Paweł Kowal: Rżnięcie głupa to nie jest dobry pomysł na politykę zagraniczną

Redakcja
- W tekście Politico jest kilka szczegółów dotyczących propozycji rozbioru Ukrainy. Mało prawdopodobne, by były wyssane z palca. Stawiam hipotezę, że Putin do tego wątku powracał kilka razy podczas spotkań z Tuskiem - mówi były europoseł Paweł Kowal.

Pan robił polską politykę wschodnią po 2005 r. Czy rzeczywiście w roku 2008 Rosja namawiała Polskę na rozbiór Ukrainy?
W jednym Sikorski ma rację - ta sprawa jest wielopłaszczyznowa. Dalej zaczynają się schody.

Dokąd prowadzą?
Na pewno Putin miał i ma w głowie ideę rozbioru Ukrainy. Są liczne dowody na to, że od chwili rozpadu ZSRR Kreml myślał o tym. Dotykała tego m.in. doktryna Falina-Kwicińskiego zaproponowana tuż przed końcem Związku Radzieckiego. Ona zakładała, że jednym z celów odbudowy Rosji jest odtworzenie imperium. Do pewnego momentu to była tylko idea, ale od wojen na Kaukazie widać, że Moskwa zaczyna rzeczywiście budować imperium - w dodatku w sposób będący kalką koncepcji z czasów Katarzyny II. Putin chce Trzeciego Imperium, a siebie widzi jako imperatora.

Z naczelnym marzeniem zapewnienia Rosji dostępu do ciepłych mórz.
Stąd tyle energii Rosja wkłada w umocnienie swej pozycji nad Morzem Czarnym, które do tych ciepłych wód prowadzi. Ale imperialną pozycję Moskwa buduje w całej Eurazji, temu służą dążenia do przejęcia kontroli nad Arktyką, Rosjanie starają się nawet wrócić na Spitsbergen. Dla bacznych obserwatorów to wszystko było oczywiste od dawna - od lat 90., a na pewno od 2000 r., kiedy władzę przejął Putin. On wzmocnił doktrynę, mówiącą, że dzięki energetyce Rosja odbuduje dawną pozycję na świecie, a także wrócił do reguły wykorzystywania wojny w polityce wewnętrznej i zewnętrznej.

Wojna w służbie marketingu politycznego?
Tak. To proste narzędzie, ale ono ułatwiło mu zdobycie większych wpływów w kraju oraz w regionie. Jednocześnie drogi Putina rozjechały się z drogami Zachodu - bo tam nikomu nie przyszłoby teraz do głowy, by sięgnąć po wojnę i czyjeś terytorium, by zaznaczyć swoją dominację.

To czemu w 2001 r. George W. Bush mówił o Putinie: Spojrzałem mu głęboko w oczy. To człowiek szczery i godny zaufania?
Trzeba pytać Busha, a Putin potrafił zmylić Zachód nieraz. On w pełni jako przywódca kraju ukształtował się w latach 2003-2005 po doświadczeniu rewolucji róż w Gruzji i pomarańczowej rewolucji na Ukrainie. Wtedy sobie uświadomił, że w dawnych sowieckich republikach dojrzewa pokolenie, które nie chce mieć nic wspólnego z Moskwą - i postanowił twardo temu przeciwdziałać. To był ważny moment zwrotny, który Zachód całkowicie przeoczył. Putin na kolejne kryzysy zaczął reagować ostrzej, a UE i Ameryka myślały, że zawsze będzie jak po pomarańczowej rewolucji.

Końcówka rządów Tuska cechowała się silną retoryką antyrosyjską i zamrożeniem naszych działań na Wschodzie

Mimo wojny w Gruzji.
Rosyjski prezydent wielokrotnie pozwalał sobie na publiczne uwagi o tym, że Ukraina nie zasługuje na to, by być samodzielnym państwem. Nieraz pokazywał, że nie traktuje jej jako niezależny kraj, tylko raczej jako przestrzeń, po której może swobodnie hasać. W 2008 r. dla nikogo nie mogło to być tajemnicą, prezydent Lech Kaczyński mówił o tym wyraźnie. W tym sensie ostatnie rewelacje Sikorskiego nie odkrywają nic nowego, jeśli chodzi o intencje Putina.

Sikorski jednak ze swoich słów zaczął się wycofywać.
Ale się nie wycofał. Warto uważnie przeczytać dementi, jakie wygłaszał.

On najpierw nawiązywał do rozmowy Tusk - Putin w Moskwie w styczniu 2008 r., a potem zmienił wersję, mówiąc, że nie było wtedy rozmowy w cztery oczy.
Powiedział coś więcej. Podkreślił, że zawiodła go pamięć i pomylił daty. Moja hipoteza jest następująca: Putin rzeczywiście powiedział to lub coś podobnego do tego, co Sikorski przekazał dziennikarzowi Politico, ale podczas innego spotkania z Tuskiem, na przykład rok później.

Chodzi Panu o ich wspólny spacer po sopockim molo?
Powiedzmy. Przyjrzałem się tekstowi w Politico jak analityk i problem w tym, że jest tam kilka szczegółów dotyczących tej propozycji, które do molo nie pasują i mało prawdopodobne by były wyssane z palca. Jest więc możliwa jeszcze jedna hipoteza, mianowicie to, że ten temat nie pojawiał się tylko w jednej rozmowie. Wówczas cała sytuacja rzeczywiście robi się skomplikowana.

Sikorski określił ją raczej jako surrealistyczną.
Nie wchodziłbym głębiej w kolejne fazy dementi, bo się w tym zakopiemy.

Bardziej chodzi mi o to, czy taką propozycję można było odebrać jako żart.
Gdy usłyszałem o tej sprawie we wtorek rano, też wydawało mi się, że chodziło tutaj o jakiś typowy rosyjski imperialny żart. Szczególnie że po wrześniu 2009 r. ktoś mi opowiedział, że taki "żarcik" pojawił się u Putina. Ktoś komu opowiedzieć to miał premier Tusk. Mówiłem o tym nieraz, niestety nie pamiętam, od kogo to usłyszałem. Nie mogło to wywołać zdziwienia po referacie Putina w Bukareszcie. Ale gdy przeczytałem, że Sikorski opowiada o szczegółach tego proponowanego rozbioru Ukrainy, to nasunęło mi się pytanie, czy temat nie powracał w kolejnych rozmowach Tuska z Putinem, których zresztą nie było dużo. Sprawy nie można zamknąć stwierdzeniem, że marszałkowi wszystko się pozajączkowało.
Jestem przekonany, że Sikorski chciał powiedzieć to, co powiedział dziennikarzowi Politico.
Jeśli tak, to pojawia się kolejna wątpliwość - czy on po prostu podkręcił i podlał ciężkostrawnym sosem jakąś aluzję Putina, czy rzeczywiście jego rozmowa z Tuskiem była bardziej na serio. Ale te wątpliwości owiewają mroki tajemnicy.

Pan zakłada scenariusz, że Tusk mógł rozmawiać z Putinem na poważnie o ataku na Ukrainę?
Nie. Ale tę sprawę należy wyjaśnić do samego końca, po to by tego typu wątpliwości rozwiać. Bo one mogą wypłynąć w stosunkach polsko-ukraińskich, a także polsko-litewskich czy białoruskich w przyszłości, na przykład za 10 czy 20 lat. Już czytałem komentarze, że dementi nie było wiarygodne.

Na razie rozmawiamy o tym, co Putin miał na myśli. A w tej sprawie ciekawszy wydaje mi się inny wątek. Co ta sprawa mówi o polskiej polityce wschodniej tamtego okresu?
Być może Putin prowokował Tuska w ten sposób, próbował reakcję. Dla mnie problem leży w tym, jak się to ma do oficjalnych zapewnień ówczesnego rządu o tym, że w Rosji idzie ku lepszemu. Jakie on wyciągał wnioski z tych rozmów z Putinem?

Ówczesna polska polityka wschodnia oraz wnioski, jakie powinny płynąć ze słów Putina, stoją w całkowitej sprzeczności z sobą. Skąd ten dysonans? Jak go wyjaśnić?
W tamtym czasie rząd oficjalnie deklarował pełne otwarcie na Rosję i wykonywał szereg gestów tego dowodzących. W tej polityce chodziło przede wszystkim o to, by się zachowywać całkowicie inaczej niż PiS. Skoro Kaczyński był jak wówczas dowodzono "antyrosyjski" i utrzymywał dobre stosunki z Ukraińcami i Gruzinami, to pierwszą decyzją Tuska był wyjazd do Moskwy. Przykładów z tamtego okresu, że rząd PO wyżej stawiał relacje z Rosją jako pilniejsze niż stosunki z innymi krajami regionu jest kilka.

Ale jednocześnie ten sam rząd stworzył program Partnerstwa Wschodniego.
Bo nie da się powiedzieć, że cała polityka wschodnia Platformy była zła. Były w niej poważne pozytywne elementy. Ale warto też pamiętać, że Partnerstwo Wschodnie - stworzone z inicjatywy Sikorskiego i Carla Bildta - swymi korzeniami sięga koncepcji tworzonej przez rząd Jarosława Kaczyńskiego. Lech Kaczyński także wspierał ten program już w wykonaniu nowej ekipy.

Skąd się brały akcenty prorosyjskie w polityce PO? Pan twierdzi, że chodziło o zanegowanie wcześniejszej linii rządu PiS? A może to był element szerszej europejskiej układanki? Przecież wtedy cały Zachód ocieplał.
Tutaj liczyła się przede wszystkim polityka wewnętrzna oraz życie złudzeniami polskiego i europejskiego salonu o tym, że Moskwa się zmienia. Przecież lata 2008-2009 to są debaty o pakcie dla modernizacji Rosji, cała Europa Zachodnia liczyła na to, że ten kraj - za czasów prezydentury Dmitrija Miedwiediewa - zacznie się unowocześniać. Iluzje, iluzje, iluzje. Zresztą dzisiaj także Europa nimi żyje. Najczęściej na nasz koszt, bowiem to my płacimy podwójny rachunek za gaz.

Tylko czy nas stać było na samodzielną politykę wobec Rosji, inną niż reszty UE?
Dziś platformersi mówią, że nie mogli działać inaczej. Tym, którzy tak twierdzą, odpowiadam, że nie ma głupszego argumentu. Polska, z racji naszego miejsca na mapie, powinna być wyjątkowo wrażliwa na to, co się dzieje za naszą wschodnią granicą. W latach 2008-2010 zamiast płynąć w europejskim nurcie, powinniśmy ostrzegać o tym, że Rosja się zmienia, że budzą się w niej demony imperializmu.

Ostrzegał Kaczyński - i w Europie patrzono na niego z nieufnością.
Rozprawmy się z tym "europejskim nurtem". Zgadzam się, że działanie z boku Unii czy NATO mogłoby skazywać nas na izolację. Problem polega jednak na tym, że dzisiaj i tak zmierzamy ku izolacji, mimo że staramy się śpiewać w jednym chórze. Przecież nie siedzimy przy stole przy negocjacjach dotyczących przyszłości Ukrainy - tak się dzieje, gdy rozmowy odbywają się według tzw. formatu normandzkiego.

W formacie normandzkim rozmawiają poszczególne kraje, a nie Unia jako całość.
To sprawia, że nie jesteśmy nawet dokładnie informowani o tym, co się tam mówi. W tej sprawie dodatkowo stawia się rzeczy na głowie, gdyż cały czas słyszymy, że to Ukraińcy nie zaprosili nas do stołu. Ale przecież z Kijowem nie mamy podpisanych żadnych porozumień - inaczej niż z Berlinem i Paryżem, z którymi łączy nas nie tylko Trójkąt Weimarski, lecz przede wszystkim wspólna polityka zagraniczna w ramach UE i NATO. My staraliśmy się śpiewać w jednym chórze, a mimo to zostaliśmy wyizolowani. Powiem więcej - to właśnie polityka jednego chóru doprowadziła nas do izolacji.

Bo okazało się, że to chór Aleksandrowa?
Bez przesady, ten chór jeszcze nie śpiewa po rosyjsku, powiedzmy, że to Wiener Sängerknaben - tylko śpiewają w nim nie chłopcy w strojach marynarzy, lecz mężczyźni w garniturach. Chodzi o styl i o sens. Śpiewanie w jednym chórze ma sens tylko wtedy, gdy mamy wpływ na jego repertuar. Tymczasem dziś widać, że chór o nazwie wspólna europejska polityka zagraniczna się rozpada. I to nie jest moja diagnoza, tylko Carla Bildta, doświadczonego europejskiego polityka.
Mówi Pan o życiu złudzeniami. Bardzo widoczne były one także tuż po katastrofie smoleńskiej - czego efektem jest fakt, że wrak Tu-154M ciągle jest w Rosji. Tyle że w świetle właśnie ujawnionej treści rozmów Putina z Tuskiem tych złudzeń być nie powinno. Jak więc tłumaczyć zaniechania tamtego okresu?
Trzeba o to pytać polityków Platformy. W okresie posmoleńskim unikałem personalnych ataków na członków rządu, zarzucania im złej woli, mówiłem o błędach i dziś widać, że ich ówczesna polityka się nie broni. Była pasmem niedotrzymanych obietnic - także tych, które składano opinii publicznej. A przecież łatwo było przewidzieć, jak Rosja się będzie zachowywać w tej sprawie, i to bez względu na to, jakie słowa padły w rozmowie Tusk - Putin.

Przecież prezydent Miedwiediew obiecał nam, że w 2010 r. wrak tupolewa wróci do Polski.
Było wystarczająco dużo danych pozwalających powątpiewać w szczerość tych zapowiedzi. Tak samo jak w zwrot pełnej dokumentacji katyńskiej. Już Wojciech Jaruzelski w połowie lat 80. myślał, że można się z Rosjanami umówić na zwrot akt katyńskich. Skoro nie udało się to z Gorbaczowem, a z Jelcynem tylko częściowo, to na jakiej podstawie można było przypuszczać, że z Putinem będzie inaczej? Na jakiej podstawie można było po wojnie w Gruzji twierdzić, że Rosja zrezygnowała z dążeń imperialnych? Jeśli ktoś dalej tak twierdził, to był naiwny. A za naiwność w polityce płaci się określoną cenę. Oddzielna sprawa, że mówienie wtedy prawdy o Rosji mogło osłabiać szansę Polaków na zajęcie eksponowanych stanowisk w Unii. Wtedy nazywanie rzeczy po imieniu w sprawie Rosji było bardzo kosztowne i być może nikogo nie było na to stać.

To jest wielkie pytanie wiszące nad całą polską polityką wschodnią - na ile możemy sobie pozwolić na samodzielne relacje z Rosją.
Polityka jednego chóru ma sens tylko wtedy, gdy mamy wpływ na jego repertuar. Jeśli chcemy być w tym chórze bez względu na to, co on zamierza śpiewać, to popełniamy poważny błąd.

Ale długo w tym chórze mieliśmy sporo do powiedzenia.
Czy mówię, że polityka wschodnia PO była tylko zła? I właśnie dlatego mam prawo ją krytykować. Jeśli instytucje europejskie zgadzały się na monopol Gazpromu i łamanie reguł III pakietu energetycznego, a myśmy tolerowali taką sytuację, to znaczy, że potęga armii rosyjskiej i rakiety, z których teraz strzela się do Ukraińców, były kupowane za nasze pieniądze. To z kolei znaczy, że mamy też do czynienia z elementem korupcji zachodnich elit przez Putina. Jeśli ktoś zamiast definiować ten problem udaje, że go nie ma, to nie może prowadzić poważnej polityki. W końcu część dzisiejszej polityki Zachodu wobec Rosji to konsekwencja tego, że kiedyś uległy one korupcyjnym propozycjom Putina.

Skąd się bierze to ciągłe gadanie Putina o tym, że Ukraina to państwo sztuczne?
Z jego strategii. To samo można powiedzieć o Niemczech - przecież to państwo zaczęło mniej więcej funkcjonować dopiero w XIX w. Natomiast na Ukrainie liczy się co innego. Wszyscy Ukraińcy są zjednoczeni wokół wspólnego celu - by zbudować państwo skierowane na Zachód.

Gdyby zapytać Ukraińców z Donbasu, to ta wspólnota celu nie byłaby tak oczywista.
W Polsce też się uda znaleźć powiat, w którym większość mieszkańców to nie-Polacy.

Na Ukrainie mówimy o jednej trzeciej kraju.
Ale to nie oznacza, że należy mówić o Ukrainie złożonej z dwóch części. Tych elementów jest znacznie więcej. Jak każdy kraj jest ona mozaiką różnych historycznych puzzli, które jednak tworzą jeden coraz bardziej zwarty naród - jak Włochy na przykład. Ukraińcy mają silną tożsamość kulturową i narodową - teraz muszą zbudować nowoczesne państwo. Jest wiele narodów w Europie, które mają krótszą historię.

Na przykład Rosjanie.
Właśnie. Podobnie Łotysze.

Konflikt na wschodzie Ukrainy jest od kilku tygodni zamrożony. Na długo?
W tej kwestii ważne jest złapanie momentu. Odpowiadając na takie pytanie w czerwcu, bym powiedział, że za wszelką cenę nie wolno dopuścić do takiego zamrożenia. Ale teraz mówię coś innego - że dziś jedyną szansą na przeprowadzenie reform przez Poroszenkę jest utrzymanie przez jakiś czas zamrożonego konfliktu.

Kiedy zostanie on odmrożony?
Obawiam się innej sytuacji - że to zamrożenie utrzyma się długo i się utrwali. Choć nie mam wątpliwości, że kiedyś sytuacja zostanie odmrożona. Oddzielna sprawa, że może do tego dojść za wiele lat.

Skończy się, dopiero gdy Ukraina drgnie jako państwo.
Nie, drgnięcie - rozumiem, że mówimy teraz o efektach reform - to za mało. Trzeba jeszcze poczekać na zmianę fazy w Rosji. Ona teraz kończy, mam nadzieję, ostatni cykl kolonizacji sąsiadów, to już są ostatnie podrygi. Mogą one nawet potrwać kilkadziesiąt lat, ale w końcu to paliwo imperialne się wypali. Choć wcześniej może dojść do nieprzyjemnych zdarzeń, padną ciosy wymierzone w kraje nadbałtyckie, może także w Polskę. Dziś wyraźnie widać, że rozpoczął się proces okrążania nas. Rosjanie znajdują coraz więcej sojuszników w Europie Środkowej w coraz większej liczbie spraw, m.in. Węgry, Serbia.
Zostawmy Rosję. A czy Ukraina jest w stanie drgnąć? Teraz z powodu wyborów znów zamrozili fazę reform w kraju. Zdobędą się kiedyś na ich wprowadzenie?
Wszystko wskazuje na to, że po niedzielnych wyborach Poroszenko zdoła stworzyć większość. Tak naprawdę dopiero po nich będzie on mógł wziąć w pełni odpowiedzialność za sytuację w kraju. Dopiero od poniedziałku zegar Poroszenki zacznie tykać - bo dopiero od tego dnia będzie on miał warunki do tego, by wziąć pełną odpowiedzialność za rozwój sytuacji w kraju.

Tyle że Ukraina jest dziś w gorszym stanie niż Polska w 1989 r. Będzie ich stać na takie szarpnięcie, jakie u nas przygotował Leszek Balcerowicz?
Na pewno tego się nie da zrobić, gdy w dwóch województwach trwa wojna.

Na razie jest zamrożona. Czy Ukraińcy mają świadomość, jak wielkie wyrzeczenia ich czekają?
Pod tym względem sytuacja na Ukrainie jest nawet lepsza niż w Polsce w 1989 r. - w tym sensie, że Ukraińcy są tak przyzwyczajeni do wyrzeczeń i tak mało spodziewają się po jakiejkolwiek władzy, że łatwiej będzie im przełknąć trud dostosowania. Może wręcz dojść do takiej sytuacji, że stosunkowo małe osiągnięcia zostaną uznane za duże - właśnie z powodu niskich oczekiwań.

Siłą Polski 25 lat temu była bardzo mocna koncentracja na celu. Podobnie jest na Ukrainie?
Nie. Siłą Ukraińców jest gotowość do jeszcze większych poświęceń, niż miało to miejsce w przypadku Polaków.

Wygląda na to, że Ukraińcy dadzą w niedzielę szansę Poroszence. A co będzie jak zawiedzie?
Wiele tutaj zależy od postawy Europy - czy ona zaangażuje się w reformy, pomoże Ukrainie, tak jak obiecała. Ale nawet jeśli prozachodni kurs Ukrainy nie przyniesie efektów, nie oznacza, że w reakcji oni się zwrócą w kierunku Moskwy. Już dobrze wiedzą, że Rosjanie to tacy przyjaciele, którzy najchętniej w gości przyjeżdżają czołgiem. Ale jednocześnie mogą się odwrócić od Zachodu.

To gdzie pójdą?
Nigdzie. Skupią się na sobie. Zacznie się u nich okres wsobnej polityki z mocnym posmakiem nacjonalizmu. Tego rodzaju zwrot - oczywiście w innych warunkach - powoli widać w polityce węgierskiej, mam wrażenie, że także na Litwie.

Pojawią się hasła o budowie Wielkiej Ukrainy?
Na przykład. Na taki wariant należy się przygotować. Zresztą to jest jedna ze słabości polskiej polityki wobec Ukrainy - nie analizujemy różnych wariantów wydarzeń.

Klasyczny wariant mówi, że po rewolucji szybko przychodzi kontrrewolucja - czyli po Poroszence władzę przejmie ktoś od Janukowycza.
Akurat ten scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Widać, że po odpadnięciu Krymu i Donbasu scena polityczna Ukrainy przesuwa się na prawo i do centrum. Dawna Partia Regionów dalej wprawdzie funkcjonuje, ma kilku fajnych polityków, ale straciła swoją bazę wyborczą.

Teraz - ale zniechęcenie reformami na pewno wystąpi, wtedy mogą ją odbudować.
Nie sądzę. Wtedy ukraińska polityka pójdzie w kierunku populizmu pomieszanego z nacjonalizmem. Nagle zaroi się tam od ukraińskich Januszów Korwin-Mikke, Tymińskich, Andrzejów Lepperów.

Jak duże jest ryzyko, że ci nowi populiści będą po cichu instalowani przez Moskwę?
Spore. Ale Rosji będzie trudno, bowiem wyborcy wcześniej wspierający prorosyjskich kandydatów teraz żyją na terenach kontrolowanych przez separatystów albo przez Kreml.

Jak mocno Unia Europejska angażuje się w proces reform na Ukrainie?
O ile wspólnie z MFW pomaga finansowo, to brakuje programu pomocy politycznej. Nie rozumiem, czemu tak kategorycznie odrzuca się możliwość przyjęcia Ukrainy do UE. Przecież zgodnie z traktatami UE Kijów - jako kraj europejski - ma prawo się o to ubiegać. Tymczasem Bruksela narzuca Ukrainie swoje regulacje, każe dostosowywać tamtejsze prawo do swojego, ale nic nie chce dać w zamian. Ludzie, by się czegoś wyrzekać, muszą mieć perspektywę zmiany i poważnego celu. Bez tego mogą tylko w którychś wyborach wybrać partię nacjonalistyczną czy populistyczną i będzie pozamiatane.

Rolą Polski jest pilnowanie, by Bruksela widziała w Kijowie partnera, nie petenta.
Dokładnie. Rozmawialiśmy o tym wcześniej - jak mamy śpiewać w jednym chórze, to musimy mieć wpływ na jego repertuar. Pozycja Polski musi polegać na budowaniu swojej wiarygodności w sprawach wschodnich. Polegać to ma na tym, że nawet jeśli wszyscy się mylą, to my musimy nazywać rzeczy po imieniu - to jest nasza waluta - wiarygodność. Jeśli cały Zachód jak mantrę powtarzał, że Rosja się modernizuje, to naszym obowiązkiem było podkreślać, że tak się nie dzieje.
W ten sposób szybko zostalibyśmy uznani za rusofobów - i w ten sposób stracili wiarygodność.
Ale przytakując, utraciliśmy wiarygodność. To zbyt wysoka cena.

Jednocześnie udało się doprowadzić do podpisania umów stowarzyszeniowych UE z Ukrainą, Gruzją i Mołdawią.
W cieniu tego zostały wysokie ceny za gaz dla Polski, europejskie preferencje dla Gazpromu - to wszystko przecież jest niezgodne z polską racją stanu.

Teraz pojawia się nowy szczegół. Rząd Tuska starał się prowadzić dość aktywną politykę wschodnią - Pan ją krytykuje, ale przynajmniej jest co. Ewa Kopacz teraz zapowiada wykonanie kroku wstecz. Jak to zrozumieć?
Uważam, że to konsekwencja złego rozumienia doktryny Giedroycia. Bo nie jest tak, że my się angażujemy w pomoc dla krajów na wschodzie ot tak, ani nawet z odruchu serca. Robimy to, bowiem to jest dla nas jedyna gwarancja bezpieczeństwa na wschodniej granicy. Pamiętajmy, dlaczego Niemcy wspierały rozszerzenie Unii o Polskę. Nie tylko z zauroczenia. Tylko silne państwa między nami i Rosją pozwalają nam czuć się w miarę bezpiecznie. W doktrynie Giedroycia właśnie o to chodzi, a nie o jakiś wolontariat. Bardzo bym chciał, żeby Ewa Kopacz dodała coś do niej od siebie, jak kilku przywódców po 1989 r., a nie zaczynała realizować jakąś nową doktrynę.

Co mogłaby dodać?
Nowe otwarcie gospodarcze. Prezydent Komorowski proponował pakiet kredytów dla małych przedsiębiorstw na Ukrainie. Świetny pomysł, pomaga budować tam klasę średnią - dlatego dobrze by było, gdyby prezydent z rządem zrealizował swoją propozycję. Właśnie takich konkretów potrzeba, bo właśnie teraz otwiera się okno możliwości dla polskiej gospodarki na Ukrainie.

Jeszcze jedna kwestia. Ewa Kopacz w sprawie Ukrainy robi wyraźny krok wstecz w stosunku do końcówki rządów Donalda Tuska.
Końcówka urzędowania Tuska charakteryzowała się silną retoryką antyrosyjską i jednocześnie niemal zamrożeniem naszych działań na Wschodzie.

My zamroziliśmy czy Unia tego od nas oczekiwała?
Przecież my jesteśmy częścią Unii.

Musimy więc szukać kompromisu z innymi - a inni naciskali, by odpuścić.
Ale my przecież mamy też nasze interesy! Nie wyobrażam sobie sytuacji, by ktoś przekonał Włochów do tego, by odpuścili kwestie Morza Śródziemnego.

Na tym morzu swoich interesów nie mają Rosjanie. A to Rosja dzieli Europę.
Owszem - bo ma broń atomową. Ale ja nie twierdzę, że mamy nawoływać do wojny. Ja tylko chcę, żebyśmy prezentowali stanowisko realistyczne. Tymczasem ostatni raz na Ukrainie byliśmy aktywni w lutym, w czasie wydarzeń na Majdanie. Ale wtedy Sikorski nie dostał wsparcia od reszty rządu i musiał się wycofać. I od tamtej pory znaczymy coraz mniej w kwestii Ukrainy. Jeszcze Komorowski 4 czerwca starał się odbudować sytuację, zapraszając do Warszawy Poroszenkę na spotkanie z Barackiem Obamą, miałem wtedy wrażenie sukcesu tej inicjatywy, ale to był ostatni moment. Po Normandii wszystko zostało wyhamowane.

Ale czy nie jest tak, że Zachód cały czas jak diabeł święconej wody boi się Rosji i dlatego odsuwa Polskę, by nie ryzykować? Przecież już nawet o tym holenderskim boeingu zestrzelonym nad Ukrainą w Europie już się nie mówi. Może Ewa Kopacz nie ma wyboru? Musi zrobić krok wstecz, by nie wyjść na rusofoba?
Nie zgadzam się z takim podejściem. Rżnięcie głupa to nie jest dobry pomysł na robienie polityki zagranicznej. A tak teraz wygląda sytuacja z tym potencjalnym rozbiorem Ukrainy, o której mówił Sikorski. Wiedzieliśmy, ale nie powiedzieliśmy? Bez sensu.

Z drugiej strony dowieźliśmy Partnerstwo Wschodnie do końca. Inaczej byśmy go nie wprowadzili, a rachunki za gaz mielibyśmy takie same.
Sikorski ma też zasługi i historia mu je odda. Chciałbym, żeby politycy PO także umieli oddawać zasługi politykom innych środowisk, jak ja oddaję jego. Ale nie zamierzam też twierdzić, że wszystko, co robił, było właściwe. Teraz Ewa Kopacz proponuje politykę - tak rozumiem jej wypowiedzi - która de facto ma jej dać rok spokoju przed wyborami. Tyle że przez te 12 miesięcy może się jeszcze wiele wydarzyć. Choć nie chcę jej jeszcze krytykować. Być może po prostu ona mówi o jednym chórze, bo jeszcze nie zdążyła poznać jego repertuaru. Dlatego czekam na wystąpienie sejmowe Grzegorza Schetyny 6 listopada - mam nadzieję, że usłyszymy wtedy i elementy kontynuacji i nowe pomysły na polską politykę wschodnią.

Wideo

Materiał oryginalny: Paweł Kowal: Rżnięcie głupa to nie jest dobry pomysł na politykę zagraniczną - Polska Times

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

to Pan rżnie głupa.Kogo Pan broni?Poroszenki,który pochwalił zbrodnie UPA i kultu Bandery?!!
Bo kult Bandery i innych nie wynika z ciemnoty, wręcz przeciwnie,jest to kult założycielski państwa ukraińskiego. Kierują tymi sprawami ludzie mający pełna wiedzę i celowo przeinaczają fakty historyczne. Jest to antypolska indoktrynacja przygotowująca naród do ekspansji poprzez agresję. Tego Pan broni?
Ze śpiewnika UPA 1992 :
Zdobywaj, zdobywajmy sławę!
Wykosimy wszystkich Lachów po Warszawę...
Ukraiński narodzie.[…]
Zdobywaj, zdobywajmy siłę!
Zarżniemy wszystkich Lachów do mogiły...
Ukraiński narodzie […]
Gdzie San, gdzie Karpaty,
gdzie Krym, gdzie Kaukaz,–
Ukraina –Ukraińcom,
a wszystkim przybłędom –precz! .
Te słowa nikomu nie trzeba tlumaczyć,wiadomo o co idzie autorowi.A Pan udaje jak zwylke,że wieje wiatr i deszcz pada.
Dyskusja z Panem Kowalem,to przelewanie pustego w próżne , tylko ludzie niespełna rozumu wierzą w dobre intencje Ukraińców. Dlatego przestań Pan kwiczyć i jątrzyć,bo zachowuje sie Pan tak jak malignie jak można tak bredzić...(maligna ciężki stan chorego połączony z wysoką gorączką, zaburzeniami przytomności i majaczeniem)
PS. proszę, znajdźcie i zmiencie już innych ''ekspertów'' niż Kowal i Sariusz-Wolski.

G
Gość

No i oczywiście ruska agentura pierwsza do komentarzy.
Czy można Ruskich mieszkających w Polsce internować, a przynajmniej nie dopuszczać do internetu?

G
Gość

Bojówki banderowców prawego sektora grasują na terenach naszych miast przygranicznych z ukrainą.Szkoda że o tym pan nie mówi a zaczyna się bardzo nieprzyjemnie robić i z tego co ostanio pisał onet zajęły się tym tematem słuzby specjalne.
Niezrozumiałe jest to że lekceważą politycy odrodzenie się faszyzmu i kultu stefana bandery na ukrainie a prezydent ustanowił dzień 14 pażdziernika świętem powstania UPA.
Ma pan pole do popisu i tym się pan zajmij jak najszybciej !!!!!

O
Olga

Majac takiego "pseudodyplomate" jak Sikorski to kompromitacja dla naszego kraju. Dyplomata powinien byc powsciagliwy, inteligentny i wlasnie DYPLOMATA a nie zolnierzyk na uslugach dla Amerykanow.

Dodaj ogłoszenie