Renata Mauer-Różańska: Niespotykanie spokojna istota ze skłonnościami do perfekcji

Wojciech Koerber
2000 rok. Znów jest mistrzynią olimpijską, jedyną dolnośląską medalistką igrzysk w Sydney
2000 rok. Znów jest mistrzynią olimpijską, jedyną dolnośląską medalistką igrzysk w Sydney FOT. WOJCIECH ROBAKOWSKI
O medale olimpijskie walczyła w Barcelonie, Atlancie (złoto i brąz), Sydney (złoto) i Atenach, a ceremonię otwarcia igrzysk obejrzała na żywo jedynie w... Seulu.

- W 1988 roku, jako juniorka, wygrałam wszystkie konkurencje seniorskich mistrzostw kraju, w których startowałam. Dzięki temu znalazłam się w 9-osobowej grupie najlepiej zapowiadających się polskich sportowców ze wszystkich dyscyplin. W nagrodę polecieliśmy na obóz do Seulu, każdy dostał 10 biletów na różne konkurencje, otwarcie i zamknięcie. Dwa moje były też na strzelectwo - mówi nam Złota Renia, czyli Renata Mauer-Różańska. Strzelająca legenda.

To dzisiaj kobieta ciężko pracująca. Wykłada na wrocławskiej AWF i w Dolnośląskiej Szkole Wyższej (instytut dziennikarstwa). Jest radną miejską i szefową utworzonej niedawno Wrocławskiej Rady Sportu przy prezydencie Dutkiewiczu. Jest też członkinią Komisji Zawodniczej oraz Komisji Sportu Kobiet przy PKOl-u. Jest wreszcie żoną Pawła i matką Natalii (rocznik 1996) oraz Mateusza (2009). Myślicie, że to koniec? Nie, przecież wciąż strzela. I wciąż celuje w Londyn. Przed tygodniem startowała w Pilznie, gdzie przebrnęła kolejną przedolimpijską przeszkodę, czas na Monachium i silniejszą już obsadę. - Dwie moje koleżanki są już pewne udziału w lutowych ME, o trzecie miejsce powalczę w Niemczech z Paulą Wrońską. Na ME kwalifikację wywalczą pierwsze cztery zawodniczki, które jej jeszcze nie mają. Przy czym te paszporty zdobywa się nie imiennie, a dla kraju. Bywają jednak przypadki, że korzystały zastępczynie. Jak choćby w Barcelonie, gdzie Anetę Pochowską zastąpiła Małgorzata Książkie-wicz i zdobyła brąz w karabinku sportowym 3x20 - podkreśla czempionka.

A propos Pilzna. Stamtąd pochodzi i również tam ostatnio strzelała Kateřina Emmons, złota i srebrna (Pekin) oraz brązowa (Ateny) medalistka igrzysk. Wspominamy ją, bo to bohaterka jednej z piękniejszych olimpijskich historii. Damsko-męskich. Otóż w Atenach właśnie - jeszcze jako Kateřina Kůrková - poznała Matthew Emmonsa. On zdecydowanie prowadził przed ostatnim strzałem (złoto dawało mu ledwie 7,2!), by w efektowny sposób - myśląc, że stawia kropkę nad "i" - przedziurawić na koniec dziesiątkę. Tyle że... w tarczy należącej do rywala z boku. Jakiż dramat. Z pierwszego miejsca spadł na czwarte. Ona komentowała to wówczas jako ekspertka dla czeskiej TV. I też była pod wrażeniem dramatu. Na tyle dużym, że zapragnęła pechowca poznać, a w 2007 roku za Emmonsa wyjść. Dodajmy, że Amerykanin zdobył wówczas złoto w innej konkurencji, a w Pekinie - gdzie wywalczył srebro - znów przeżył szok. Przed ostatnią rundą rywalizacji w trzech postawach wyprzedzał Ukraińca Sukorukowa (o 3,3 pkt) i Chińczyka Qiu Jiana (o 3,4). Znów miał złoto przed nosem. W ostatniej próbie trafił jednak 4,4. Powód? Karabin wypalił sam. Zanim Amerykanin wycelował. - Po prostu sam wystrzelił - wyjaśniał Emmons. Wyprzedzili go Ukrainiec, Chińczyk i jeszcze Słoweniec.

Chciałam się uczyć w liceum o profilu renowacja zabytków architektury. A mieli tam swoją strzelnicę

- W Pekinie Kateřina też ten występ komentowała. Pamiętam jej minę. Zatkało ją - przypomina sobie wrocławianka, gdy zagaduję ją o historyjkę. A skąd się to nasze Złotko wzięło? Z Nasielska. - Bardzo chciałam uczyć się w warszawskim liceum o profilu renowacja zabytków architektury, a przypadek sprawił, że była tam sekcja strzelecka, którą prowadził nauczyciel PO i były trener Legii Zdzisław Stachyra. Początkowo przerażało mnie, że miałabym uczyć się od poniedziałku do piątku, a od piątku do niedzieli wyjeżdżać na treningi do Konstancina. No bo gdzie czas dla siebie? Ale od pierwszego strzelania polubiłam to zajęcie. I to, że można się wyłączyć. Bo ja od dziecka miałam skłonności do precyzji, wszystko musiałam dopracowywać do perfekcji. Gdy w końcu koledzy dali mi postrzelać w pozycji stojącej z wiatrówki, a trener Stachyra zerknął na świetny wynik, powiedział, że jeśli nie chcę dwójki z PO, to muszę trenować. I tak pomógł mi podjąć decyzję - precyzyjnie, w swoim stylu, wyjaśnia zawodniczka.

W końcu współpracę zaproponował utalentowanej dziewczynie Piotr Kosmatko z ZKS-u Warszawa, były olimpijczyk, którego po trzydziestce z kadry usunięto. Jako postać mało perspektywiczną. Pod jego okiem na celności zyskiwało też oko Renaty. Najpierw wygrała spartakiadę młodzieży, chwilę później - jako juniorka - zaczęła rządzić wśród krajowych seniorek. ZKS popadał jednak w ruinę. - Klubu nie było stać, by zakupić mi ubranie najnowszej technologii. A bez niego nie miałam szans rywalizować na poziomie międzynarodowym. Do tego ZKS nie miał strzelnicy pneumatycznej ani kulowej z pawilonem. Trener zdecydował, że muszę mieć lepsze warunki do rozwoju - wspomina mistrzyni. I te warunki znalazła w Śląsku, gdzie byli m.in. ówczesny szef sekcji Jan Żaba (potem Leopold Kałuża) i trener Andrzej Kijowski. Był 1989 rok.

- Już w nowych barwach zajęłam 3. miejsce w Grand Prix (karabin standard 60 strzałów leżąc) na prestiżowym PŚ w Zurychu. Tak bardzo się cieszyłam, że idąc na strzelnicę, gdzie umówiłam się po powrocie z trenerem, wpadłam pod samochód. Już na ul. Opolskiej, przy pętli tramwajowej. Złamałam kość udową, która nie chciała się zrastać, trzy miesiące leżałam w szpitalu. Lekarze nie wiedzieli, o co chodzi, mówili, że to dziwny przypadek. To był czerwiec 1989. Rok później w lipcu wywalczyłam srebro MŚ, a miesiąc przed imprezą dostałam wreszcie ten ubiór, przyszła paczka z Finlandii. Pierwsze, co zrobiłam, to zerknęłam w lustro, jak w nim wyglądam. Było piękne, kolorowe - uśmiecha się niespotykanie spokojna mistrzyni. I dodaje, by lepiej zobrazować temat: - Te nowe stroje podniosły rezultaty o około 10 pkt, to był niesamowity postęp. Takie wdzianko kosztowało prawie tyle, co maluch. W polskiej kadrze posiadał je tylko jeden zawodnik, Ireneusz Jagodziński. A więc miałam niesamowite szczęście. Ten strój rzeczywiście mnie dowartościował, wcześniej wstydziłam się wyjść na stanowisko. Fizycznie dawałam radę, ale psychicznie nie.

To po kolei. Barcelona - 14. i 17. miejsce. Olimpijski debiut. - Porażka. Nie wytrzymałam temperatury, nie miałam klimatyzacji, nocą nawet bez prześcieradła było za gorąco - narzeka strzelczyni. Więc przenosimy się do Atlanty, tam było miło. Ceremonii otwarcia nie mogła nasza przyszła gwiazda obejrzeć, bo przecież jej konkurencja otwierała nazajutrz cały program igrzysk. A właśnie w czasie tej ceremonii zmarł ówczesny szef misji Eugeniusz Pietrasik. Doprowadził ekipę na stadion, w głębi serca zameldował wykonanie zadania i w tunelu to serce pękło.
- Ja, startując, nie wiedziałam o tym. Z samego rana pojechaliśmy przecież na strzelnicę. Nikt z naszej grupy o tym nie wiedział - tłumaczy Mauer-Różańska. A złoto wyrwała swoją siłą spokoju Niemce Petrze Horneber. W ostatniej serii!

- Była ogromna wilgotność, ale mi to nie przeszkadzało. W finale jest tak, że jeśli ktoś liczy punkty swoje i rywali, to wie, w którym miejscu jest. Ja nigdy nie liczyłam, koncentrowałam się na sobie. I po swoich 10 strzałach nie schodziłam ze stanowiska, czasem potrzebna jest bowiem dogrywka. Obejrzałam się tylko na trenera Kijowskiego, by dał mi sygnał, która jestem. A on popatrzył i rozłożył ręce. "Jejku, o co chodzi?" - pomyślałam. I czekałam jak ta sierota. Popatrzyłam na Petrę, a na jej monitorze ostatni oceniany strzał - 8,8. Wiedziałam, że wcześniej musiała prowadzić, bo przed finałem miała 2 pkt przewagi. Wciąż czekałam, bo przecież zdarzają się awarie broni, może będzie reklamować, czasem urządzenia źle coś pokażą. Zamieszanie. Okazało się, że trener popatrzył na listę od 2. miejsca w dół i sam się przestraszył, że mnie nie ma. A ja byłam pierwsza - opisuje swoje złoto zawodniczka Śląska, a łza się w oku kręci. Pierwsza konkurencja i złoto dla Polski. Zresztą pierwsze w historii naszego żeńskiego strzelectwa sportowego. Na szyję włożył je sam szef MKOl-u Juan Antonio Samaranch.
Kilka dni później zapachniało drugim złotem dla wrocławskiej miniaturki. - Do finału dostałam się jako pierwsza, z 2 pkt przewagi i z rekordem olimpijskim. Niestety, pierwsze strzały w finale nie wyszły, spadłam nawet na piątą pozycję, ale uratowały mnie dwie ostatnie dziesiątki. Brąz - tłumaczy bohaterka.

Do Sydney wybierała się zawodniczka z wielkim plecakiem wypełnionym narodową presją. W karabinie pneumatycznym złota nie obroniła, była 15. - Duży stres, nie dałam sobie rady. Byłam zdruzgotana, pospinana fizycznie, z bólem mięśni. Ale sobie wszystko w głowie przewartościowałam, pomyślałam o rodzinie, a masażysta Pawła Nas-tuli Edmund Cichomski doprowadził mnie do lepszego stanu fizycznego - tak to dziś ocenia. Powetowała sobie straty w karabinie małokalibrowym. Złoto! - Uwierzyłam w siebie, w finale poczułam niesamowitą wewnętrzną siłę - zapewnia.

Ateny? 9. miejsce w karabinie pneumatycznym. - Niewiele zabrakło do finału. Były cztery dziewiątki i 396 pkt. Cztery lata wcześniej taki wynik dawał finał, nawet dobre w nim miejsce, ale w Grecji poziom był dużo wyższy. Dodatkowo wśród tych czterech "9" trzy miały zapis 9,9. Czyli ułamek milimetra od dziesiątki. Pecha miałam też z innego powodu. Na treningu zauważyłam, że mam na swoim stanowisku nierówną podłogę. Zgłosiłam to sędziemu, wyznaczył mi inne, skrajne z prawej strony. A później w dniu startu zobaczyłam, że w ogóle zmieniono całą podłogę. Że już nie stoimy na wylewce, lecz są panele. Najpewniej na innych stanowiskach też musiały być nierówności i protesty. I na tym skrajnym stanowisku stanęłam twarzą do wszystkich fotoreporterów, wzięłam na siebie wszystkie obiektywy. Poza tym ja nie zatykam uszu, więc wszystko słyszałam - tłumaczy.
Dzięki strzelaniu wygrała już pięć samochodów: cinquecento, seicento, fiata brava i dwa fiaty panda - ostatni w grudniu, na zawodach w Białymstoku. Może to jeszcze nie koniec kolekcji.

Renata Mauer-Różańska

Urodziła się 23 kwietnia 1969 roku w Nasielsku. Olimpijka z Barcelony (14. i 17. m.) oraz Aten (9. i 17. m.). Złota (karabin pneumatyczny 40 strzałów) i brązowa (karabin standard 3x20 strzałów z 3 postaw) medalistka z Atlanty oraz złota z Sydney (karabin sportowy 3x20 strzałów z 3 postaw). Dwukrotna wicemistrzyni świata w karabinku pneumatycznym 40 strzałów (Moskwa 1990 i Barcelona 1998) oraz brązowa medalistka MŚ (Mediolan, karabin pneumatyczny 40 strzałów). Dwukrotna mistrzyni Europy (Kuovola 1997 - karabin sport. 3x20 strzałów i karabin sport. 60 strzałów leżąc), wicemistrzyni Europy (Bolonia 1991, Tallin 2005 - drużynowy rekord Europy), 2-krotna brązowa medalistka ME (Manchester 1991, Budapeszt 1992). Zwyciężczyni PŚ 1996, 1997 i plebiscytu "PS" na najlepszego sportowca Polski (1996). Najlepsza strzelczyni świata 1996.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Grazyna

Lachman pyta:

"pewna jestes ze do 50 ? a jaka dokladnosc?
napisz, poszukam, moze cos sie znajdzie"

Dodaj ogłoszenie