Piłka nożna: WKS mógł, a nawet powinien z Lechem wygrać

Mariusz Wiśniewski
Trener Tarasiewicz może zacząć martwić się o swoją posadę
Trener Tarasiewicz może zacząć martwić się o swoją posadę Paweł Relikowski
- I co z tego, że zagraliśmy dobry mecz. Jeżeli chcemy walczyć o wyższe cele, musimy takie spotkania wygrywać - smutno podsumował spotkanie Jarosław Fojut, obrońca Śląska.

Wrocławianie mogli, a nawet powinni z Lechem wygrać, a przynajmniej zremisować. W pierwszej połowie zespół Ryszarda Tarasiewicza prezentował się znacznie lepiej od gości, którzy mieli duże problemy z konstruowaniem akcji i notowali bardzo dużo strat w środkowej strefie. I kto wie, jakim wynikiem zakończyłby się ten mecz, gdyby zaraz na początku meczu Waldemar Sobota wykorzystał sytuację sam na sam z Krzysztofem Kotorowskim.

- Miałem doskonałą okazję i widziałem już piłkę w bramce, ale jednak nie wpadła - stwierdził po meczu Sobota. Lech w tym czasie nie stworzył sobie ani jednej dogodnej sytuacji bramkowej. Aż w końcu nadeszła 23 min. Na strzał z rzutu wolnego z 30 metrów zdecydował się Sławomir Peszko i mimo że piłka leciała w środek bramki, wpadła do siatki.

- Nie mamy pretensji do Mariana, bo sam widziałem, jak ta piłka leciała. Najpierw zmierzała w prawy róg, a później zakręciła i wpadła do bramki. Ta piłka jest nieobliczalna i robi takie numery - komentował Sobota.

Gol nie zmienił obrazu gry i Śląsk miał przewagę, ale nadal nie potrafił trafić do bramki rywala. Kiedy wydawało się, że już przed przerwą nic się nie zmieni, po rzucie z autu Piotra Celebana i zagraniu piętą Tomasza Szewczuka Luis Henriquez dostał piłką w rękę. Sędzia się nie zawahał i podyktował rzut karny, który na gola zamienił pewnym strzałem Cristian Diaz. Wydawało się, że gol do szatni podbuduje wrocławian i w drugiej połowie dobiją mistrzów Polski.

Najpierw jednak na trybuny został wyrzucony trener gości Jacek Zieliński, który mocno gestykulował i krzyczał podczas pierwszej połowy w kierunku arbitra. Po gwizdku kończącym tę część spotkania wbiegł na murawę.

- Na środek boiska wpadłem, żeby odciągnąć od sędziego swoich zawodników. Owszem, padło kilka ostrych słów, ale gwarantuję, że nikt nikomu nie ubliżał - wyjaśniał na konferencji Zieliński. Początek drugiej części meczu był obiecujący dla Śląska, bo Kotorowski z trudem przeniósł piłkę nad poprzeczką po strzale Piotra Ćwielonga z narożnika pola karnego. Ale podobnie jak to było w pierwszej połowie, kiedy wydawało się, że jeżeli padną bramki, to strzeli je Śląsk, gola zdobyli goście.

Po kontrataku piłka trafiła do Artjomsa Rudnevsa, a ten po kolejnej niepewnej interwencji Kelemena trafił z bliska do siatki. Jak później pokazały powtórki w telewizji, napastnik zespołu z Poznania był na pozycji spalonej, ale sędziowie na boisku tego nie zauważyli.

Drugi stracony gol w momencie, kiedy to Śląsk był stroną przeważającą, wyraźnie podłamał wrocławskich piłkarzy. Zespół Tarasiewicza nadal był częściej przy piłce, ale goście bardzo mądrze się bronili, sprytnie urywali sekundy.

Mimo wszystko Śląsk mógł jeszcze uratować wynik. Jeszcze w 90 minucie doskonałą okazję miał Sebastian Mila. Po kontrataku Łukasz Madej zagrał do wbiegającego w pole karne kapitana wrocławskiego zespołu, ale ten posłał piłkę nad poprzeczką.

- Zainkasowaliśmy pierwszą i drugą bramkę w momentach, gdy prowadziliśmy grę. Staraliśmy się odpowiedzieć na tyle, na ile pozwalał nam przeciwnik i nasza determinacja, by dążyć do korzystnego wyniku. Nie udało się, co jest trochę paradoksalne w tym sezonie, porównując z zeszłym. Ciągle mówię o czterech meczach, bo jest piąta kolejka - podsumował spotkanie trener Ryszard Tarasiewicz.

Prawdą jest bowiem, że Śląsk, poza spotkaniem w Gdańsku z Lechią, we wszystkich pozostałych meczach tego sezonu prezentował się dobrze, a momentami nawet bardzo dobrze. Z Jagiellonią Białystok, Legią Warszawa, Cracovią i z Lechem wrocławianie nie przypominali zespołu z poprzedniego sezonu. Śląsk gra teraz ofensywnie, efektownie i odważnie. Niestety, nie przekłada się to na punkty. I właściwie tylko to można zarzucić drużynie i trenerowi Tarasiewiczowi - brak punktów i tym samym niskie miejsce w tabeli. Tylko, albo aż, bo w końcu to punkty i miejsce w tabeli są najważniejsze.

- Mamy deficyt punktowy i zdajemy sobie z tego sprawę. Nie tylko będziemy chcieli to nadrobić, ale musimy to nadrobić w następnych trzech meczach - dodał Tarasiewicz.

O szybką poprawę statystyk nie będzie jednak łatwo, bo teraz Śląsk czekają trzy mecze wyjazdowe: za tydzień z Widzewem Łódź, a później z Koroną Kielce i Wisłą Kraków. W tym czasie zespół Ryszarda Tarasiewicza zagra jeszcze na wyjeździe w Pucharze Polski ze Świtem Nowy Dwór. Na Oporowską Śląsk powróci dopiero 16 lub 17 października, a rywalem wrocławian będzie silna Polonia Warszawa.
Czy na ławce trenerskiej Śląska będzie wtedy nadal siedział Tarasiewicz? Możliwe, że tak, ale możliwe , że nie. Na Oporowskiej może się wydarzyć teraz niemal wszystko.

- Spodziewam się głosów, że trzeba zwolnić Tarasiewicza - odparł szkoleniowiec Śląska na pytanie o swoją przyszłość.

Śląsk Wrocław - Lech Poznań 1:2 (1:1)
Bramki: Diaz 44 (z karnego) - Peszko 23, Rudnevs 51
Sędzia: Adam Lyczmański (Bydgoszcz)
Widzów: 8500
Śląsk: Kelemen - Celeban, Fojut, Spahić, Wołczek - Sobota (70. Gancarczyk), Kaźmierczak, MilaI, Szewczuk (82. Gikiewicz), Ćwielong (70. Madej) - Diaz.

Lech: KotorowskiI - Wojtkowiak, Arboleda, Durdević, Henriquez - KikutI, Injac (85. DrygasI), Kriwiec, Stilić, Peszko (78. Wilk) - Rudnevs (72. Wichniarek).

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie