Po bandzie: Czy Messi, Ali i Jordan to bluźniercy

Wojciech Koerber
Oberwało się ostatnio Messiemu za... maestrię. Za nieszablonowe wykonanie rzutu karnego, kiedy to - przy stanie 3:1 dla Barcy- podbiegł do wapna, lecz nie uderzył na bramkę, a podał do boku. Tam pojawił się po chwili Suarez i pokonał bramkarza. Nie spodobało się to kilku komentatorom o wyraźnie skrajnych poglądach, otóż postawili oni zadziwiającą diagnozę: to lekceważenie rywala!

Bardzo mnie ta diagnoza zaciekawiła, zwłaszcza w czasach, gdy o kibica walczyć trzeba na różne sposoby. Chociaż Barcelona akurat żadnego działu marketingu nie potrzebuje, to Barcelona po prostu. Mianowicie od zawsze miałem wyobrażenie, że w sporcie dążyć należy do perfekcji, a przy okazji dawać ludziom show. Moja diagnoza? Ci hiszpańscy komentatorzy La Liga życia nie znają i bluźnią zwyczajnie. Panowie, zerknijcie na naszą ekstraklasę i niech przetłumaczą wam kilka zaleceń zza linii bocznej: „dzida do przodu”, „pierd...nij na aferę” etc. Moglibyście odnieść wrażenie, że to lekceważenie kibica.

Już przed laty podobnie jak Messi zachowywał się Johan Cruyff, a pytanie stawiam następujące - gdzie jest granica, której przekraczać nie wypada? Czy norweska sztafeta biathlonistów winna hamować, by nie zdublować polskiej? Czy fruwający nad rywalami Michael Jordan też ich w ten sposób lekceważył? A może niepotrzebnie szydził z przeciwników Muhammad Ali, gdy unosił ręce i dawał im się obijać po schabach, by pokazać, jaki jest twardy? Przykładów mnóstwo i jeden wspólny mianownik, wszystkie te nazwiska przeszły do historii, z uwagi na artyzm właśnie. Artyzm widoczny nie na tle amatorów, lecz sportowców grających w tej samej lidze. A że ci biedni rywale, w trakcie psychicznej chłosty, istotnie nie czują się komfortowo? Fakt, lecz to zawodowcy, za miliony euro. No jakie filmiki odpalamy najczęściej? Takie właśnie.

A propos. Dziś wszystko dostajemy na tacy i od razu. Ostatnio, czekając w Karpaczu na rozpoczęcie Olimpiady Młodzieży, obserwowałem dolnośląskiego marszałka Michalaka. Otwarty to człowiek, zatem wyszedł do dzieciaków, zagaił, zapytał o formę, przedstawił się i zachęcił do zbiorowej fotki. Cała akcja trwała może minutę i liczna grupa olimpijczyków pozowała już z nowym kumplem. W ciągu kolejnej minuty na wielu facebookowych profilach pojawiło się zdjęcie opatrzone zapewne takim mniej więcej dumnym opisem: „ja i marszałek”. Zerkałem z boku na pijarowe umiejętności marszałka i wspominałem z red. Arkiem Dziubkiem (wciąż TVP), jak to drzewiej, za naszego dzieciństwa, bywało. I Arek wspominał nerwowe momenty, kiedy to Sparta na wyjeździe walczyła. Transmisji jeszcze żadnych nie było, radiowych również, to wydzwaniał wieczorem do klubu, licząc, że zgłosi się jakiś zbłąkany mechanik i odbierze w warsztacie. Wtedy pytał, czy może zna wynik z Lublina, a gdy znał, to jeszcze próbował z niego wydobyć „kto zdobył najwięcej?”.

To były czasy. Sąsiad instruował, że najszybciej „Tygodnik Żużlowy” dochodzi do kiosku na Kiełbaśniczej, przy Rynku, w zasadzie domku prasowego, z wejściem do środka. We wtorek po szkole wsiadałem więc na Nowym Dworze w 142 i ruszałem. Im bliżej było Kiełbaśniczej, tym mocniej biło serce, a w głowie różne wiły się myśli: „będzie, nie będzie, dowieźli, nie dowieźli czy nie wykupią?!”. Wbiegałem do środka i wypatrywałem pośród stosu gazet tej z logo charakterystycznie wygiętego żużlowca, a następnie patrzyłem niżej na zdjęcie - nowe, czy może stary numer leży. Stare? Świat się walił. Nowe? Ufff, będzie uczta!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie