18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Prof. Wiszniewski: Pomóżmy Syryjczykom, a sami na tym również skorzystamy (ROZMOWA)

Maciej Sas
fot. Paweł Relikowski
Chcemy pomóc krajom arabskim? Ufundujmy stypendia naukowe dla młodych ludzi stamtąd. To znakomita inwestycja w robienie interesów z krajami arabskimi - przekonuje prof. Andrzej Wiszniewski w rozmowie z Maciejem Sasem

Niegdyś we Wrocławiu studiowało wielu Arabów. Większość z nich dobrze to wspomina. Ale my słabo to wykorzystujemy. Przecież oni mogliby studiować u nas, płacąc za naukę. A to sprawa nie do pogardzenia w czasach, gdy nad uczelniami krąży widmo katastrofy demograficznej.
- Ja z wielką życzliwością i nadzieją patrzę na rozwój społeczny państw Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, szczególnie na niektóre państwa, które może nie wybijają się na demokrację (bo do tego daleko), ale zrzucają z siebie więzy dyktatury, terroru. Tak było w Tunezji, Egipcie i Libii, a teraz dzieje się to na naszych oczach w Syrii. Ale obawiam się, że my, Polacy, zgubiliśmy jedną rzecz - silne związki gospodarcze, a przede wszystkim edukacyjne z tym regionem.

To na pewno niewykorzystany potencjał, bo nauka - mimo wielu słabości - była naszą wizytówką w świecie arabskim. Wielu naukowców w Syrii czy Iraku ma za sobą studia w Polsce.

- Tak, wielu z nich u nas studiowało, szczególnie we Wrocławiu, bo tu zawsze mieliśmy znakomite studium języków obcych z kształceniem dla cudzoziemców. Wielu Arabów tu broniło prac magisterskich, wielu przyjeżdżało robić doktoraty. Ale też liczne grono polskich profesorów uniwersyteckich jeździło, by wykładać w tych krajach.

Pan, o ile pamiętam, też pracował w krajach arabskich?

- Spędziłem trzy lata w Libii. Byłem dziekanem Wydziału Elektrycznego na Uniwersytecie Technicznym w Benghazi i uważam, że zapisaliśmy tam ładną kartę - Arabowie nas cenili, lubili, ufali nam. Pod względem edukacyjnym zostawiliśmy w ich pamięci bardzo dobrą opinię o Polsce. Niestety, zgubiliśmy to przez ostatnie lata.

Teraz chyba w ogóle tego nie wykorzystujemy.
- Zupełnie nie - w tej chwili prawie w ogóle nie mamy studentów z Bliskiego Wschodu, z północnej Afryki. Wiem, że dla nich atrakcyjniejsze są studia w Wielkiej Brytanii czy w Stanach Zjednoczonych. Ale w tej chwili Arabowie są w USA traktowani z wielką podejrzliwością. W Polsce jeszcze tak nie jest. I mam nadzieję, że nigdy nie będzie... Arabowie przyjeżdżający do nas na studia są traktowani jak wszyscy inni studenci.

Grzeszymy, nie wykorzystując tego kapitału?
- Sądzę, że powinniśmy to zrobić, bo to znakomita inwestycja gospodarcza! Bo ludzie, którzy u nas studiują, stają się ambasadorami Polski. Ba, jeśli wracają tam, znając język polski i panujące u nas stosunki, to jednocześnie będą bardziej chętni do nawiązywania współpracy gospodarczej. A przecież nasza współpraca z tymi krajami niemal zupełnie wyschła! Przed laty prowadziliśmy wielkie prace w Libii - Dromex, Budimex itd. Budowaliśmy tam nowoczesne drogi, farmy, a teraz nie robimy zupełnie nic. Nie wspominając o Iraku, bo to nasza potworna klęska gospodarcza, ale też polityczna i militarna. A szkoda...

Zaczęliśmy właśnie obaj płakać nad rozlanym mlekiem - to nic nie da. Ale mamy dramatyczną sytuację w Syrii. Tam dzieją się rzeczy straszne. Wielu ludzi mówi o pomocy Syryjczykom. A może to odpowiednia chwila, żeby to wykorzystać i pomóc konkretnie? Mówi Pan o tym, że Arabowie cenili studia u nas. Może więc młodzieży syryjskiej można pomóc pod względem nauki?
- Przyznam, że myślałem o tym - taka pomoc może się okazać korzystna nie tylko dla tych, którym się jej udziela, ale również dla tych, którzy jej udzielają.

Co Pan ma na myśli?
- Byłoby bardzo dobrze, gdyby w ramach pomocy Polska przyjęła na siebie pewną specjalizację - krajom, które wyzwalają się z okowów totalitaryzmu, moglibyśmy pomóc w budowie szkolnictwa wyższego i w kształceniu na poziomie wyższym.

A jak, Pana zdaniem, moglibyśmy to zrobić?

- Na przykład fundując stypendia. Wcale nie musiałoby być ich dużo, czyli wiele tysięcy. Nie musimy się zajmować tysiącami uciekinierów z terenów ogarniętych wojną domową. Możemy natomiast kształcić elitę, fundując dla przykładu 15 stypendiów dla młodych Syryjczyków. Wrocław mógłby to zrobić na zasadzie wspomagania ruchów wyzwoleńczych na Bliskim Wschodzie.
Pomysł wydaje się świetny, ale ktoś za jego realizację musi zapłacić. Jak przekonać do tego rektorów naszych uczelni?
Oczywiście, to oznacza pewne wydatki, ale to nie byłoby wielkie obciążenie finansowe. Zawsze trzeba zapłacić za inwestycję. Jednak 15 stypendiów to nie jest coś, co by mogło pogrążyć w długach wrocławskie uczelnie. Poza tym byłoby doskonale, gdyby się w to włączyło również miasto.

Widzi Pan szansę na to?
- Dlaczegóż by nie? Pan prezydent Dutkiewicz wystąpił ze znakomitą inicjatywą, która się nazywa "Visiting professors". To jest finansowanie wizyt we Wrocławiu wybitnych uczonych, którzy przyjeżdżają na dwa dni czy dwa tygodnie, żeby tu wygłosić wykład albo poprowadzić seminarium. On płaci z kasy miasta za to - o ile dobrze pamiętam - około 250 tysięcy złotych rocznie.

To inwestowanie w naszych młodych naukowców. A jaki interes miasto miałoby w tym, by fundować stypendia młodym ludziom z krajów arabskich?
- Interes jest i na krótką, i na długą metę. Na krótką, bo stwarzamy w Polsce pewien wzorzec pomocy tym krajom. Proszę zauważyć, że o tym się mówiło - szczególnie w przypadku Libii - od początku konfliktu. Słyszeliśmy, że zamiast bomb przekażemy Libijczykom szpitale itd. Nie wiem, czy cokolwiek z tego wyniknęło. W tym przypadku, o którym rozmawiamy, moglibyśmy powiedzieć: "Nasza forma pomocy to kształcenie wyższe. My się w tym specjalizujemy, tym bardziej, że mamy w tej dziedzinie doświadczenie i ludzi, którzy znają kraje arabskie, tamtejsze zwyczaje, bo tam byli długi czas. I mamy wiedzę, która przydałaby się w tych krajach". To byłaby polityczna korzyść na krótką metę.

Ale wspomniał Pan też o dłuższej perspektywie.
- Jest to wychowanie przyszłych polskich ambasadorów, którzy będą znać język polski, realia i z sympatią będą podchodzić do Polaków. A to niezbędny krok do robienia interesów! Uważam, że nie wykorzystaliśmy tych możliwości zarówno w kontaktach z państwami arabskimi, jak i z Dalekim Wschodem. W tym ostatnim przypadku myślę głównie o Wietnamie.

O ile pamiętam, Pan, jako minister nauki, był w Wietnamie z oficjalną wizytą.

- Tak i stwierdziłem, że w tamtejszym ministerstwie nauki mówi się w dwóch językach - po polsku i po rosyjsku. Po polsku znacznie częściej. Tam pracują ludzie, którzy studiowali u nas i ten czas uznają za najpiękniejszy w swoim życiu. Byłem ujęty i wzruszony, gdy na spotkaniu z kilkuset absolwentami polskich uczelni słyszałem jeden wielki postulat: "Oby nasze dzieci miały taką samą szansę, jaką my mieliśmy, studiując w Polsce".

Sądzi Pan, że Wietnamczycy byliby skłonni zapłacić za studia u nas?
- Myślę, że wielu młodych Wietnamczyków przyjechałoby studiować w Polsce i płaciliby za to. Ale też moglibyśmy ufundować kilka stypendiów dla nich. To byłaby nasza inwestycja w gospodarczą przyszłość.

Pan mówi cały czas o inwestycji, a nie o działaniu charytatywnym...

- Oczywiście, bo uważam, że działanie charytatywne zwykle jest czymś doraźnym. I rzadko trwa długo. A tego, o czym rozmawiamy, nie traktuję jako działalność charytatywną. Chociaż będzie przynosić satysfakcję, jeśli uznamy, że mogliśmy pomóc ludziom w potrzebie, tak jak kiedyś inni nam pomagali. Boże kochany, przecież naszych studentów też Zachód przyjmował na studia za półdarmo albo wręcz za darmo. I dobrze na tym wychodzili gospodarczo. Teraz my zróbmy tak samo w stosunku do państw arabskich. Odbudujmy naszą współpracę naukową i dydaktyczną, która niegdyś była silna, a dzisiaj właściwie nie istnieje. A przy okazji zaróbmy na tym.

Wideo

Komentarze 8

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

H
Hermenegilda

dzięki takiemu pomysłowi, będziemy mieć taniej fistaszki!

k
kumpel profesora

...poprosił o azyl polityczny ale nie w Rosji tylko na Białorusi - odmówili. Jest zbyt lewicowy. Wszystkim by pomagał. Nawet Syrii, Kapadocji i Krymtatarii.

ż
że

profesor jest na emigracji w Rosji!!

W
Wesoły Romek

Wydawałoby się że profesorowie nie piszą dyrdymałów. A jednak.
Już pomagaliśmy bratniemu narodowi irackiemu. W zamian za pomoc miały być milionowe kontrakty i ropa naftowa za złotówkę płynąca nieprzerwanie. Jest za to dziura budżetowa zionąca nieskończoną czeluścią 1 biliona złotych. Cóż dorzućmy do niej kolejne parę milionów czy miliardów. Przecież najważniejsza jest dobroć serca. To że jesteśmy bankrutami to nic nie szkodzi. Przecież możemy zaciągnąć pożyczkę np. Amber Gold albo od razu w Rosji.
W zamian będziemy mogli wybudować autostrady w Syrii – na własny koszt. A i ropa się poleje. No chyba że Syria nie ma ropy ale przecież to nie wina Syryjczyków.

J
Julka

Czyli nic nie macie zamiaru robic z dobrego serca - jako dar charytatywny tylko od razu zerowac
na ludzkim nieszczesciu - nieprawdaz???

r
rodak

Pomagajmy zdolnym, ale biednym rodakom a nie kandydatom na terrorystów.

m
marek

Prosze ufundowac zdolnym wroclawiakom których nie stać na studia ,,DARMOWE"

w
wrocławianiN

To sobie czytajcie sami

Dodaj ogłoszenie