Piłka nożna: Zagłębie Lubin pogrzebało Lecha na jego kartoflisku

Paweł Kucharski
Archiwum
Założenie taktyczne, z jakim lubinianie wyszli na to spotkanie, nie było skomplikowane - bronić się i przeszkadzać. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować. Z Artjomsem Rudnevsem, Sławomirem Peszką czy Semirem Stiliciem problemy mieli nawet defensorzy Juventusu Turyn, nie wspominając już o tych z Red Bulla Salzburg. Szybko się jednak okazało, że nie taki diabeł straszny, jak go malują.

Gospodarze starali się, kombinowali, ale zdobywanie terenu przychodziło im z wielkim trudem. A trzeba zaznaczyć, że teren przy Bułgarskiej to naprawdę ciężki kawał chleba, to znaczy boiska. Istne kartoflisko, żywcem wyjęte z A klasy, nieprzystające do tak efektownego stadionu. Nierówna nawierzchnia, doły i wystające kępy trawy. Największej "dewastacji" płyty przy Bułgarskiej dokonała jednak Miedziowa Armia trenera Marka Bajora. Piłkarze Zagłębia walczyli o każdy jej metr, mówiąc wprost i kolokwialnie - gryźli ją.

PRZECZYTAJ NASZĄ RELACJĘ NA ŻYWO

Nie oznacza to jednak, że Lech nie stwarzał zagrożenia, bo w pierwszej połowie miał trzy okazje, z których powinien zdobyć gola. Po strzale Peszki piłka otarła się od poprzeczki, ale najbliżej szczęścia byli Kriwiec i Stilić. Gdy jednak mieli już przed sobą tylko Bojana Isailovicia i bramkę Zagłębia, zawiodła ich technika. A wystarczyło zamknąć oczy i huknąć z całej siły. Pewnie nie byłoby co zbierać. W pierwszej połowie lubinianie nie za bardzo myśleli o ataku, o czym najlepiej świadczy jeden jedyny celny strzał Sergio Reiny z 35 metrów wprost w ręce Jasmina Buricia. Goście woleli dać się wyszumieć rywalom. Ci szumieli przez godzinę, a chęci i werwy ubywało im z każdą upływającą minutą.

W końcu to lubinianie ruszyli do ofensywy. Z przytupem i bez kunktatorstwa. Piłka co rusz wędrowała w pole karne Lecha, a pomarańczowe koszulki graczy Zagłębia migały przed oczami poznanian jak w stroboskopie. Obraz gry zmienił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a ostatnie 30 minut to absolutna dominacja ekipy Bajora. Działo się naprawdę wiele. Najpierw silny, ale minimalnie niecelny strzał głową Bartosza Rymaniaka, potem przegrany pojedynek jeden na jednego Szymona Pawłowskiego z Buriciem, poprzeczka po potężnej bombie z pięciu metrów Rymaniaka i w końcu kapitalny gol Mateusza Bartczaka. Pomocnik Miedziowych otrzymał krótkie podanie na 25. metrze, długo się nie zastanawiał i uderzył z całych sił w kierunku bramki. Bośniacki golkiper Lecha zebrał się do interwencji, ale nim się obejrzał, Bartczak miał już wysoko uniesione ręce w geście triumfu. - Te piłki latają jak zwariowane, dlatego warto uderzać z dystansu - zauważył strzelec. To nie pierwszy jego tak efektowny gol w tym sezonie. Równie piękne trafienie zaliczył w meczu z Polonią Warszawa. - Który był ładniejszy? Nie wiem, ale każdy chciałby mieć takie dylematy - nie krył dumy i zadowolenia.

Po tym ciosie lechici już się nie podnieśli. Co więcej, mogli otrzymać kolejne. Słupki bramki Lecha obijali Dawid Plizga i Pawłowski. Ten drugi więcej problemów miał z nierówną murawą, o którą się potykał, aniżeli z obrońcami Lecha. Tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego kropkę nad i mógł postawić Plizga, ale niekryty w polu karnym, przestrzelił. Nikt w lubińskiej ekipie z tego powodu nie narzekał, bo Zagłębie rozegrało w Poznaniu znakomitą partię i w pełni zasłużenie zgarnęło trzy punkty.

- Jesteśmy jeszcze w lekkim szoku. Czuję się, jakbym dostał obuchem w głowę. Dla nas ten wynik to tragedia - słowa trenera Lecha Jacka Zielińskiego najlepiej oddają to, czego w sobotę dokonali Miedziowi. - Ja w szoku nie jestem, to za duże słowo, ale nasze zwycięstwo na pewno jest niespodzianką - przyznał z kolei Marek Bajor, który był bardzo zadowolony z postawy wracającego po kontuzji Pawłowskiego, a także młodych i niedoświadczonych w ligowych bojach Damiana Dąbrowskiego i Rymaniaka. Postawa tego ostatniego cieszy tym bardziej, że do kontuzjowanych Costy Nhamoinesu i Grzegorza Bartczaka dołączył kolejny obrońca, Csaba Horvath. Słowak w jednym ze starć z Rudnevsem doznał rozcięcia skóry w okolicy łuku brwiowego i naruszenia przegrody nosowej. Z boiska został przewieziony od razu do szpitala, gdzie założono mu szwy.

Lech Poznań - KGHM Zagłębie Lubin 0:1 (0:0)
Bramka: M. Bartczak (74)
Widzów: 22 000
Sędziował: Dawid Piasecki (Słupsk)

Lech: Burić - Kikut I, Bosacki I, Djurdjević I, Gancarczyk - Stilić, Injac, Drygas (63 Tshibamba), Kriwiec (78 Kiełb), Peszko - Rudnevs.
Zagłębie: Isailović - Rymaniak, Stasiak, Horvath (29 Reina), Kocot - Pawłowski, Dąbrowski, M. Bartczak, Plizga, Kędziora - Traore (90 Woźniak).

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

.

Ta, to brzmi zdecydowanie lepiej, niż Malinowe Nosy ...

Dodaj ogłoszenie