Powódź 1997. Profesor Zaleski: To ja byłem od czarnej roboty

Robert Migdał
Profesor Janusz Zaleski Fot. Tomasz Ho£Od / Polska Press
- Miałem przez pewien czas do Bogdana Zdrojewskiego pretensje, takie zwykłe, ludzkie, za to co robił i jak się zachowywał. Teraz lepiej go rozumiem – miał wtedy, jako polityk, więcej do stracenia, niż ja - wspomina lipiec 1997 roku ówczesny wojewoda wrocławski, profesor Janusz Zaleski. O Powodzi Tysiąclecia w 1997 roku i o tym, czy dziś woda też może zagrozić Wrocławiowi rozmawia z nim Robert Migdał

Lipiec 1997 roku. 23 lata temu. Tego upalnego lata nie da się zapomnieć.
To był szczególny czas. Miesiąc wcześniej gościł we Wrocławiu papież Jan Paweł II - wielka euforia wśród ludzi, radość, a po Kongresie Eucharystycznym przychodzi powódź – wielka tragedia, ludzkie dramaty.

Wszystko działo się tak szybko, nagle. Każdy dzień, każda godzina przynosiły coś nowego. A co Pan zapamiętał szczególnie?
Uczestniczyłem w wielu dramatycznych momentach powodzi. Byłem na przykład na wale koło akademików Akademii Medycznej na Zaciszu, w momencie kiedy wał tracił stateczność. Pamiętam moment kiedy ludzie, którzy przez długi czas walczyli, aby utrzymać stabilność tego wału, dociążając go workami z piaskiem, usłyszeli hasło „chodu”, bo już było czuć, że ziemia drży i za chwilę nastąpi awaria.
Muszę panu powiedzieć, że gdy wał „strzela”, to jest specyficzny hałas, bo to nie jest tak, że to dzieje się w ciszy. Straszny dźwięk.
Najbardziej dramatyczne chwile to jednak wizyty w domach ludzi, których cały dobytek został zalany. Pamiętam, kiedy przyjechałem do powodzian na terenie powiatu wołowskiego, w których domach woda stała blisko dwa tygodnie. Pomijając tragiczny stan obiektów, które zniszczył żywioł, to najgorszy był stan psychiczny ludzi – podłamanych, załamanych. To nie byli ludzie krzyczący, wygrażający pięścią państwu i wszystkim dookoła – to byli ludzie zrezygnowani, którym świat się zawalił. Każda rodzina to był osobny dramat. Uczestniczyłem też w sytuacjach tragikomicznych – jak koło wrocławskiego ogrodu zoologicznego.

Co tam się stało?
Przyczółek jazu przy zoo znikał, ale ludzie walczyli zaciekle. Pojawiło się spontaniczne dowództwo, ludzie napełniali worki piaskiem, wrzucali je do rzeki, ale nurt był tak silny, że worki z piaskiem były porwane jak… poduszki puchowe. Gdy to zobaczyłem, to ściągnąłem specjalistów, którzy za pomocą krat metalowych wskazali ochotnikom na wałach, aby worki wrzucać pomiędzy kratę i stabilizowany brzeg rzeki - wtedy worki nie były już porywane przez silny nurt rzeki.
Bardzo emocjonujące były momenty, kiedy w czasie powodzi podchodziło do mnie mnóstwo starszych ludzi i prosili: „Panie wojewodo – niech pan coś zrobi, żeby to się nie powtórzyło”. To mnie obligowało do tego, żeby po tym jak woda opadła zacząć działać i tworzyć system ochronny przed powodzią. I następne dwadzieścia kilka lat życia w dużej mierze poświęciłem temu, żeby taka tragedia się nie powtórzyła.

Wtedy, kiedy widział Pan zalane domy, pękające wały, czuł Pan bezsilność?
Bezsilność była prawie na każdym kroku. Nie istniał system monitorowania i prognozowania przeciwpowodziowego. Wszystko było staroświeckie. Polegało to na tym – a był rok 1997 – że gdzieś nad rzeką były wyznaczone punkty i obserwator szedł i patrzył, jaki jest poziom wód. Ale gdy te punkty zostały zalane, to obserwator nie mógł do nich dojść. W wyniku tego było zgadywanie przez IMGW, jaka woda „idzie na miasto”. W ciągu kilkunastu godzin różnica co do przewidywanego, a bardziej zgadywanego poziomu wody we Wrocławiu, była na poziomie jednego metra. A dzisiaj mamy systemy, które pozwalają prognozować poziom wody, jaka będzie w mieście, co do 10-15 centymetrów. I to kilka dni wcześniej. Dobre systemy, a takimi dzisiaj dysponujemy, pozwalają nam do siedmiu dni wcześniej określić, jak wysoka będzie woda. A wtedy – 12 godzin wcześniej nie było wiadomo, czy aby nie będzie np. metra więcej. Nie wiedzieliśmy też, z której strony woda wedrze się do miasta i kiedy spodziewaliśmy się głównego problemu na Wielkiej Wyspie – osiedla Biskupin, Sępolno – to okazało się, że woda przyszła… drogą od Oławy, Siechnic i ulicą Traugutta wpłynęła do centrum Wrocławia. Poza tym pojawiły się przerwania wałów w kilku miejscach na terenie miasta i dopełniło się zniszczenie. Takie zdarzenia rzeczywiście powodowały u nas wielką bezsilność.

Był też chaos organizacyjny?
Chaosu organizacyjnego raczej nie było. Natomiast problemem były zasoby ludzkie i materiałowe do walki z powodzią. W wojewódzkim sztabie przeciwpowodziowym był np. przedstawiciel wojska i kiedy publicznie zadawałem pytanie o możliwość dysponowania wojskiem dla stabilizowania obwałowań, to uzyskiwałem pozytywne, ale wymijające odpowiedzi. Musiałem w pewnej chwili odciągnąć pana pułkownika na bok, po posiedzeniu publicznym, i w krótkich, żołnierskich słowach go zapytałem: „K..a, iloma żołnierzami mogę dysponować?”. A on: „Panie wojewodo, uprzejmie melduję, że wszystkie jednostki są na poligonach, pozostały tylko składy do trzymania warty. Ma pan 30-60 żołnierzy, którymi może pan w tej chwili dysponować”.
Na szczęście lepiej było już przy drugiej fali powodziowej, która przyszła do nas po tygodniu – ściągnięto wtedy 2-3 tysiące żołnierzy, którzy pracowali usuwając wyrwy, pracując przy zabezpieczeniu strategicznych punktów. Materiałowo mieliśmy w magazynach tysiące masek przeciwgazowych, a nie było worków na piasek.

Jak wyglądała pana, wojewody, współpraca z ówczesnym prezydentem Wrocławia – Bogdanem Zdrojewskim?
Współdziałaliśmy. Pierwotna siedziba sztabu przeciwpowodziowego w urzędzie miejskim została zalana i sztab miejski przygarnąłem do urzędu wojewódzkiego: pan Andrzej Łoś, pan Sławomir Najnigier, prezes MPWiK Witold Sumisławski… - centrum dowodzenia w mieście działaniami technicznymi było zlokalizowane u mnie. Z prezydentem Zdrojewskim spotykałem się niemal codziennie, od 12 lipca. Podzieliliśmy się: Bogdan Zdrojewski, przez swoje talenty medialne, miał się zajmować i się zajmował, prowadzeniem działalności informacyjnej, natomiast ja zajmowałem się kwestiami technicznymi walki z powodzią i zarządzaniem kryzysowym, tym właściwym. Ja byłem od tej czarnej, brudnej roboty… Prezydent Zdrojewski działał też po stronie „suchej” miasta – Poltegor, czyli Telewizja Dolnośląska, Telewizja Publiczna na Karkonoskiej, natomiast ja zostałem po tej stronie „mokrej” bez dostępu dla mediów – tam gdzie pękały wały, np. przy stoczni rzecznej w okolicy Brucknera, były awarie jazów, np. okolice ZOO i na przerzucie wody z Odry do Widawy. Tam, gdzie były główne obszary zalania miasta.

Nie było pana widać w mediach, tak jak Bogdana Zdrojewskiego, stojącego w koszuli, wśród ludzi, przy Odrze.
Nie byłem faworytem mediów, a dodatkowo reprezentowałem rząd.
A wtedy wkurzenie ludzi było skierowane właśnie na rząd i na mnie, czyli jego przedstawiciela. I muszę przyznać, że pan prezydent Bogdan Zdrojewski wtedy umiejętnie tym sterował – mówił, że powódź jest winą rządu, a w domyśle było, że rząd to wojewoda. To mi wtedy nie przeszkadzało, bo nie miałem ciągotek do wielkiej polityki, ale miałem przez pewien czas do Bogdana Zdrojewskiego pretensje, takie zwykłe, ludzkie, za to co robił i jak się zachowywał. Czas leczy takie rany – to dla mnie już przeszłość – pozostajemy w dobrych relacjach osobistych spotykając się od czasu do czasu. Teraz lepiej go rozumiem – miał wtedy, jako polityk, więcej do stracenia, niż ja, ponieważ, jak widać, jego życie ułożyło się jako kariera w życiu publicznym, a ja mogłem wrócić na uczelnię.

Ta powódź zaskoczyła wszystkich: i mieszkańców, i władze.
Nikt jej nie przewidział, nie spodziewał się. W Siechnicach pojawiło się wiele autobusów, żeby ewakuować mieszkańców. Udało się ewakuować kilkanaście osób – reszta została w domach lub siedzieli na wałach: ludzie grillowali, wbijali patyki na międzywalu i obserwowali przyrost wód. A za kilkanaście godzin byli zdejmowani helikopterami z dachów swoich domów.

To też dramatyczne sytuacje, jak ta w Łanach koło Wrocławia: chciał Pan wysadzić wał, zalać okolicę, wpuścić wodę w dolinę Widawy, żeby dzięki temu wielka woda nie dotarła do miasta.
To była nieudana operacja, a jak coś się nie udaje, to już z definicji jest złe. Po drugie – analizy tego zdarzenia, po fakcie, są różne: czy wysadzenie wałów by coś dało, czy nie dało…

A Pan jak myśli?
Najlepsi eksperci, jakich mieliśmy, a takich zgromadziłem w urzędzie wojewódzkim – z Akademii Rolniczej, Politechniki, firm branżowych – uważali, że takie działanie jest dobre i je zalecali. I to im szybciej, tym lepsze efekty by dały – nie doszło by np. do przerwania kilku wałów już na terenie samego Wrocławia. To miało być ulżenie miastu – nie udało się jednak.

Milionowe straty, zniszczenia dookoła. O czym myślał wtedy wojewoda?
Jako naukowiec zajmowałem się gospodarką wodną, dlatego już wtedy chciałem zrobić coś, co ochroni ludzi prze kolejnymi powodziami. Niemcy przed wojną stworzyli taki system ochrony, ale nie był on unowocześniany do zmieniających się uwarunkowań. Nie uwzględniał np. zmian klimatycznych, zagospodarowania terenów powodziowych, a przecież minął prawie wiek od jego powstania. Też ten poniemiecki system był zaniedbany przez ograniczone wydatki na jego utrzymanie w dobrym stanie. Na dodatek sadzono bardzo blisko wałów drzewa, które rozsadzały jego korpus, budowano przy nich domy. Wiedziałem, że trzeba to przemyśleć i przebudować system ochrony przed powodzią od nowa. Stworzyła się ku temu okazja, bo premier Jerzy Buzek odwołując mnie z funkcji wojewody, powierzył mi przygotowanie kompleksowego programu zabezpieczenia Odry przed powodzią – „Program dla Odry 2006”.

To był bardzo dziwny program ponad podziałami
To było pospolite ruszenie środowiska specjalistycznego, akademickiego, ale też społeczników, samorządowców, burmistrzów… - wszyscy mieli jeszcze w pamięci świeżą powódź. Wszyscy to wspierali. Nie było politycznych przepychanek – wszyscy wiedzieli, że dla ochrony Wrocławia trzeba zrobić wszystko. * Na przykład wybudować zbiornik retencyjny-przeciwpowodziowy w Raciborzu. - Tak, bo to jest zbiornik kluczowy dla bezpieczeństwa po polskiej stronie Odry. Jeśli złapie się tę wielką wodę dużo wcześniej, jak tę która szła na Wrocław w 1997 roku, to miasto można ocalić. Bo zatrzymanie 185 milionów metrów sześciennych wody oznacza redukcję o 500-600 metrów sześciennych wody na sekundę we Wrocławiu, a to już by spowodowało, że byśmy mieli bardzo duże szanse że jeżeli wały by nie uległy awarii, to taki ogrom wody by się zmieścił między obwałowaniami.

A wały „poszły” w 1997 roku, bo…
Woda była ponadwymiarowa. Trzeba pamiętać, że nie ma takich wałów, które nie ulegną przerwaniu. To jest kwestia tego, jak długo i jak wysoka jest woda. Trzeba tłumaczyć ludziom, że to nie wały zabezpieczają nas przed powodzią, ale przede wszystkim retencja – czyli próba zatrzymania wody wcześniej, w górze rzeki, najlepiej tam gdzie spadnie na ziemię. * Ludzie niechętnie zgadzają się na budowę takich zbiorników w swojej okolicy. - Bo ludzi trzeba „zdobyć”, przekonać. Muszą mieć dobre propozycje rekompensat. Bo przecież oddziaływanie takiego zbiornika retencyjnego jest kilkaset kilometrów w dół rzeki, a nie tuż obok, koło nich. Dla Wrocławia – Racibórz jest strategiczny, ale dla mieszkańców dwóch wiosek, które musieliśmy przesiedlić, żeby go wybudować – dla nich to było nieszczęście. Oni mieszkali tam z pokolenia na pokolenie i raptem wielka rewolucja w życiu – trzeba się wyprowadzić, przenieść cmentarz, na którym leżą rodzice, dziadkowie… Najważniejsze, żeby podejść do mieszkańców w sposób ludzki, a nie jak biurokratyczny. W Raciborzu ludzie dostali odszkodowania „odtworzeniowe” za domy – takie, żeby w innym miejscu też mogli sobie dom wybudować. Tak jak w Raciborzu, tak samo trzeba działać w Kotlinie Kłodzkiej, gdzie powinny powstać zbiorniki retencyjne. Już tegoroczne podtopienia pokazały, że one tam są konieczne.

Gdzie takie zbiorniki powinny stanąć?
Krytyczna jest Biała Lądecka. Zwiększenie retencji na Białej Lądeckiej to jest wreszcie doprowadzenie do tego, żeby zagrożenie Kłodzka było minimalne. I także na Bystrzycy Dusznickiej – zbiornik w Szalejowie. Ten zbiornik też ochroni Kłodzko. Natomiast Duszniki, Polanica – dla ich zabezpieczenia też trzeba znaleźć inne rozwiązania.

W 2010 roku, w mojej gazecie, mówił Pan o swoim planie marzeń, jeśli chodzi o działania przeciwpowodziowe. Ile z tego udało się zrealizować?
Byłem wtedy optymistą. W większości się jednak udało z kilkuletnimi opóźnieniami.

Budowa suchego zbiornika Racibórz i odrzańskich elementów ochrony przed powodzią aglomeracji wrocławskiej do 2015 roku.
Zrobiliśmy to w latach 2018-1019.

Zrealizowanie zadań ochrony przed powodzią, zwiększenie przepustowości doliny Widawy do 2017 roku.
Udało się zakończyć prace w latach 2018-2019, tylko tyle, że nasze działania są uzupełniane. Kiedyś wieś Kiełczówek to było siedem chałup, a dziś jest mnóstwo domów. I dlatego teraz musimy, na Widawie, wyżej, zabezpieczyć te osiedla przed cofką – to będzie zrealizowane, kontrakt jest już podpisany.

Trzeci z zaplanowanych przez Pana punktów: ochrona przed powodzią zlewni Nysy Kłodzkiej. Miał być zrealizowany do 2018 roku.
Nadal to realizujemy. Tutaj czeka nas duży dialog ze społecznością lokalną i samorządowcami z tego terenu – na co się zgodzą, na co nie…

Czwarty punkt – inwestycje związane z ochroną Nysy przed powodzią i retencja na kaskadzie zbiorników powyżej Nysy do 2018 roku…
To zostało zrealizowane.

Numer pięć – ochrona przed powodzią w dolinie Bobru i Kwisy. Do 2020 roku.
Jesteśmy na etapie domykania tego od strony planistycznej. Ale raczej koniec tych inwestycji to lata 2025-2030.

No i punkt nr 6 – budowa zbiornika mokrego Kamieniec Ząbkowicki.
Teren pod zbiornik jest, wieś Pilce została wysiedlona. Kiedy powstanie? Zobaczymy. To jest tak – im dłużej nie ma powodzi, tym trudniej dostać pieniądze na finansowanie takich przedsięwzięć. Te wezbrania wody w 2020 roku otwierają temat, żeby dokończyć kilka zaplanowanych zadań: Kwisa, Bóbr, Kotlina Kłodzka. Ale to już nie ja to będę robił.

Czemu?
Pozbyto się mnie z projektu ochrony przeciwpowodziowej w dorzeczu Odry i Wisły, który stworzyłem. Powodów mi nie podano, a na otwarcie w ubiegłym tygodniu zbiornika Racibórz zaproszenia nie otrzymałem, choć doprowadziłem do jego realizacji. Takie czasy i taka kultura polityczna.

Po 23 latach od powodzi jesteśmy lepiej przygotowani?
To różnica niebo, a ziemia. Jeśli chodzi o Wrocław, to wystąpienie takiej powodzi, jak w 1997 roku absolutnie nie grozi tym, że by coś się we Wrocławiu stało. Taka wielka woda, jak wtedy, do Wrocławia już nie przypłynie. Zbiornik Racibórz, zmiana gospodarowania na kaskadzie zbiorników w Nysie, infrastruktura we Wrocławiu… - to powoduje, że dzisiaj woda nie wlałaby się do miasta, jak 23 lata temu. Poza tym te wszystkie inwestycje przeciwpowodziowe we Wrocławiu spowodowały, że mieszkańcy zwrócili się twarzą do rzeki – mamy mariny, piękne nadbrzeża, restauracje nad brzegiem, można spacerować nad brzegiem rzeki… Sam pamiętam, jak pracowałem w urzędzie wojewódzkim to za nim, nad Odrą rosły jakieś dramatyczne krzaki, a teraz jest piękny bulwar. Same te przeciwpowodziowe inwestycje wrocławskie kosztowały 407 milionów euro, pieniądze były z Unii Europejskiej, pożyczki Banku Światowego, Banku Rozwoju Rady Europy, tylko trochę pieniędzy było budżetowych. I Racibórz – to jest 475 milionów euro. Tylko w te dwa kluczowe miejsca mamy inwestycje na poziomie 900 milionów euro. Dzięki temu możemy czuć się dużo lepiej. Mam jednak nadzieję, że te zabezpieczenia posłużą 100 i więcej lat. Trzeba dodać, że w dorzeczu Wisły trochę nam zazdroszczą tej sytuacji...

Powódź 1997 we Wrocławiu. 23 lata temu do Wrocławia wdarła s...

Covid nie odpuszcza. Będą kontrole

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3