Pod bokserskimi rękawicami mistrzynie mają pomalowane paznokcie

Joanna Bajkiewicz
Joanna Bajkiewicz
Aneta Gojko z Sokółki (z lewej) i Dorota Bukowska z Łomży - nasze bokserskie  mistrzynie
Aneta Gojko z Sokółki (z lewej) i Dorota Bukowska z Łomży - nasze bokserskie mistrzynie E. Szestowicka
Są młode, piękne i... zawzięte. Kiedy wchodzą na ring, liczy się tylko jedno - wygrana! Dorota Bukowska z Łomży i Aneta Gojko z Sokółki zostały Młodzieżowymi Mistrzyniami Polski w boksie. Dorota w kategorii 48 kg, a Aneta - 70 kg.

Obie już nie wyobrażają sobie życia bez rękawic. Boks przynosi im bowiem nie tylko sukcesy, ale przede wszystkim uczy pokonywać własne lęki.

- Ten sport hartuje wytrzymałość, siłę, szybkość, koordynację, ale przede wszystkim uczy radzenia sobie z własnymi myślami. Kiedy przychodzę na trening, wszystko inne zostaje w tyle - wyznaje 19-letnia Dorota Bukowska. I nie ukrywa, że to właśnie dzięki treningom uwierzyła w siebie.

Była świadkiem napadu

Dorota swoją przygodę z boksem zaczęła zupełnie przypadkiem. Zawsze była aktywna fizycznie, w liceum trenowała siatkówkę, ale dwa lata temu była świadkiem napadu i wtedy zdecydowała się podszkolić swoje zdolności z zakresu samoobrony.

- To była jesień, dochodziła godzina dziewiętnasta, więc było już ciemno - wspomina Dorota. - Siedzieliśmy ze znajomymi na skate parku. Podeszło do nas trzech młodych mężczyzn. Jeden z nich wyciągnął rękę do mojego kolegi, aby się przywitać, a po chwili wbił mu w plecy scyzoryk - opowiada 19-latka.

Nie ukrywa, że była przerażona, ale czuła, że musi coś zrobić. I choć jest bardzo drobna, bez namysłu podbiegła do groźnego napastnika i wykrzyczała mu w twarz, że jest nienormalny.

- Nie byłam agresywna, nie biłam go, ale chciałam mu wyrzucić w twarz, że człowiek nie powinien robić drugiemu człowiekowi takich rzeczy. Nie bałam się, nie myślałam o zagrożeniu, martwiłam się jedynie o przyjaciela, który został zraniony - wspomina.

Trzy miesiące później trafiła na salę treningową pod skrzydła Zbigniewa Maleszewskiego, prezesa Bokserskiego Klubu Sportowego „Tiger” Łomża. Trener już po miesiącu ją zapytał, czy chciałaby jeździć na zawody, a Dorota bez wahania postanowiła pokazać sobie i innym, na co ją stać.

Bez oszczędzania się

Pierwszą walkę stoczyła w Sokółce na zawodach okręgu podlaskiego. Doskonale pamięta mieszane uczucia, które jej wtedy towarzyszyły. Musiała oswoić się z ringiem, w którym stanęła pierwszy raz, a także okiełznać adrenalinę i strach, które pojawiły się tuż przed walką. Trener cały czas stał przy ringu i podpowiadał, co ma dalej robić. Bardzo się martwił o jej bezpieczeństwo. Jednak Dorota ze wszystkim poradziła sobie doskonale i tego dnia zdobyła złoto.

- Byłam w szoku, bo trenowałam zaledwie od 1,5 miesiąca, a tu takie zwycięstwo! - wspomina. - No ale w końcu moja pewność siebie wzrosła, a nie ukrywam, że zdobyte tego dnia złoto zmotywowało mnie do dalszej pracy bez oszczędzania się w ringu - opowiada.

Pół roku później wywalczyła czwarte miejsce na mistrzostwach Polski w Grudziądzu. W tym roku w Wałczu zaś nie miała sobie równych - zdobyła złoto i została Młodzieżową Mistrzynią Polski w kategorii 48 kg.

- Kiedy zobaczyłam swojego przeciwnika, poczułam, że dam radę - opowiada. - Przecież nie po to jechałam na mistrzostwa, żeby wracać z pustymi rękoma - śmieje się. - Porażka jest lekcją, ale zwycięstwo jeszcze większym doświadczeniem i motywacją do działania. Wiedziałam, że muszę wygrać.

Choć przyznaje, że obawy też kłębiły się w jej głowie. Była świetnie przygotowana taktycznie, ale z szybkością i wytrzymałością czuła się średnio, a to była bardzo szybka walka, więc musiała reagować w pierwszej minucie. Na szczęście udało się - rywalka niczym jej nie zaskoczyła.

Trzeba być gotowym na ból

Dorota jest bardzo drobną, delikatną kobietą i - choć zapewnia, że jak w boksie, tak i w życiu jest bardzo waleczna - wyglądem nie odbiega od nietrenujących koleżanek. Lubi chodzić na szpilkach i nosić... długie, pomalowane paznokcie!

- Oczywiście liczę się z tym, że podczas walki mogę połamać paznokcie, ale mimo to ciągle je hoduję i maluję, bo po prostu bardzo lubię zadbane dłonie - śmieje się zawodniczka. I dodaje, że na ringu można stracić nie tylko paznokcie... - Nie raz oberwałam tak, że krew się lała z nosa. No ale taki to jest sport - kwituje. - Wtedy trener podaje ręcznik i walczę dalej. W ringu nie odczuwa się takiego bólu, bo człowiek skupia się na walce. Dopiero później patrzy się na zakrwawiony ręcznik i do człowieka zaczyna docierać, co się stało - mówi Dorota.- Wtedy dopiero biegnę do lustra!

Obie mistrzynie oraz ich trener Zbigniew Maleszewski podkreślają, że w boksie trzeba być gotowym na ból. Dlatego równie ważne jak sprawność fizyczna, koordynacja, zwinność, gibkość, jest też przygotowanie psychiczne.

- Każde zawody to ogromny stres, bo wiążą się ze świadomością zawodniczki, że... będzie bolało. Każda pomyłka i błąd to ból, z którym trzeba się liczyć. Przyjmuje się przecież ciosy na głowę, na korpus - wylicza Maleszewski. - Sparingi świetnie pokazują odporność zawodniczek na ciosy i to, jak reagują w czasie walki, czyli jak się sprawdzają w chwilach kryzysu. Czy potrafią nie tylko zadawać ciosy, ale i je przyjmować - mówi trener. I chwali nasze mistrzynie, że są bardzo solidne i wręcz zawzięte.

- Żeby one miały tyle siły, co złości, to wszyscy byśmy chodzili z podbitymi oczami - śmieje się trener.

Mimo kontuzji, chce być zawodowcem

Anetę Gojko z Sokółki Maleszewski przyjął pod swoje skrzydła niejako dodatkowo. Dziewczyna bowiem zaczęła dzienne studia w Łomży, jednak - choć musiała przeprowadzić się z Sokółki do miasta nad Narwią - nie chciała zmieniać klubu, w którym rozpoczęła swoją karierę. Od lat bowiem ćwiczy pod okiem najmłodszego w Polsce trenera klasy mistrzowskiej Tomasza Potapczyka z UKS Boxing Sokółka.

- Z moim trenerem jesteśmy w stałym kontakcie telefonicznym i staram się tak wracać na weekend do domu w Sokółce, by jeszcze zdążyć na piątkowy trening - wyjaśnia sokółczanka.

Aneta urodziła się i wychowała w Sokółce. Pierwszy raz stanęła na ringu mając zaledwie 11 lat. Na pierwszy trening poszła, bo... zapisywały się koleżanki. One w międzyczasie porezygnowały, a ona została i co więcej, właśnie z tym sportem wiąże swoją przyszłość. Marzy, by zostać zawodową bokserką.

- Chciałabym spróbować swoich sił w zawodowym boksie. Dla mnie to przede wszystkim prestiż - wyjaśnia. Nie ukrywa, że cieszy ją fakt, że kobiety mogą walczyć bez kasków. - Bo te kaski są strasznie niewygodne, zwłaszcza, gdy ma się długie, gęste włosy - wyjaśnia.

Gdyby nie wyszło z boksem, Aneta ma przygotowany „plan b“. W Państwowej Wyższej Szkole Informatyki i Przedsiębiorczości w Łomży studiuje zarządzanie.

- Nie wiem jeszcze, czym będę zarządzać, ale boks jednak jest bardzo kontuzyjnym sportem, więc gdyby coś mi w ringu nie wyszło, będę miała w zanadrzu zawód - tłumaczy. - Zarządzanie to mój „plan b” na alternatywne, bardziej spokojne życie.

Aneta wie, o czym mówi, bo sama nie raz miała już kontuzję. Najpoważniejsza była ta, której doznała trzy lata temu na zgrupowaniu we Włoszech. Do dziś leczy kręgosłup.

- W trakcie walki niefortunnie wygięłam się do tyłu i przestawiły mi się kręgi - wspomina.

Ta kontuzja uziemiła ją w domu na pół roku, ale potem bez namysłu wróciła na ring.

Rodzina odradzała jej boks

Aneta w dzieciństwie była cichą i spokojną dziewczynką. Zawsze stała z boku, nie wyróżniała się wśród rówieśników. Nawet kiedy przyszła trenować boks, jej nieśmiałość sprawiała, że ciągle stawała z tyłu. Początkowo nikt nie zwracał na nią uwagi. Rodzice i znajomi nie dowierzali, że chce trenować taki „męski sport“. Próbowali odwieść ją od tego, ale ona tym bardziej nie chciała opuścić żadnego treningu. Trener jednak po kilku miesiącach dostrzegł jej umiejętności i wkrótce wysłał na zawody.

- Bardzo się bałam. Najgorsze było dla mnie przejście z szatni do ringu - wspomina Aneta. - Miałam w głowie chaos, tysiące kłębiących się myśli, ale gdy tylko stanęłam do walki, stres minął jak ręką odjął. Wygrałam i zostałam mistrzynią okręgu podlaskiego.

Dziś ma na swoim koncie dwa tytuły młodzieżowej mistrzyni Polski, trzy tytuły wicemistrzyni Polski, a także tytuł wicemistrzyni Europy. I choć rodzice są z niej dumni, nie przychodzą na jej walki.

- Mama była tylko raz. I choć nie byłam już świeżakiem, bo trenowałam kilka lat, nie mogła patrzeć jak mnie biją. Kątem oka widziałam, jak zapłakana opuszcza salę, więc potem trudno było mi się skupić na walce z rywalką - opowiada sokółczanka.

Tę walkę udało jej się wygrać.

- Ale zapowiedziałam mamie, że już nigdy więcej ze mną nie pojedzie, bo nie potrzebuję dodatkowych stresów - śmieje się bokserka. I dodaje, że woli zadzwonić do rodziców już po zakończonej walce.

Boks to wyrzeczenia

Odpowiednie żywienie, intensywne treningi i brak czasu na życie towarzyskie - tak wygląda codzienność naszych mistrzyń. Aneta przyznaje, że dla niej najgorszy był czas wchodzenia w pełnoletność. Znajomi bowiem wtedy hucznie świętowali osiemnastki, a ona jeździła na zgrupowania, by przygotować się do kolejnych zawodów.

- Czasem mama ledwie zdążyła pranie zrobić pomiędzy moimi obozami - śmieje się dziewczyna. Jednak przyznaje, że mimo wszystko było warto. Najmilej wspomina pierwsze mistrzostwa Europy w Asyżu. Znalazła się tam nieco przypadkiem, bo dziewczyna, która miała jechać - zrezygnowała. Inne zawodniczki przygotowywały się do mistrzostw od sześciu miesięcy, ona miała na to tylko nieco ponad miesiąc.

- No ale sama ranga tego wydarzenia i znalezienie się wśród zawodniczek było dla mnie już wystarczającą nagrodą, więc wtedy nawet nie myślałam o medalu - opowiada. - Mogłam podpatrzeć, jak boksują dziewczyny z osiągnięciami.

Musiała wtedy stoczyć dwie walki, w tym z bardzo wysoką zawodniczką z Irlandii.

- Jak przed wejściem na ring stanęłyśmy obok siebie i ona spojrzała na mnie z góry, to wszystkiego mi się odechciało - śmieje się Aneta. A jednak to sokółczanka wygrała tę walkę! Dziś tłumaczy, że zrobiła to... sercem, bo zdaje sobie sprawę, że jej rywalka była technicznie znacznie lepsza.

Zresztą nie tylko w Asyżu Aneta przekonała się, że w boksie liczy się nastawienie. Na mistrzostwach świata w Tajwanie w 2015 roku odpadła w ćwierćfinale, choć była pewna wygranej.

- Było pięciu sędziów i wynik 3:2. Gdyby jeden głos poszedł inaczej, wynik byłby inny... - żali się. Przegrana przed wejściem do strefy medalowej bardzo ją zabolała. - No ale światowy ring to nie przelewki. Emocje wzięły górę. Płakałam, ale z wynikiem sędziów się nie dyskutuje. Przyjęłam porażkę i nauczyłam się, że na ringu nie mogę odpuścić nawet na chwilę. Od tamtej pory nie poddaję się, choć bym miała zmieść ring.

W październiku w Wałczu wywalczyła złoty pas w młodzieżowych mistrzostwach Polski w kategorii 70 kg. Adrenalina była tak wysoka, że ból po sobotniej walce poczuła dopiero we wtorek.

Wideo

Materiał oryginalny: Pod bokserskimi rękawicami mistrzynie mają pomalowane paznokcie - Plus Gazeta Współczesna

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie