Osiem lat temu zginęła Beata Pawlak

Barbara Sola
Barbara Sola
Barbara Sola Michał Pawlik
Osiem lat temu, 12.10.2002 roku, zginęła w zamachu terrorystycznym na indonezyjskiej wyspie Bali wybitna dziennikarka i reporterka Beata Pawlak (ur. 1957 r.).

Bombę podłożyli islamscy fundamentaliści, co jest faktem (w przypadku Beaty) tragicznie paradoksalnym, bo całe zawodowe życie pisała o islamie, znała się na nim jak mało kto w prasowej branży. W jej warszawskim mieszkaniu na półce stała figurka z Bali.

Beata ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, na początku stanu wojennego działała w opozycji - wydawała z przyjacielem podziemne pismo. W 1984 r. wyjechała do Francji. Pracowała tam w różnych zawodach, publikując jednocześnie w emigracyjnym miesięczniku "Kontakt". Po 1989 r. wróciła do Polski i zaczęła pracować jako dziennikarka w "Gazecie Wyborczej". Pisała reportaże o Polsce i o krajach islamskich. W 2000 r. opuściła "Wyborczą". Jako wolny strzelec publikowała reportaże m.in. w "Polityce" i "Przekroju". W 2001 r. wydała książkę "Mamuty i petardy. Czyli co naprawdę cudzoziemcy myślą o Polsce i Polakach". Po jej śmierci (2003 r.) wyszła powieść "Aniołek" i zbiór reportaży "Piekło jest gdzie indziej".
W marcu 2002 r. wyruszyła w samotną podróż po Azji. Po pół roku, przez Indie, Nepal, Tajlandię, Malezję dotarła na wyspę Bali.
Tyle mówią suche, encyklopedyczne fakty.

***
W Krakowie była malowniczą postacią Gołębnika (Instytut Filologii Polskiej UJ mieści się przy ulicy Gołębiej). Szybka jak kreska na ekranie komputera. Znana z tego, że wylatuje (nie wychodzi) z Gołębnika, parę kroków za nią biegnie jej ówczesny mąż, kudłaty Marek. Potem spotkałyśmy się w Bibliotece Jagiellońskiej, gdzie obie pracowałyśmy w stanie wojennym. Beata była magazynierką. W kartotece, w podziemiach (gdzie ja siedziałam) najpierw słychać było stukot metalowych kółek wózka na książki. I one stukały energicznie. Potem pojawiała się jasna grzywka, a potem cała postać. - O, Oświęcim przywiózł nam Prousta - mówił wtedy nasz wspólny kolega Krzyś C. Ze względu na wybitną szczupłość Beata miała ksywę Oświęcim. Pewnego dnia Beata zniknęła z biblioteki. Parę dni później dowiedzieliśmy się, dlaczego. Z przyjacielem założyła pismo podziemne, gdy przyszli po nią do biblioteki smutni panowie, ulotniła się.

***
Rok później. Jestem drugi dzień w Paryżu. Nie mam gdzie spać. W kieszeni mam karteczkę z adresem Beaty - avenue Hoche. Drapię się po wąskich, krętych schodach na VI piętro, Beata otwiera, jest trochę zdziwiona: Właź. To były jakieś 4 na 3 metry. Ściany pomalowane w niebiesko-brązowe pasy, ogromny tapczan, regał na książki, stolik, kuchenka dwupalnikowa, pod oknem kaloryfer. Ubikacja na korytarzu. Sąsiadem był Arab. Drzwi do jego pokoju były cały czas uchylone, on leżał bez przerwy na łóżku na brzuchu, wypinając do góry pośladki w atłasowych, pomarańczowych spodenkach. Na korytarzu unosił się zapach sezamowego oleju. Ze względu na szczupłość miejsca, ja wieczorami przeważnie leżałam na tapczanie, wertując emigracyjne pisma, Beata, pochylona nad stolikiem, wpisywała do zeszytu w zielono-czerwoną kratkę francuskie słówka (chodziła na kurs do Alliance Francaise, w tym czasie zarabiała na życie, opiekując się małym dzieckiem). Przy którymś piśmie nie wytrzymała, dmuchnęła kółeczko dymu (paliła mentolowe salemy):
- Jak ja nie znoszę takiego polskiego czepiania się siebie, życia w kupie, grzania się we własnym cieple. Przerzuciłam się na pismo katolickie. Spojrzała na mnie, kolejne kółeczko z dymu: - Więcej szkół i szpitali, mniej kościołów.

Beata, oprócz francuskiego, miała jeszcze jeden zeszyt, niebieski. Coś tam zapisywała. Pewnego dnia zeszyt leżał roz-łożony na stole. Zerknęłam tam. Były tam polskie zdania, pełne elegancji i precyzji, tego, co Francuzi nazywają "la rigueur" (rygor, dokładność). Ja już też miałam za sobą pierwsze próby literackie, chciałam więc te zdania zakryć, schować, najlepiej zalać zielonym atramentem. W przyszłości dopiero po czasie wybaczę Beacie jej reportaże, gdy pewnego dnia przekonam się, że światło z jej tekstu dotyka i mnie.

Na razie jest wieczór, Paryż, późna jesień, wino. Beata pokazuje mi okładkę "Time'a" z mapą Afryki i mówi o swoim marzeniu: być "grand reporter". Jeździ ołówkiem po mapie, raz zatrzymuje się na niebieskiej plamce morza, raz na żółtych górach, raz na czarnych kółeczkach miast. Zresztą, co tam Afryka, nawet parówki w niebieskim emaliowanym garnku gotowała z pasją poznawczą, skupieniem i furią.

***
Po śmierci Beaty w jej plecaku znaleziono niedokończoną drugą powieść.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie