Rodzice nie interesują się szkołą

Dorota Kowalska
Polski rodzic nie jest zainteresowany szkolnym życiem swojego dziecka.

Wie o nim niewiele, podobnie jak o tym, co jego pociecha robi po skończeniu obowiązkowych lekcji. Tak przynajmniej wynika z badań jakie na zlecenie "Polski" przeprowadzono w ramach naszej akcji "Szkoła bez przemocy". - Wszystko to wygląda raczej pesymistycznie - skwitował wczoraj, podczas oficjalnego rozpoczęcia tegorocznej, IV już edycji tej akcji, prof. Janusz Czapiński, autor badań. Po raz pierwszy nie pytano bowiem uczniów i nauczycieli o to, co w polskiej szkole jest złe, a co dobre, ale sprawdzono stan wiedzy rodziców i ich zaangażowanie w szkolne życie dzieci.

Wynik? Mierny. W szkołach podstawowych rodzice jeszcze kontaktują się z nauczycielami, ale jak podkreśla prof. Czapińki pewnie dlatego, że często odprowadzają dzieci do szkoły. W każdym razie 55 proc. rodziców maluchów deklaruje, że przynajmniej raz w miesiącu rozmawia z wychowawcą, ale aż 14 proc. ani razu w ciągu roku nie pojawiło się w szkole. Im dzieci starsze, tym rodzice mniej się nimi interesują: w gimnazjach 26 proc. rodziców w ogóle nie kontaktuje się z nauczycielami, w szkołach ponadgimnazjalnych - 31 proc.

Rodzice nie mają też pojęcia o tym, że w szkole ich dzieci dochodzi do aktów przemocy. O tym, że nauczyciel nakrzyczy, a nawet uderzy dowiadują się raz na osiem przypadków, o zmuszaniu dziecka do kupowania kolegom papierosów, czy piwa raz na 40 przypadków. - Wiedza rodziców pokrywa się z informacjami dzieci tylko w przypadkach najdrastyczniejszych, np. pobiciach, ale trudno nawet najbardziej zapracowanemu rodzicowi nie dostrzec siniaka na policzku dziecka - mówi prof. Czapiński. Dzieci nie zwierzają się rodzicom, bo im nie ufają. - Boją się, że przyjdą do szkoły, zrobią awanturę, a one jeszcze bardziej na tym ucierpią. Zresztą w ogóle mało im mówią. Tylko 17 proc. rodziców zdaje sobie sprawę, że ich dzieci więcej czasu spędzają poza domem niż w domu, choć w rzeczywistości jest ich dwa razy więcej.

Dorośli nie widzą złych rzeczy, przeceniają natomiast te, które w ich mniemaniu są dobre: np. udział dzieci w kołach hobbystycznych. Ich zdaniem 38 proc. uczniów od 11 do 18 roku życia należy do jakiegoś klubu, podczas gdy tylko 27 proc. ankietowanej młodzieży naprawdę w nich uczestniczy.
I te rozbieżności między rzeczywistością, a stanem faktycznym sprawiają, że rodzice są bardziej zadowoleni ze szkoły dzieci ( 80 proc. badanych) gdy sami uczniowie już dużo mniej.
Skąd tak dramatyczne wyniki? I czy winni są sami rodzice?

- Sprawa jest bardziej złożona - uważa prof. Czapiński. Bo z jednej strony, rzeczywiście więcej pracujemy i mniej czasu poświęcamy mi dzieciom, z drugiej - szkoła też nie jest bez winy.

- Któremu rodzicowi chciałoby się pójść na wywiadówkę, na której nauczyciel mówi tylko o tym, że jest źle, a szkole brakuje pieniędzy - retorycznie pyta prof. Czapiński. Inna sprawa - co też wychodzi w tych badaniach - że dzieci w swoim zaangażowaniu w życie społeczne, idą w ślady właśnie rodziców: biernych i nieufnych wobec innych. - Ale jest dużo lepiej niż jeszcze kilka lat temu - pociesza Elżbieta Piotrowska-Gromniak z Towarzystwa Rozwijania Inicjatyw Oświatowych Rodzice w Edukacji. - Świadomość rodziców rośnie i coraz więcej z nich angażuje się w życie swoich dzieci - dodaje. Ewa Jurkiewicz, redaktor naczelna portalu internetowego "Niezbędnik rodzica" podkreśla, że często aktywność rodziców jest gaszona przez dyrekcje szkół, które traktują ich przedmiotowo i nie wykazują chęci współpracy.

Prawda leży pewnie pośrodku. Ale kiedy obu stronom - i rodzicom i szkole - zależy na dobru dzieci, potrafią się dogadać. - U nas nigdy nie było takich problemów. Na wywiadówki chodzi 80 proc. rodziców. Angażują się w to, co robią dzieci, a w szkole dzieje się wiele - mówi Renata Sobiecka, nauczycielka z Zespołu Szkół nr. 84 w Warszawie. Przykłady?Ostatnio przygotowywali przedstawienie dla dzieci ze szpitala na ul. Niekłańskiej. Rodzice załatwiali stroje, dopingowali młodych artystów podczas prób, a potem przeżywali występy bardziej od nich samych. Trzeba tylko rodziców rozruszać.

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Materiał oryginalny: Rodzice nie interesują się szkołą - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 8

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

c
cracovianca

Dla osób dojrzałych, które z uwodzeniem mają sporo problemów i chcą nieco polepszyć swoje relacje z płcią przeciwną polecam kursy uwodzenia prowadzone przez Wyższą Szkołę Uwodzenia, Wywierania Wpływu i Rozwoju Wewnętrznego. Ja byłam u nich na kursie dla kobiet i jestem bardzo zadowolona z efektów pracy prowadzących :) pomimo mojego wieku, potrafię zwrócić na siebie uwagę mężczyzn i nie obawiam się nawiązania z nimi bliższego kontaktu :) polecam więc wszystkim, nie tylko paniom ;) mają pozytywne opinie u swoich uczestników i dobrze wypadają w testach, nie ma więc czego się obawiać ;) www.wyzszaszkolauwodzenia.pl.

r
rodzice 123456789

To święta prawda bo tylko liczy sie pieniadz i ten rodzic który ma więcej w portfelu a reszta to podmioty pod nadzorem kuratorów na dzieci.Przemoc w szkole też opiera sie na pieniądzach.Masz kasę wybronisz dzieci dobrym adwokatem.Nie masz?Jesteś spalony.

R
Rodzic

Przepraszam wszystkich a ile trzeba łożyć na życie szkoły aby zostać chwalonym i podziwianym rodzicem?Bo tylko o tym decyduje opinia dziecka w szkole i nie ważne wtedy jak się uczy.

B
Belfer

Zwykle wspólpracuje w tym z zastępcą i jakąś grupą nauczycieli, niekoniecznie najlepszych pedagogicznie;-)
Kto z nich dopuści żeby im rodzice patrzyli na ręce, interesy, zboczenia i romanse???;-)
Toteż apele niczemu nie slużą dopóki efekty pracy szkoly na karierę i zarobki dyrektora wplywu żadnego nie mają;-)))))

s
spokojny

Oglądałem w brytyjskiej TV (BBC Prime, była w kablówkach w Polsce ale wycofują bo nie ma chętnych do oglądania) jak zmienia się szkoła z tzw. trudnymi uczniami po wprowadzeniu amerykańskiej zasady „zero tolerancji”. Lekcje wyglądają jak lekcje i nikt nie wkłada nauczycielowi kosza na głowę a jak próbuje to n a t y c h m i a s t w szkole zjawia się policja, no a u nas to oczywiście też „niemożliwe” a potem to dochodzi do samosądów zrozpaczonych obywateli.

R
REM

SZKOŁA NIE POWINNA BYĆ PRZEDSIĘBIORSTWEM PRODUKUJĄCYM BUBLE.

SZKOŁA POWINNA...SZKOLIĆ.
Lecz nie czyni tego, albowiem trudni się sprzedażą zgniłych pomidorów. Nie uczy, albowiem jest straganem z warzywami.
Nauczyciel został zredukowany do roli szkolnego intruza, koniecznego zła, został wtłamszony w bezradność i okrzyknięty szkolną przeszkadzajką w PRAWIDŁOWYM rozwoju młodego człowieka.

Nawoływanie do uczenia czegoś tak archaicznego, jak, np. logika, etyka, podstawy kultury europejskiej, propedeutyka filozofii, nie wspominając o grece, lub łacinie, nawoływanie takie, mija się z celem, a ten, co chce powrotu do niegdysiejszego świata rozsądku, jest piernik uwielbiający P.R.L., tęskniący za powrotem ustroju nazwanego przez S. Grochowiaka „sprawiedliwym podziałem nędzy”.

:
Już obserwujemy, że te szkoły przeżywają rozkwit i stają się popularne w środowisku ,w których proponuje się idee-towary nowoczesne, np. nauka jazdy konnej, religioznawstwo zamiast katechezy, programy nauczania opracowane przez uczniów, wychowanie seksualne w rodzinie z dwoma tatusiami, lub z uznaniem dla pożytku przyszłych praktyk aborcyjnych albo wielkiej wartości humanistycznej eutanazji dla zawadzającej babci.
Szkoły przyjazne, szkoły bez nudy, szkoły z klasą, to pierwsze "owoce" rynkowego języka zastosowanego w sferze kształcenia i wychowania.

W obecnych czasach należy przyznać się do wychowawczych błędów, powiedzieć wyraźnie, dobitnie i ostatecznie, że winni jesteśmy wszyscy.

Wszyscy, a więc i szkoła nie reagująca na wiadro na głowie nauczyciela, szkoła, lekceważąca obecność wszechmocnych band wyrostków terroryzujących klasę, szkoła, tchórzliwie uciekająca od problemu internetowych, idiotycznych sexwybryków, zakończonych samobójstwem ze wstydu dla sfilmowanej dziewczyny, a dla filmujących ją, bezkarnych głupoli, niezłą hecą, ubawem, dla nauczycieli zaś – wychowawczą porażką.

Wszyscy, a więc i my, rodzice, zapatrzeni w gonitwę za pracą, za finansowymi marzeniami, niemający czasu na rozmowę z własnymi dziećmi, godzący się na ich izolację od nas, nie współpracujący ze szkołą.

My, rodzice, pozostawiający ich samopas, aprobujący ich histeryczny brak autorytetów, ich bezsprzeczny brak życiowych wzorów do naśladowania, za swoje gnuśne zezwolenie na to, by, zamiast wykształcić ich na rozsądnych, wrażliwych, odpowiedzialnych ludzi, zostali ludźmi emocjonalnie chwiejnymi, niepełnymi i wszechstronnie bezradnymi - płacimy opuszczeniem, płacimy zerwaniem rodzinnych więzi, tym, że, jeśli się w porę nie opamiętamy, możemy też mieć wiaderko na głowie do pozłoty.

Ps.
Za komuszej epoki, obowiązywało fikuśne hasełko: NASZ KLIENT, NASZ PAN. Teraz mamy powiedzonko: NASZ UCZEŃ, NASZ PAN. I pan uczeń decyduje.

BO UCZEŃ MA PRAWA SKAZUJĄCE GO NA BRAK OBOWIĄZKÓW.
Dlaczego ludzie kończą szkołę i nie umieją prawie nic?
Zmiany w systemie oświaty, spotęgowane przemianami obyczajowymi, spowodowały pojawienie się skutków ubocznych. Najważniejszym jest pozbawienie ucznia samodzielności.
Nie próbuję podejmować jakiejkolwiek dyskusji ze zwolennikami wprowadzanych reform.
Z nimi „podyskutowało” sobie życie. Wystarczy przypatrzyć się efektom. Po 9 latach nauki (szkoła podstawowa i gimnazjum), przeciętny uczeń umie o wiele mniej, niż dawniej umiał uczeń po ukończeniu 8-letniej szkoły podstawowej.
Uczeń szkoły średniej ma potem o rok mniej czasu na przygotowanie się do matury. Już teraz głosy wykładowców na wyższych uczelniach są jednoznaczne: poziom wiedzy maturzystów kilku ostatnich latach drastycznie poleciał w dół.
Świeżo upieczonego studenta trzeba przez pierwszy semestr studiów uczyć tego, co powinien znać po szkole średniej. Dawniej szkoła uczyła mniej więcej tego, co wymagały wyższe uczelnie. Młody człowiek chodził do szkoły, uczył się lepiej lub gorzej, a w ostatniej klasie zaczynał myśleć, co dalej: wybierał odpowiedni fakultet i brał się za przygotowanie do matury i do egzaminów na wyższe uczelnie. Teraz, jeśli myśli poważnie o studiach, musi już na początku drugiej klasy LO pomyśleć o wyborze przedmiotów, których będzie się szerzej uczył (bo wymaga tego wyższa uczelnia), o korepetycjach lub dodatkowej nauce własnej.
Decyzję o wyborze wyższej uczelni musi podjąć o ponad rok wcześniej. Zmiany w systemie oświaty, spotęgowane przemianami obyczajowymi, spowodowały pojawienie się skutków ubocznych.
Najważniejszym jest pozbawienie ucznia samodzielności. Tzw. „prawa ucznia” powodują, że jest on psychicznie nieprzygotowany do studiów wyższych. Jak sama nazwa wskazuje, nauka polega tu na studiowaniu – samodzielnym zgłębianiu wiedzy. Na wyższej uczelni nikt nie zapyta, czy wszyscy rozumieją, nie będzie powtarzał kilkakrotnie tego, co stwarza problemy studentowi.
Student ma się nauczyć i zdać odpowiednie egzaminy. Jak – to już jego sprawa (są wykłady, literatura).
Egzaminator nie będzie się bawił w wyjaśnianie, co student powiedział dobrze, co źle, i dlaczego wystawia taką właśnie ocenę. Nie jest istotne, czy ten czuje się pokrzywdzony, czy też nie. Wysłuchuje werdyktu osoby, która umie nieporównanie więcej niż on i nie ma żadnych dyskusji. Jest to sytuacja dokładnie odwrotna do tej, którą wprowadziły reformy w szkole średniej.
Kierunek tych reform jest mniej więcej taki:
„Nauczycielu! Wystawiasz ocenę niedostateczną, a może przyznajesz mniej punktów, niż maksimum? Uzasadnij, dlaczego?”.
Pozycja ucznia jest uprzywilejowana. Czy można się dziwić, że człowiek (istota z natury leniwa – gdyby tak nie było, nie ułatwiałby sobie życia wynalazkami), korzysta z okazji do nieróbstwa?
Po co ma się ktoś męczyć, starać się zrozumieć, rozwiązywać zadania (zamiast dyskoteki), skoro może wymagać: „nie rozumiem, bo mi tego dobrze nie wytłumaczono!”?
Może wymagać i wcale nie musi tego udowadniać. Założenia reformatorów są jednoznaczne: uczeń jest istotą, która najprawdopodobniej została w procesie nauki szkolnej skrzywdzona – takie mamy reformatorskie top-trendy.
A potem przychodzi matura, którą trzeba zdać samodzielnie.
A potem przychodzą studia, gdzie trzeba być samodzielnym.
I młody człowiek jest bezradny, bo nie umie się uczyć!
Jest przyzwyczajony, że to czy on rozumie, czy też nie, jest problemem innych - tych, którzy go uczą. A tu okazuje się, że świat jest jednak trochę inaczej urządzony. Nie tak jak go w szkole uczono… Dobrymi chęciami jest piekło wspaniale wybrukowane…
A oni chcieli tak dobrze…żeby się dziecko biedne w szkole nie stresowało…
Więc pytam: a kiedy to biedne dziecko ma się nauczyć walczyć w trudnych sytuacjach, których życie nie skąpi?
Gdy będzie już dorosłym, wychowanym w bezstresowej atmosferze, w pełni ukształtowanym człowiekiem?
Wtedy będzie za późno. Tekst dedykuję wszystkim zwolennikom bezstresowej (?) szkoły.

s
spokojny

Sory ale z tą Radą Rodziców to jest w praktyce żart. Ja mówię o normalnym demokratycznym, tajnym, równym, powszechnym i bezpośrednim głosowaniu wszystkich rodziców, po kampanii wyborczej, na dyrektora, spośród wielu kandydatów. I co roku głosowanie na absolutorium czyli, że może być dalej a po kadencji (4 lata) nowe wybory. A dyrektor z wyboru powinien mieć porządną kasę znacznie większą od reszty nauczycieli ale i większą odpowiedzialność i z tego być rozliczany.

Szkoła też jest „fabryką”, której „produktem” ma być wykształcony i wychowany uczeń czy student. Poziom jego wykształcenia i wychowania da się mierzyć. Zatem można też oceniać nauczycieli i to trzeba robić i uzależniać zarobki nauczyciela od wyników uczniów a nie biadolić, że się nie da, że nauczyciele i tak dużo już robią. Pytam konkretnie: jaka jest różnica, odnośnie zarobków, między nauczycielem, który autentycznie i profesjonalnie wykonuje swój zawód a takim, który mówi „drogie dzieci przeczytajcie sobie od strony 20 do strony 30 a ja potem sprawdzę”? Otóż twierdzę, że różnica jest żadna i to trzeba zmienić. Podobnie na uczelniach.

R
Rodzic

Co ma rodzic do powiedzenia w szkole???O wszystkim decydują urzędasy, od MEN poczynając.Szkola ma to co najwyżej,choćby i nie do końca formalnie, wyegzekwować!!!Co ma do powiedzenia rodzic w kwestii oceny nauczycieli(na dluzsza metę) i ich zmiany, na mozliwość wyboru przedmiotów i ich poziomu.Co najwyżej mu każą placić albo coś podpisywać.To o co chodzi???;-)

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3