił ten zawód: poeta, artysta, muzyk, a może outsider lub buntownik?
Jestem po prostu człowiekiem, który pisze piosenki i czasami stara się je śpiewać. Moment gdy się pisze piosenkę i jestem zadowolony z efektu, jest lepszy niż megaastralny, kosmiczny sex.

A potem jest "drugi raz", czyli konfrontacja tego orgazmu z fanami podczas koncertu? Fantastycznie w "Auto-bio-grabażu" opowiadasz, jak ścigałeś się z Kazikiem, jeśli chodzi o długość... koncertu.
Ale od razu wymiękłem w tej konkurencji. Kazo jest niezniszczalny.

A najdłuższy koncert w Twoim życiu?
Doszło do niego we Wrocławiu, gdy właśnie Kazik był gościem na urodzinach Pidżamy. Graliśmy 40 kawałków, prawie 4 godziny. To nie najgorszy wynik, bo Kult w rekordowym secie zagrał sześćdziesiąt. Ale byliśmy trochę młodsi, mieliśmy więcej zdrowia. W książce jest akurat zdjęcie z tego koncertu.

Niedawno, w sierpniu, trafiłeś w kolejne legendarne miejsce Wrocławia, do zajezdni przy Grabiszyńskiej. Strachy były jednym z bohaterów koncertu z okazji 30-lecia powstania Solidarności. Jak się czułeś podczas tego występu i nie chodzi mi o to, że było zimno i lał deszcz...
Wrocław nie bez powodu często pojawia się w mojej autobiografii. Mój dziadek, Edmund Sachnowski, pracował 30 lat w Hutmenie. Był rodowitym warszawiakiem, ale po wojnie, gdy wracał z niewoli, to wysiadł z na stacji Wrocław i tu się osiedlił. Moja mama jest wrocławianką. Był plan, żebym zamieszkał we Wrocławiu, miałem tu narzeczoną, ale widać los chciał inaczej. Urodziłem się w Poznaniu, 19 lat mieszkałem w Pile, od 26 lat znów jestem Poznaniakiem.

A wracając do koncertu czułeś, że 30 lat temu, gdy ty miałeś 15 lat, walczyło się o to by tak wyglądała Polska?
Moment, w jakim teraz jesteśmy został nam dany przez historię i jest absolutnym cudem. Ale hurraoptymistą nie jestem. Z jednej strony możemy powiedzieć, że od tego czasu zrobiliśmy jako społeczeństwo i naród bardzo dużo, ale z drugiej wiele szans przechodzi nam między palcami. Uważam, że symboliczna szklanka jest do połowy pusta, ale nie zapominam o płynie, który się w niej pojawił. Natomiast jeżeli porównam sobie te szklanki, czyli Polskę z roku 1980 i 2010, to różnica bije po oczach. Nawet ślepy wyczuje, że w tej obecnej szklance jest znacznie więcej wody, niż wtedy.

Ale biorąc pod uwagę "Dodekafonię" i że "żyjesz w kraju, w którym wciąż ktoś cię robi w chuja" to, widać, wciąż jesteś "chory na Polskę" i masz z nią poważny problem.
Tak, Polska jest moim przekleństwem. Bo nie mogę i nie chcę mieszkać gdzie indziej Jeśli chodzi o moje wnętrze jestem absolutnie prawdziwym Polakiem.
Prawdziwym Polakiem? Hm, jak zwykle nie specjalnie liczysz się ze słowami w opiniach.
Specjalnie używam tego zwrotu, celowo mówię to głośno, nie uważam, że prawdziwymi Polakami są tylko ci, którzy wrzeszczą że nimi są. Także ludzie tacy jak ja, którzy mają inne spojrzenie na patriotyzm Anno Domini 2010, powinni głośno mówić, że są patriotami. Nie można pozwolić, by jedna grupa zawłaszczała sobie tak niezbywalne i uniwersalne historie jak "patriotyzm", "bycie Polakiem", "Polska". Jestem dokładnie takim samym Polakiem, jak ci, którzy krzyczą o tym teraz tak głośno.

Na dodatek jesteś patriotycznym kibicem i to takim, który wzrusza się, kiedy grają polski film podczas dekoracji sportowców albo przed ważnymi meczami. A "Lechowi Poznań" poświęciłeś nawet rozdział w autobiografii.
Kibic, to stanowczo zbyt słabe określenie. Jestem maniakiem sportowym. To nie tylko Lech i piłka nożna. Ostatnio zaszokowałem nawet wrocławskiego taksówkarza, gdy usłyszał, że potrafię wymienić niemal cały skład Śląska Wrocław z lat 70, z czasów kiedy toczył boje z Liverpoolem.

Ale pewnie nie jesteś w dobrym nastroju, bo Zagłębie Lubin akurat pokonało twojego Lecha (rozmawialiśmy przez czwartkowym meczem z Manchesterem - przyp JA).
Taka jest dola kibica - raz się cieszymy i jesteśmy w niebie, drugim razem winda się psuje, pękają sznury i spadamy z impetem do piekła.

Oglądasz wszystkie transmisje?
Mam wszelkie dostępne kanały sportowe wszystkich stacji. Mało tego, umiem się połączyć z kanałami, które transmitują wydarzenia sportowe, których nie ma w ofercie żadna platforma cyfrowa.

Ale na przykład kolarstwo górskie i sukcesy Mai Włoszczowskiej, Cię pewnie nie emocjonują.
Dlaczego, bardzo. A tacy sportowców jak Maja Włoszczowska czy Karol Bielecki darzę najwyższym szacunkiem. Wszystkich naszych piłkarzy zamiast na poranną modlitwę, wysyłałbym na tydzień treningów z Mają czy Karolem, żeby poczuli czym jest prawdziwy sport. Nie hochsztaplerką i ściemnianiem, tylko misją.

A jaka jest misja Gościa takiego jak Ty? Jak się czuje człowiek, który w wieku 45 lat staje się dla dzisiejszych nastolatków i pokolenia ich rodziców, takim klasykiem jak Jacek Kaczmarski?
Nie śmiałbym się porównywać z Kaczmarskim, gdyż on jest dobrem narodowym i jednym z największych cudów, który przytrafił się po 1945 roku naszej ojczyźnie. Przy nim czuje się jak pestka słonecznikowa. Ale cieszy mnie to, że po iluś tam latach funkcjonowania na scenie znalazłem całkiem pokaźne grono osób, dla których jestem ważnym twórcą. Tym bardziej, że nie należę do gatunku ludzi, którzy cieszą z każdego wschodu słońca i kwiatków na łące. Za to bardzo lubię jak się ludzie do mnie uśmiechają i są wobec mnie w porządku - to dla mnie pierwotna bazą czerpania radości z życia.
"Jestem agnostykiem, ale jeśli chodzi o pisanie czuję wieź z Najwyższym. Śmiem twierdzić, że od niego zależy kiedy wyrzuci śmieci i czy przy okazji parę rzeczy spadnie na mnie" To zaskakujące zdanie z książki, ale wiele mówi o Tobie. Nie uważasz, że Najwyższy ze śmieciami wyrzuca czasem wartościowe rzeczy, które trafiają do Ciebie?
Z całą pewnością i kiedy już dostępuję łaski, rzucam się na te odpadki i staram się je zbierać skrupulatnie, jak napalony grzybiarz, wyposzczony po 10 latach przerwy w zbieraniu, koszę w lesie cały grzybozbiór, do ostatniej kurki. Przez większą część swojego dorosłego życia nie piszę, więc gdy przychodzi taki moment, że się za to zabieram, jakieś czakramy mi się we łbie otwierają i wtedy piszę maksymalnie łapczywie, prawą ręką, lewą ręka i jeszcze do siebie gadam, żeby nie zapomnieć, tego co do mnie przyszło.

I zapisujesz to wszystko w w komórce.
Nie tylko. Wszędzie - na kartkach, w dyktafonie...

A kiedy rodzi się z tego tekst piosenki, poezja, a kiedy zalewasz foremkę?
Nie rozróżniam tego, nieraz dzieje się to jednocześnie. Bardzo często gdy coś mi wpada do głowy, notuję i odkładam ad acta. Kiedy z takich odłożonych projektów składa się już niezła sterta, siadam i zaczynam to porządkować. Tak było przy "Dodekafonii".

Jak ktoś nie przeczyta autobiografii, to nie będzie wiedział, co to jest zalewanie foremki.
W moim przypadku chodzi o pisanie piosenek, bo w powszechnym mniemaniu kojarzy się to z czymś innymi, choć równie fajnym. Bardzo często mam gotowe linie melodyczne, zawierające ileś sylab, którymi trzeba tę melodię wypełnić. Pisanie piosenek, to nic innego, jak układanie sylab, które w moim przypadku niosą jeszcze jakąś treść. Muszą to być słowa, które później będzie można zaśpiewać i są pasem transmisyjnym niosącym melodię. Na tym cała ta sztuka polega, a więc bardziej niż poetą, jestem sylabistą.

Te sylaby, składające się w wyrazy, a potem zdania, są skrupulatnie analizowane w "Gościu". Gajda drąży i czasami sugeruje, że coś wrzuciłeś, żeby było do rymu, a teraz słuchacze głowią się nad tym co to znaczy.
Czasami tak bywa, nie ukrywam tego. Piosenka raz musi mieć rym, innym razem się bez niego obywa. Tęsknię teraz za takimi piosenkami, gdzie wykończenia linijek kończą się na "la, la, la". To jest immanentna cecha piosenki. Taki kawałek dzięki temu zaczyna żyć. Przecież ludzie często łapią rozumienie piosenki począwszy od najbardziej oczywistych banalizmów, od onomatopeicznych szlagwortów. To w piosenkach jest fajne, że czasem można złamać konwencję, a ja bardzo lubią je łamać...

560 stron o Grabażu. Czy ujawniłeś wszystko, o życiu rockandrollowca? O winie, kobietach i śpiewie?
Nie wszystko, kompromitujące mnie materiały zostaną odtajnione 50 lat po mojej śmierci:). Spieszę jednak donieść, że nie prowadzę takich archiwów i nie zbieram haków na siebie samego.
"Rzeczy ostateczne w katolickiej Polsce sprzedają się najlepiej" - mówisz w kontekście powodzenia, jakim cieszyły się ostatnie koncerty Pidżamy Porno. Jeśli to ostateczna wersja Twojej biografii to tez będzie bestesellerem. Piszesz w niej o drodze do sukcesu i swoich upadkach. Jakie były największe?
Szczęśliwie na scenie zbyt dużo ich nie było. Za to, gdy rozpoczynaliśmy karierę, byliśmy ogórkami i leszczami, były bardzo kolorowe i generowały mnóstwo zabawnych historii, które starałem się tu przypomnieć. Często dostaję pytania, co trzeba zrobić, żeby odnieść sukces i zrobić karierę w tym kraju. Zazwyczaj zamykam to formułką, że trzeba mocno wierzyć w to co się robi. W książce pokazuję to na konkretnych historiach, jakie nam się przydarzyły. To jest elementarz dla ludzi, którym wydaje się, że gwiazdą rocka w Polsce zostaje się w kwadrans.

Zawsze i wszędzie będzie się o tym marzyło i warto się przekonać, że ta droga trwa "troszkę" dłużej. Ty byłeś buntownikiem, anarchistą, punkiem. A teraz?
Mogę śmiało o powiedzieć, że jestem byłym punkiem. Ostatnio razem z Krzyśkiem Grabowskim z Dezertera opowiadaliśmy w wywiadzie o starych czasach, o latach 80. i w pewnym momencie dokonałem konstatacji: "Czy nie uważasz drogi kolego, że gadamy już trochę jak dwóch akowców?".

Wolność jest nadrzędna, od początku do końca - mówisz o swoich wartościach. Ale chwile potem dodajesz: pracowitość, zawziętość, pokora, cierpliwość to droga do sukcesu. Normalnie... cnoty protestanckie. To jak na punkowca, nawet byłego, brzmi niepokojąco.
Dlaczego? To cechy poznańskie, a nie religijne. Jestem najdalszy od identyfikowania się z jakimkolwiek ruchem religijnym. Kilka stron dalej w książce mówię, że moim zdaniem największym zagrożeniem współczesnej ludzkości jest rozbuchany nacjonalizm i ruchy religijne. Nie wiem czy to dobre czy złe, ale wyrobiłem w sobie przez lata, że najfajniej się czuję, gdy pracuję. Praca przy rzeczach, które lubię, nie tylko sprawia przyjemność, ale jest sensem mojego życia. A zabawy, hulanki, swawole? Oczywiście, też są. Na pewno nie jestem pieprzonym mnichem, zamkniętym w klasztorze, który sobie zbudowałem by realizować się wyłącznie poprzez pracę. Balowanie też jest potrzebne, bo dusza i umysł ludzki potrzebują równowagi i po okresie wytężonej pracy człowiek musi odreagować.

The Clash i Jacek Kuroń. Niby dwa różne, odległe od siebie światy, a Ty mówisz, że brytyjska kapela i postać Kuronia wywarły wielki wpływ na Twoje poglądy.
The Clash jeśli chodzi o postawę artystyczną, otwartość kulturową, umiejętność robienia rzeczy wybitnych w oparciu o problemy społeczne. Pokazali, że można pisać fajne piosenki rockandrollowe, które stają się nieśmiertelnikami, a nie opowiadają tylko o relacjach damsko-męskich. A Kuroń? To wzorzec współczesnej istoty ludzkiej z krwi i kości. Był człowiekiem, który mylił się, grzeszył, błądził, ale cały czas dążył do tego, żeby świat wokół niego był lepszy. To dla mnie przykład polityka, który zagłębiał się w sprawy społeczne, a przy tym całym życiem zaświadczał, że jest porządnym człowiekiem.
Przyznajesz, że serce masz po lewej stronie, czyli zgadzasz się, że jeśli ktoś za młodu nie był socjalistą, to potem będzie świnią.
Tak, nawet rozszerzyłem tę formułę: artysta, który za młodu nie grał punk rocka, nie będzie potem robił dobrej muzyki.

"Prowokacje językowe w tekstach polskich grup muzyki alternatywnej na przykładzie twórczości Grabaża" - to temat pracy maturalnej sprzed kilku lat, wtedy powstały pierwsze prace magisterskie o Pidżamie Porno.
Dziś jest już z sześć magisterek z Grabaża.

Piszą mądrze, czy dowiadujesz się ze zdziwieniem, o co chodzi w swoich tekstach i postanowiłeś to wyjaśnić w "Auto bio Grabażu"?
To było jeden z głównych powodów powstania książki. Początkowo to miał być właśnie wyłącznie rajd po piosenkach. Co roku w okolicach lutego, dostaję całą stertę maili od maturzystów z błaganiem "Grabaż pomóż". Mam na to formułkę: "Sorry, stary, to Twój egzamin dojrzałości, więc musisz się dobrze spisać i wykonać szereg czynności samodzielnie. Sam musisz do tego dojść, jeśli chcesz być dorosły". Inna inszość jest wtedy, gdy mam do czynienia z pracami magisterskimi. Poziom musi być wyższy, a czasami łapię się za głowę "Matko Boska, gdzie te meandry moich badaczy prowadzą?". I pomyślałem, dobra, dam im jakąś wykładnię siebie samego, podsunę tropy. I fajnie, że w tym momencie trafiłem na Krzyśka Gajdę, a książka o piosenkach rozrosła się do autobiografii.

Ty też pisałeś na historii magisterkę o punk rocku?
Ja o historii sportu. "Sport w Pile. Zarys dziejów 1945 - 1980".

No to punkrockowa praca, bo sport w Pile się w Polsce nie bardzo się kojarzy.
W tamtym okresie nie było się czym chwalić, potem było dużo lepiej.

Za to płyta "Autor" została uhonorowana Paszportem Polityki. Poza tym nie jesteś zbyt rozpieszczanym nagrodami. Ale ujawniasz, że otrzymałeś nagrodę za cover, którego nikt by się po tobie nie spodziewał.
Tak, pierwszą nagrodę artystyczną dostałem na zimowisku w Chodzieży za wykonanie "Kolorowych jarmarków" Laskowskiego.

Już wtedy chciałeś być gwiazdą?
Ja się nią urodziłem. Rodzice pamiętają, że jak miałem kilka lat wchodziłem na scenę, przerywałem pianiście i mówiłem, że jak on może tak plumakać, to ja też. W przedszkolu byłem gwiazdą, bo opowiadałem bajki, których uczyłem się na pamięć z czarnych płyt w domu. "Nasza pani", sadzała mnie na środku sali, opowiadałem te bajki, włącznie ze ścieżką dźwiękową, wszyscy siedzieli zasłuchani, a pani mogła spokojnie czyścić paznokcie.

I tak Ci zostało, znów stoisz przed publicznością na scenie tyle, że nie spokojnie i żadna pani nie czyści paznokci. O co pytają Cię ludzie na spotkaniach? Ponoć najczęściej odpowiadasz na pytania Che Guevarę.
Najczęściej to muszę opowiadać o szapoklaku, a ostatnio dyżurne pytanie, dotyczy koncerty Pidżama na XXX Festiwalu w Jarocinie.

Drażnią Cię pytania o reaktywacje Pidżamy?
Nie, przecież to mój ukochany zespół, fajnie, że ludzie za nim tęsknią. Jeżeli się za czymś się bardzo tęskni i się to dostaje, to naprawdę można człowiekowi spłatać kawał... szczęścia.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

S
Sylwia

Panie dziennikarzu proszę zatrudnić korektora. koniecznie. Dziękuję.

Dodaj ogłoszenie