Przestańmy wyrzucać jedzenie, gdy wokół tylu ludzi cierpi głód. Rozmowa z wrocławianinem, Janem Piontkiem

Maciej Sas
Maciej Sas
Fundacja Weź Pomóż wspiera kilka tysięcy wrocławian każdego miesiąca. Fundacja Weź Pomóż
Z moich szacunków wynika, że przejmujemy ledwie 10-15 procent żywności, którą sklepy chcą wyrzucić do śmietników. Reszta znika w kontenerach i zostaje zniszczona – mówi Jan Piontek, prezes wrocławskiej Fundacji Weź Pomóż w rozmowie z Maciejem Sasem.

Czasy trudne nastały – ceny rosną, wielu ludzi straciło pracę, zbiedniało w czasie pandemii. Jedzenia marnuje się więc pewnie mniej niż kiedyś?
Nic podobnego – moim zdaniem marnuje się coraz więcej pełnowartościowej żywności. To, co zbieramy my i inne fundacje działające tak, jak nasza, to ledwie cząstka tego, co trafia do koszy na śmieci. Zapraszam na wyprawę z nami wieczorem pod niektóre sklepy – przyjeżdżają ciężarówki, które odbierają dobrej jakości żywność, którą wywożą do utylizacje. Ręce opadają, serce mi się kraje, kiedy to widzę, bo przecież wokół jest mnóstwo biedy.

Wasi wolontariusze (i kilku innych fundacji) odbierają takie produkty z wielu sklepów po to, by je potem przekazać potrzebującym wsparcia wrocławianom. Jak wiele tego wyrzucanego jedzenia trafia do ludzi, a ile bezpowrotnie zostaje zmarnowane?Z moich szacunków wynika, że przejmujemy ledwie 10-15 procent żywności, którą sklepy chcą wyrzucić. Reszta znika w kontenerach i zostaje zniszczona.

Co konkretnie jest w taki sposób niszczone?Wszystko: – mięso, wędliny, konserwy, rozmaite przetwory nabiałowe, lekko zwiędnięte warzywa, pieczywo itd. Moim zdaniem o takich strasznym marnotrawstwie decydują ludzie, my tego nie zmienimy jedną czy drugą ustawą – potrzebna jest systematyczna, powszechna edukacja i pokazywanie, że nie wolno marnować żywności, bo tysiące ludzi wokół nas żyją w głodzie. Zwykle o dzieleniu się jedzeniem zaczyna się mówić przy okazji świąt czy jakichś medialnych akcji. To trzeba zmienić – trzeba na co dzień mówić o tym w mediach, uczyć dzieci w szkołach. Od września będziemy organizowali poświęcone temu szkolenia we wrocławskich szkołach i wielu innych miejscach. Bo nie można marnować takich ogromnych zapasów jedzenia, gdy wokół mamy tyle biedy!

Przez całą epidemię codziennie pomagacie potrzebującym wrocławianom. Wirus nieco odpuszcza, więc można by podejrzewać, że takich potrzeb będzie mniej.
Wręcz przeciwnie – dużo jest ludzi, którzy przez długi czas z powodu epidemii nie mają pracy. To, co mnie najbardziej przeraża, że w tej grupie pojawia się coraz więcej młodych osób. Ktoś powie: „Ale jak to – on nie może się wziąć do pracy?” Często nie może, bo został wyrzucony z pracy, zamknął się w sobie, popadł w głęboką depresję – potrzebuje fachowego wsparcia, pomocy psychologicznej. Ale najpierw musi dostać jakiekolwiek wsparcie, a tego brakuje – chociaż tacy ludzie nie żyją w odosobnieniu. Znajdujemy im pracę, ale żeby ktoś taki mógł zacząć się podnosić, pracować, zarabiać na siebie i swoją rodzinę, musi być najedzony. Głodny człowiek nie ma siły robić czegokolwiek.

Ilu wolontariuszy działa w Fundacji Weź Pomóż, a ilu macie podopiecznych?Mamy 112 wolontariuszy. A jeśli chodzi o podopiecznych, pomagamy w tej chwili ponad dwóm tysiącom osób i ta liczba ciągle rośnie. Ostatnio pojawiło się wielu starszych ludzi. Dlaczego? Bo dotąd pomagali im młodsi krewni – dzieci, wnuki, siostrzeńcy, bratankowie. Ale teraz młodzi stracili pracę i nie są już w stanie wspierać rodziców, dziadków czy ciocię. Starsi ludzie zostają więc zostawieni sami sobie.

Od niedawna macie nową, dużą siedzibę. To daje wiele nowych możliwości, z których korzystacie, a właściwie mają korzystać Wasi podopieczni. Poza wsparciem żywnościowym pomagacie im też w inny sposób.Kontaktując się z ludźmi na co dzień, widzimy, jakie oni mają potrzeby, czego im potrzeba, by mogli wyjść z dołka. Dlatego od września w naszej siedzibie przy ulicy Poznańskiej 2-3 razy w tygodniu będzie dyżurował psycholog. Od 6 września będą też prowadzone warsztaty dotyczące radzenia sobie z depresją, wychodzeniem z nałogów – tym też będą się zajmowali specjaliści. Są również inne potrzeby – kiedyś niedaleko nas działała świetlica środowiskowa, w której dzieci mogły odrabiać lekcje, rozwijać zainteresowania pod fachową opieką. Od jakiegoś czasu tego nie ma, dlatego podobne miejsce powstanie u nas: dzieci będą mogły się uczyć, odrabiać lekcje, bezpiecznie i pożytecznie spędzić czas. Będą działały kluby: astronomiczny i krótkofalarski. Np. krótkofalowcy poprowadzą takie zajęcia praktyczno-techniczne – chodzi o to, by najmłodsi nie siedzieli tylko przy komputerze czy smartfonie, ale też umieli choćby coś zlutować. Poza tym w sierpniu powstanie sala komputerowa – znalazła się firma, która przeznaczy na to 30 tysięcy złotych. Planujmy cykl zajęć i dla młodszych, i dla starszych – żeby seniorzy mogli się też np. nauczyć obsługi komputera. Tworzymy też duży klub seniora, bo ludzie starsi z okolicy potrzebują miejsca na spotkania. No i i jeszcze to, o czym już wspominałem wcześniej, a więc szkolenia dotyczące tego, jak nie marnować żywności. Wszystko to będzie bezpłatne.

Dlaczego właściwie pomaga Pan innym? Pracuje Pan zawodowo jako wrocławski tramwajarz, a po pracy cały czas poświęca wpieraniu innych. Sam przeżyłem wielką biedę i wielki głód, więc doskonale wiem, co to znaczy, potrafię zrozumieć ludzi, którzy znaleźli się w takiej sytuacji. Dla mnie największą radością jest to, że widzę, jak ludzie wychodzą z bezdomności, zaczynają lepiej sobie radzić. Udało mi się w życiu – nie chodzę głodny, mam gdzie mieszkań. Ale wiele osób nie może się tym cieszyć. Przychodzi do nas od jakiegoś czasu niespełna 20-letni chłopak, który jest bezdomny. Czy to był jego wybór? Nie – jego matka wyjechała za granicę, a ojczym stracił pracę, więc wyrzucił go z domu. Ten człowiek nie pije, nie pali, nie ćpa, ale zupełnie zamknął się w sobie. Podaliśmy mu pomocną dłoń, ale on wymaga wsparcia specjalisty, psychoterapeuty. Jeśli nie dostanie takiej pomocy, może źle skończyć...

Wspomniał Pan z dumą o wolontariuszach, którzy działają w fundacji. Kim są? To w większości ludzie z bardzo różnych środowisk, normalnie pracujący. Ale mamy też osoby bezdomne, emerytów, nastolatków, którzy – rzecz jasna – mają na to pozwolenie od rodziców. Wielu rodziców przywozi swoje dzieci do nas, by mogły pracować jako wolontariusze. To wspaniałe, bo ci młodzi ludzie widzą, że nie zawsze w życiu jest łatwo i bogato, że różnie może być, że nie zawsze tato i mama dają pieniądze na wszystko, że czasem nie ma co jeść. Nikt tu nie oczekuje wynagrodzenia – potrafią po dniu ciężkiej pracy przyjechać do siedziby fundacji rowerem z drugiego końca miasta i pomagać innym. Ta pomoc jest czasami trudna, bo ludzie nie potrzebują jej okazjonalnie, od święta, ale na co dzień. Ja sam nie wyjeżdżam na wakacje – nie mogę przecież powiedzieć tym, którym pomagam: „Teraz wyjeżdżam, nie będzie mnie dwa tygodnie, a jak wrócę, znowu przywiozę wam jedzenie”. Oni potrzebują tego codziennie.

A w jaki sposób weryfikujecie, czy ktoś, kto się pojawia u Was, naprawdę potrzebuje pomocy?Najlepiej weryfikują to inni ludzie stojący w kolejce po pomoc – oni doskonale wiedzą, kto jej potrzebuje, a kto – nie. Poza tym my nie jesteśmy od oceniania ludzi – najważniejsze jest, by nie marnować żywności! A wiele osób naprawdę cierpi głód. Miałem takie zdarzenie, które zresztą zostało pokazane w reportażu telewizyjnym. Ta sytuacja zostanie mi w głowie do końca życia – pojechałem z żywnością do kobiety, która sama wychowuje dzieci. Wchodzę do jej mieszkania na 5. piętrze, ona siedzi na parapecie – chce wyskoczyć. Na kanapie siedzą jej zapłakane dzieci. W oczach tej dziewczyny widzę, że jest gotowa na śmierć. Mówię jej: „Kobieto, proszę, nie rób tego – największą krzywdę zrobisz swoim dzieciom!”. Po kilku minutach rozmowy podała mi dłoń, zrezygnowała ze skoku. Rozpłakałem się. Opowiedziała mi, ze straciła pracę, nie ma znikąd pomocy (chociaż mieszka w bloku, wokół wielu sąsiadów), nie ma czego dać dzieciom do jedzenia. Dzisiaj ta pani ma pracę, ale cały czas jej pomagamy. Przynajmniej raz w tygodniu zaglądamy do niej, przywozimy coś do jedzenia, jakieś łakocie dla dzieci. Widzę uśmiech na twarzach – i dzieci, i ich mamy. I to jest najważniejsze.

Religia i etyka w szkole. Kto ma kształcić nauczycieli etyki?

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

C
Caro
Więcej wyrzucanej żywności to więcej zakupów nowej. Większe obroty dla rolników, przetwórców, logistyków i handlowców, a więc mniej biednych i głodnych.

Zmuszanie uczciwych sprzedawców do dokarmiania "biednych" to dla nich dodatkowe koszta (pośrednio dla klientów) oraz utwierdzanie "biednych" w przekonaniu, że pracować nie warto.
G
Gość
przestańmy pracować, gdy wokół tylu ludzi jest bezrobotnych
Dodaj ogłoszenie