"Rolnik to nie szkodnik". Rozmowa z ministrem Janem Krzysztofem Ardanowskim

LUCYNA TALAŚKA-KLICH
minister Jan Krzysztof Ardanowski Waldemar Wylegalski
Rozmowa z Janem Krzysztofem Ardanowskim, ministrem rolnictwa i rozwoju wsi o przyszłości polskich gospodarstw i zagrożeniach związanych m.in. ze zmianą klimatu.

Powiedział pan niedawno, że rolnictwo znalazło się na „cywilizacyjnym zakręcie”. A co widać za tym zakrętem?

Coraz więcej osób mówi, że trzeba zabronić hodowli zwierząt, a uprawy są szkodliwe dla Matki Ziemi. Ja się z tym diametralnie nie zgadzam. Wpływ rolnictwa - nawet jeżeli jest częściowo destrukcyjny z powodu metanu z krowich żołądków czy innych przeżuwaczy - to korzyści dla klimatu jakie daje dobrze rozwinięte rolnictwo, są niewyobrażalne. Bujna szata roślinna może pochłaniać dwutlenek węgla, a jednocześnie musimy mieć z tyłu głowy, że trzeba żywić zarówno obecną populację (na świecie ok. 2 miliardów ludzi jest zagrożonych głodem), ale również następne pokolenia. Dane demograficzne wskazują, że do 2050 roku przybędzie ok. 2 mld ludzi, ich trzeba będzie też wyżywić. Dlatego rolnictwo ma zadania szczególne, jest obrońcą przyrody, jej kustoszem, a nie zagrożeniem.

Być może te nieprzychylne dla rolnictwa opinie są efektem tego, że pojawia się coraz więcej dziwnych badań na temat wpływu rolnictwa na środowisko? Zajęto się np. wpływem metanu od przeżuwaczy na zmiany klimatu. Wyniki tych opracowań są bardzo różne i w niektórych przypadkach mało wiarygodne. Komu ludzie mają wierzyć?

To są działania lobbystyczne, niektóre mogą być nawet skierowane wprost przeciwko liczącym się krajom rolniczym, takim jak Polska.

Poraża cynizm tych argumentów. Jeżeli ktoś jest tak bardzo proekologiczny, że z przyrody robi boga - marginalizując ludzi, twierdząc iż zwierzęta są od nich ważniejsze - to nie powinien jeździć samochodem, latać samolotem, nie powinien też używać telefonu komórkowego, bo ślad węglowy przy ich produkcji niszczy klimat. Dlatego twierdzenie, że rolnictwo szkodzi, to cynizm i oszustwo. Mówią to osoby, które żerują na ludzkiej naiwności. Przede wszystkim na wrażliwości najbardziej delikatnych młodych ludzi pełnych ciepła, empatii, wrażliwości, miłości do zwierząt. To ich niektóre organizacje - nazywane przez rolników ekoterrorystycznymi- wykorzystują do swoich gier.

Jednak także rolnicy muszą coraz bardziej dbać o ochronę środowiska.

Oczywiście, rolnictwo nie może być pasywne wobec zmian klimatycznych. To jedno z kolejnych obciążeń. I nie chodzi tylko o ograniczanie emisji - to się dzieje, bo przybywa maszyn napędzanych silnikami hybrydowymi, elektrycznymi, stosuje się nowe typy napędów, które mają emitować mniej spalin do atmosfery.

Czy także w przypadku produkcji zwierzęcej nie warto wprowadzić zmian bardziej przyjaznych środowisku? Chociażby poprzez modyfikację w żywieniu zwierząt. Wchodząc na dużą konwencjonalną fermę, gdzie zużywa się głównie pasze przemysłowe, zapach jest inny niż na fermie, gdzie zwierzęta utrzymywane są np. w systemie ekologicznym. Co prawda wielkość produkcji też ma znaczenie, ale ważne jest i to czym są karmione zwierzęta.

Prawdopodobnie wpływ (w przeliczeniu na sztukę świni czy krowy) na emisję jest zbliżony, ale produkcja zwierzęca też wymaga zmian.

Postęp hodowlany idzie w kierunku takich zwierząt, które w mniejszym stopniu będą oddziaływały na środowisko. Ważne jest, by realizować zalecenie dotyczące prowadzenia produkcji bardziej proprzyrodniczej, zrównoważonej, o lepszym dobrostanie zwierząt. To jest pewnego rodzaju obowiązek, do przestrzegania którego będą w kolejnych latach nakłaniani rolnicy. Tak chce Unia Europejska. Może nam - mając mniej przemysłowe rolnictwo, bardziej związane z mniejszymi stadami, z gospodarstwami rodzinnymi, stosującymi mniej przemysłowych środków produkcji - będzie łatwiej dostosować się do tego nowego modelu rolnictwa europejskiego.

Ale to trzeba zrozumieć. To jest też kwestia naszej wiedzy - chodzi mi o rolników. A podstawowym prawem i obowiązkiem gospodarza jest troska o glebę.

Czy coś z tą wiedzą jest nie tak jak trzeba?

Przede wszystkim trzeba zrozumieć, czym jest gleba - nie tylko wierzchnią warstwą kuli ziemskiej do trzymania korzeni, tylko trzeba wiedzieć, jakie tam zachodzą procesy, jaką rolę pełni substancja organiczna, od czego zależy i jakie ma skutki kwasowość gleby...

Niedawno rozmawiałam z rolnikiem, który zwrócił uwagę, że w jego okolicy coraz więcej gruntów wykorzystywanych bardzo intensywnie pod uprawę cebuli jest zdegradowanych. Zabrakło wiedzy, doświadczenia?

Nasi dziadkowie czy ojcowie nawet jeśli do szkół rolniczych nie chodzili, wiedzieli że o glebę trzeba dbać! Że trzeba stosować nawożenie organiczne, wapnować, stosować takie zabiegi uprawowe, które nie przesuszają gleby. A nie na początku maja wjeżdżać agregatem, bo kukurydzę się będzie siało! Trzeba rozumieć, czym jest gleba! Zresztą wiele się zmienia - odchodzi się od uprawy płużnej, pojawiła się tendencja, by nie przemieszczać warstwy beztlenowej do góry, a tlenowej w dół, ponieważ to powoduje destrukcję gleby.

Nie rozumiem tego, że niektórzy rolnicy martwią się, czy będą mieli następcę, a nie zastanawiają się czy to, co zostawią w gospodarstwie, to nie będzie tylko klepisko i pustynia.

Tylko dobra, żyzna gleba - nie z natury rzeczy, ale ta zadbana przez rolnika o dużej ilości próchnicy, czyli węgla organicznego, kwasów humusowych (poprzez humifikację), odpowiednim pH i dużym życiu biologicznym, pożytecznych bakterii, grzybów, dżdżownic itd. - może być podstawą nowoczesnego rolnictwa produkującego wysokiej jakości żywność.

Umiejętna uprawa gleby to nie jest nic skomplikowanego, starsze pokolenia (bez nauki w szkołach) taką wiedzę posiadały.

To znaczy, że ci którzy wiedzę o uprawie gleby zdobywają w szkołach rolniczych, mają gorsze umiejętności?

Wiedza rolnicza się uwsteczniła. Sprawność kciuków gospodarzy w obsługiwaniu smartfonów wzrosła, coraz lepiej potrafią posługiwać się laptopami, joystickami, ale o biologicznej stronie rolnictwa wiedzą za mało. To jest jakiś problem także w szkołach rolniczych.

Gospodarz, który chce uzyskiwać dobre, powtarzalne plony, musi umieć dbać o glebę. Tymczasem niejednokrotnie konia z rzędem temu, kto wie jakie powinno być następstwo roślin, jak stosować płodozmian, jakie uprawiać poplony, międzyplony, nawożenie organiczne (które kiedyś było podstawą żywienia roślin), kwasowość gleby, badanie jej pod kątem składników odżywczych, (których w większości gleb jest pod dostatkiem, tylko są w wersji uwstecznionej, ponieważ jest niewłaściwy odczyn). To jest wiedza bez której współczesny rolnik sobie nie poradzi!

Znam pola w Wielkopolsce o stosunkowo słabej glebie (IVb), gdzie przy suszy trwającej trzy miesiące, dały ponad siedem ton pszenicy z hektara. Dlaczego? Bo tam było zmianowanie wieloletnie, ziemia była odpowiednio uprawiana, a gleba jest jak gąbka chłonąca i utrzymująca wodę. W sąsiedztwie tych pól są inne gospodarstwa, których właściciele narzekali na spadek plonów: - Panie, susza! Wody nie ma, gdzie pieniądze?

Lucyna Talaśka Klich

Rolnicy obawiają się, że susza powróci i w tym roku.

Ja też obawiam się kolejnego roku w rolnictwie, bo pogoda jest nietypowa - zimy praktycznie nie było, zabrakło przerwania okresu wegetacji. Brak mrozów sprzyja także masowemu rozwojowi szkodników, dlatego cieszę się, że pomimo różnych oskarżeń podjąłem decyzję o stosowaniu neonikotynoidów w zaprawach rzepaku, bo bez tego tych upraw na polach już by nie było.

Śniegu zabrakło, więc wody w glebie wiosną będzie mniej i można się spodziewać, że w kwietniu znowu będzie problem z suszą. To może być kolejny trudny rok, dlatego zamiast przede wszystkim martwić się o odszkodowania, należy zadbać o glebę, o zatrzymanie wody. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś w tym roku bardzo szybko nie włókował pól, nie bronował, nie przerywał parowania.

No i przypominam o programach nawodnieniowych, z których warto korzystać. Rozpoczął się kolejny nabór, który potrwa do 20 kwietnia.

Ci rozsądni gospodarze - których wierzę, że jest więcej - chcą zainwestować w nawadnianie. Ale pierwszy nabór nie był dla nich łatwy. Niektórzy twierdzą, iż nie dali rady spełnić wymogów, zniechęciła ich biurokracja.

W pierwszym naborze dotyczącym nawodnień w gospodarstwach było 670 wniosków. Czy to jest tak mało? A narzekanie na biurokrację to nic nowego, ale jak ktoś daje dużo pieniędzy z zewnątrz, to pewne wymagania muszą być. Jeśli rolnik chce pieniędzy bez biurokracji, to niech idzie do sąsiada! Dostanie je?

Nie będzie ułatwień?

Będą, ale pamiętajmy, że pierwszy nabór był swego rodzaju próbą. Na suszę narzekało 200 tysięcy właścicieli gospodarstw, a raptem niespełna 700 się zgłosiło. Mam nadzieję, że w obecnym naborze wniosków będzie więcej.

Mnie zależy na nawodnieniach przede wszystkim w małych gospodarstwach, a nie w wielkich kombinatach.

Retencja, czyli odtworzenie oczek wodnych, zatrzymanie wody tam gdzie są zagłębienia, proste mechanizmy hydroinżynierii - to powinno wynikać z dostrzeżonych potrzeb, a nie tylko z szans na dopłaty.

Sprawdź też: Składanie wniosków o dopłaty bezpośrednie 2020 w czasie walki z koronawirusem bez zmian
Przyszedł do mnie niedawno rolnik, który ma łąki nad rzeczką i stwierdził, że prostymi sposobami, przy użyciu desek, drewnianych prowadnic można zrobić zastawki, by podnieść poziom wody o ok. 1 m. Bardzo sobie cenię takie głosy. Oczywiście, ważne by nie szkodzić nikomu, dlatego np. pozwolenia wodnoprawne są ważne. Należy w sposób odpowiedzialny zabezpieczyć interesy wszystkich osób korzystających z wody. Zatem jeżeli ktoś sam nie zadba o swoją glebę, niech potem nie narzeka.

Zachęcam rolników, żeby korzystali z tego naboru na nawadnianie. Będą też kolejne.

Gospodarze chętnie korzystali z innych naborów dotyczących modernizacji. No i wielu z nich wciąż czeka na realizację wniosków. Kiedy to się zmieni?

To jest bardziej złożony problem - czy Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa jest instytucją wydolną, czy w sposób strukturalny nie jest w stanie obsłużyć wcześniej składanych wniosków? Tego tematu dotyczyły m.in. reprymendy, jakie otrzymali ode mnie szefowie tej agencji.

Mówi pan o tzw. taśmach Ardanowskiego?

Tak, chodzi o nagraną rozmowę z kierownictwem agencji. Dla mnie czymś niezrozumiałym jest to, by wnioski leżały w agencji miesiącami, a nawet latami! One powinny być rozpatrywane na bieżąco. Owszem, te najtrudniejsze, skomplikowane, inwestycyjne - może przez dwa, trzy miesiące, ale nie może być tak, że te proste wnioski zakupowe czekają rok albo dwa lata. To skandal!

Kierownictwo agencji - zarówno to w Warszawie, jak i w oddziałach - będzie bardzo mocno dyscyplinowane, żeby lepiej zarządzać pracownikami. By mieli oni determinację w pracy nad tymi wnioskami.

Ma pan pomysł, jak to zrobić?
Zastanawiam się nad zmianą sposobu wynagradzania czy premiowania. Będzie nagroda za liczbę pozytywnie przeprocedowanych wniosków. Co ważne - nie tylko przeprocedowanych, ale pozytywnie przeprocedowanych!

Rozumiem, że nie chodzi o to, by pracownicy ARiMR przymykali oko na niedociągnięcia we wnioskach, żeby naginali prawo?

Oczywiście, że nie o to chodzi, żeby łamać prawo!

Uczciwie trzeba przyznać, że czasami winą samych rolników jest to, iż dla zapewnienia sobie miejsca w kolejce po unijną pomoc zaraz na początku naboru składają wnioski niemal puste - wypełnione są tylko miejsca na nazwisko, imię, adres... Potem trzeba rolnika wzywać do uzupełnienia, korespondować z nim...

A ten rolnik, który dłużej przygotowuje wniosek (ale jest on za to kompletny, ze wszystkimi dokumentami), trafia często na koniec kolejki i bywa, że dla niego brakuje pieniędzy.

To nie jest w porządku! Nie można tego zmienić?

Od nowej perspektywy unijnej wszystkie wnioski o dopłaty - także te inwestycyjne - trzeba będzie składać w wersji elektronicznej. Każdy arkusz trzeba będzie wypełnić, bo inaczej ten wniosek przez internet nie przejdzie. To da równe szanse wszystkim rolnikom.

Natomiast agencja musi inaczej zarządzać kapitałem ludzkim. Można przesuwać wnioski między województwami, powiatami i przekazywać je tam, gdzie akurat jest trochę mniej pracy.

Pracownicy ARiMR twierdzą, że mają bardzo dużo pracy...

Pracy w agencji ubyło, bo w zdecydowanej większości wnioski o płatności bezpośrednie trafiają w wersji elektronicznej.

Ważna jest także kwestia motywacji pracowników agencji, którzy powinni mieć świadomość, że służą rolnictwu. ARiMR musi być instytucją efektywną, życzliwą rolnikom, a nie taką która się od nich opędza jak od natrętnej osy.

Rolnicy coraz częściej czują się bezsilni w walce o rynek i robią sobie nadzieje słysząc o Platformie Żywnościowej. Co ona może dać np. właścicielom małych gospodarstw?

Platforma Żywnościowa ma być narzędziem (o którym mówi się w Polsce od co najmniej kilkunastu lat) zobiektywizowania obrotu artykułami rolnymi, a przede wszystkim zbożem i innymi nasionami. Chodzi o kojarzenie ofert podaży i popytu w sposób przejrzysty.

Dziś gospodarz sprzedając płody rolne nie wie do końca, czy dostał dobrą cenę, czy ktoś mu łaskę robi, że od niego kupuje? Taka giełda, która będzie działała w Warszawie będzie też wskaźnikiem cen rynkowych. Na początek będzie kojarzyła oferty bieżące, później także w transakcjach terminowych. To jest skomplikowane przedsięwzięcie - pracuje nad nim m.in. Giełda Papierów Wartościowych.

Platforma Żywnościowa będzie dla każdego, kto będzie mógł zaoferować większe partie jednorodnego towaru. Zatem mogą to być duzi rolnicy, handlarze zbożem, ale i mali gospodarze, którzy się zorganizują, by móc wspólnie sprzedawać wystandaryzowane partie towaru. Niech to będzie dla nich zachętą do pracy w grupach.

Kiedy ta platforma zacznie działać?

Mam nadzieję, że od marca. Rozpocznie od handlu zbożem ubiegłorocznym, bo zapasy jeszcze są. Potem będzie płynne przejście do sprzedaży tegorocznych zbiorów.

Temu zadaniu będzie służyło nabrzeże - port zbożowy w Gdyni, drugi (później) w zespole portów Szczecin-Świnoujście.

Port państwowy ma służyć każdemu, kto znajdzie na świecie odbiorcę na statek zboża, czy na ileś tam komór towaru w statku. Będzie można korzystać z infrastruktury przeładunkowej. Np. mamy kupca w Egipcie, ustalamy kiedy będzie transport i zwozimy zboże do magazynu w porcie, udostępnionego na ten czas. Towar będzie można jak najszybciej załadować (postoje statków są kosztowne, więc lepiej towar najpierw przetransportować do magazynu). Dzięki temu nawet tani import zboża z Ukrainy nie będzie dla nas takim zagrożeniem.

Możemy stać się konkurencją np. dla giełdy MATIF w Paryżu?

Dziś znalezienie zbytu jest trudniejsze niż wyprodukowanie towaru. To powinno gospodarzy skłaniać do lepszej współpracy gospodarczej.

Możemy być konkurencyjni nie tylko dla paryskiej, ale i dla chicagowskiej giełdy. Na początek nasza będzie mniejsza, ale z przekąsem mogę dodać: tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco!

Przede wszystkim musimy się wreszcie poczuć udziałowcem globalnego rynku. To już nie jest „moja chata z kraja”. Staliśmy się istotnym operatorem w handlu żywnością, eksport rośnie (ok. 32 mld euro za zeszły rok). Zatem ruszamy na głębokie wody - dosłownie i w przenośni.

Właściciele małych gospodarstw raczej nie myślą o eksporcie. Rolnika, który ma np. 10 ton zbóż, wielki świat nie interesuje, chce sprzedać ziarno w kraju.

Niestety, jeśli nie ulokuje go na rynku, to może go co najwyżej skarmić. Skończyły się czasy komunizmu, gdy miejscowy GS wszystko skupił.

Dziś znalezienie zbytu jest trudniejsze niż wyprodukowanie towaru. To powinno gospodarzy skłaniać do lepszej współpracy gospodarczej. Mówienie: my nie chcemy spółdzielni, bo to kołchozy, jest bzdurą! Kto z młodych rolników pamięta kołchozy? Przewaga rolników w innych krajach nie bierze się z lepszej techniki (tamtejsi rolnicy jeżdżą podobnymi ciągnikami), dopłaty dostają w podobnej wysokości, ale potrafią razem działać i dlatego zyskują.

Ci, którzy na własnym zbożu wyprodukują tuczniki, będą je mogli ubijać we własnych gospodarstwach. Co będą z tego mieli?

Im mniejsze jest gospodarstwo, tym bardziej powinno rezygnować ze sprzedaży surowca, ponieważ on nabiera wartości dopiero w procesie przetwarzania. Dlatego postawiliśmy na rozwiązania najlepsze w Europie: sprzedaż bezpośrednią, rolniczy handel detaliczny, a ostatnio także na ubojnie w gospodarstwach.

Oczywiście, nie chodzi o to, żeby je tworzyć w każdym gospodarstwie, ale by odtworzyć potencjał zniszczony w latach 90. minionego wieku. Wystarczy by było ich kilka w gminie. Likwidacja małych ubojni to był ogromny błąd, który trzeba naprawić. Przeciwne są temu wielkie ubojnie, które długo trzymały chłopa za gardło. On niejednokrotnie musiał zwierzę do rzeźni przywieźć na własny koszt, a zysk szedł nie do jego kieszeni. Czas to zmienić!

Kiedy zakaz chowu klatkowego kur w Polsce?

Wideo

Materiał oryginalny: "Rolnik to nie szkodnik". Rozmowa z ministrem Janem Krzysztofem Ardanowskim - Gazeta Pomorska

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Gada całkiem do rzeczy, jak nie PiS ior.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3