Dlaczego chce Pani zostać prezydentem Wrocławia?
Bo już mam dość tej rozgrywki PiS-owsko-Platformersko-Dutkiewiczowej. Był taki moment, że chciałam powiedzieć: „dość, róbcie sobie co chcecie”. Później uznałam, że nie dam rady przejść obojętnie obok tego, co się dzieje we Wrocławiu. Miałam też sygnały, że nie ma na kogo głosować i wrocławianie zwyczajnie nie pójdą głosować, bo opcja wyboru między PIS, PO a Dutkiewiczem nie jest już opcją. W międzyczasie przestałam być członkiem klubu prezydenta. Po drodze pojawił się projekt OK Wrocław, który głośno postulował, że już czas na zmianę we Wrocławiu. Jednak pierwsi poparli prof. Alicję Chybicką, która była kandydatką PO. Taka hipokryzja była dla mnie nie do przyjęcia, więc się rozstałam z OKWrocław. Bezpartyjni natomiast już cztery lata temu proponowali mi start z ich list, ale wtedy nie czułam się na siłach. Dziś jestem gotowa.

Złośliwi twierdzą, że podpiera się Pani bezpartyjnością, ale cztery lata temu nie miała Pani problemu, żeby kandydować z listy Rafała Dutkiewicza i właśnie Platformy Obywatelskiej?
Dla mnie bezpartyjność to po prostu niezależność. To postawa, która nie dopuszcza takiej możliwości, że przychodzi partyjny lider i wymusza określone stanowisko. I tego mi w klubie Rafała Dutkiewicza brakowało, dlatego przestałam być prezydencką radną. Cztery lata temu Rafał Dutkiewicz oświadczył nam, że będziemy startować wspólnie z PO, nie było żadnej dyskusji z nami przed tą decyzją. Wtedy była podobna burza jak teraz, kiedy Rafał Dutkiewicz zdecydował się na koalicję z SLD. 4 lata temu zrzucona na czwarte miejsce na liście przez partyjne układanki postanowiłam udowodnić, że dostanę się do rady i tak też się stało.

Pani przeciwnicy wypominają, że nie należy Pani do najaktywniejszych radnych i przypominają, że w wielu ważnych głosowaniach nie brała Pani udziału.
Tu należy sprostować kilka rzeczy. Przez 8 lat pracy w radzie miejskiej byłam na około 85 proc. sesji. To nie jest jakaś nadzwyczajna nieobecność. Oczywiście nieobecność na ważnych sesjach, a taką dla prezydenta jest sesja absolutoryjna, zapada w pamięć. Nie mogę się zgodzić jednak z opinią, że jestem radną, która jest nieaktywna lub niewidoczna, bo gdyby tak było to nie rozmawiałybyśmy teraz, a od 2-3 lat media nie prosiłyby właśnie mnie o komentarz, a również mieszkańcy nie kontaktowaliby się ze mną, aby opowiedzieć o tym, co się dzieje w mieście. Oczywiście malkontenci będą zawsze, ale nie mam z tym problemu. Rozumiem, że to może być efekt stresu, jaki wywołała moja decyzja o starcie w wyborach na prezydenta Wrocławia.

Zaczynała Pani karierę samorządową startując pod szyldem Rafała Dukiewicza. Co się stało, że drogi Pani i prezydenta Wrocławia rozeszły się?
Umawiałam się z Rafałem Dutkiewiczem na merytoryczną pracę, na to, że najważniejsze jest to, aby dobrze działo się w mieście i jego mieszkańcom. Pod koniec pierwszej kadencji okazało się, że na klub przychodzi prezydent i mówi: „Tak ma być, bo tak”, i przestał mi się podobać ten poziom dyskusji. Wyszłam ze świata dziennikarskiego i zadawanie pytań do skutku mam we krwi. Nie pasuje mi odpowiedź: „nie, bo nie”. „Rozbiliśmy się” o wiele rzeczy, w wielu przypadkach głosowałam inaczej niż radni prezydenta. Przypomnę chociażby kwestie połączenia Partynic z MCS, po pół roku wyszło na to, że to ja miałam rację. Nie zgadzałam się także na utworzenie specjalnej strefy ekonomicznej na pl. Dominikańskim dla szwajcarskiego banku. Uważałam, że jest to po prostu nie fair. Kroplą, która przelała czarę była zmiana planu miejscowego dla budynku farmacji, która odbyła się w co najmniej niejasnych okolicznościach. Widocznie było za dużo było tych „przeciw” z mojej strony. Środowisko Rafała Dutkiewicza, które jest przyzwyczajone do innej formy odpowiadania na prośby prezydenta, nie było też zachwycone moją postawą. Wykorzystano kwestię nieobecności na sesji absolutoryjnej, żeby mnie usunąć z klubu.

Wielokrotnie krytykowała Pani działania wrocławskiego magistratu, co chciałaby Pani zmienić we Wrocławiu?
Zmienię na pewno sposób zarządzania miastem. „Mushroom managment” musi się skończyć. Wygląda też na to, że jesteśmy jednym z najdroższych w utrzymaniu miast, wydawanie miejskich pieniędzy pozostawia wiele do życzenia, a dodatkowo „zabetonowane” funkcjonowanie niektórych departamentów działa przeciwskutecznie. Fundamenty dobrego rządzenia to podstawa, bo jeżeli nie zmienimy sposobu zarządzania miastem, to nie będziemy mieć wpływu na to jaka komunikacja jest w mieście, jak szybko wymieniane są stare piece w mieszkaniach komunalnych. Mamy zabetonowany i mało elastyczny Wrocław, my to zmienimy.

W swoim programie wpisała Pani tramwaj dwusystemowy. Zaraz potem pojawiły się głosy miejskich aktywistów, że tego pomysłu nie da się zrealizować we Wrocławiu.
Ludzie już w kosmos latają, więc jak słyszę, że się nie da, to nie przyjmuje takiej argumentacji. Jak mówią, że w centrum Wrocławia nie da się np. zbudować parkingów podziemnych, to pokazuję, że w Berlinie się da. U nas jest wszystko na etapie „nie da się”, więc ja mówię: da się.

W takim razie, jak zlikwidować korki we Wrocławiu?
Trzeba zachęcić ludzi, żeby przesiedli się do komunikacji miejskiej, ale nie tylko o tym mówiąc, trzeba dać dobry przykład. Jestem fanką modelu skandynawskiego - jak zachęcasz ludzi, żeby przesiedli się do tramwaju, to sam porzuć auto służbowe i przerzuć się np. na rower lub tramwaj. Gdybyśmy mieli komunikację, która jest wygodna i sprawna, komunikację, która sprawi, że z zachodu na wschód miasta jesteśmy w stanie przejechać w ciągu 40 minut, to nie znam nikogo, kto nie skorzystałby z takiej oferty. Należy jednak pamiętać, że jest pewna grupa mieszkańców, np. przedsiębiorców, która nie przesiądzie się do komunikacji zbiorowej. Takie osoby mają do załatwienia kilkanaście spraw na mieście, w samochodzie mają ciężkie rzeczy lub dokumenty. Dlatego w programie postulujemy o powołanie – poza oficerem rowerzystów i pieszych – także oficera zmotoryzowanych. Nie zgadzam się na szykanowanie jakiejkolwiek grupy mieszkańców. Mieszkańcom zależy na tym, aby się jechało wygodnie i punktualnie, a dzisiaj to jest loteria, bo albo tramwaj wypada z torowiska, albo się spóźnia.

Jeżeli będzie Pani prezydentem Wrocławia ograniczy Pani liczbę aut służbowych i sama będzie jeździła tramwajem?
Na pewno ograniczę, do minimum. Sama będę jeździła albo swoim elektrycznym, ekologicznym i cichym samochodem, albo tramwajem, a służbowe auto nie będzie mnie ani moich współpracowników woziło do domu.

Jest Pani za ograniczaniem ruchu samochodowego w ścisłym centrum miasta, o czym się we Wrocławiu mówi od lat?
To musi być konsekwentne. Jeżeli jesteśmy miastem, któremu zależy na czystym powietrzu, to nie możemy robić wyjątku, np. takiego, że 25-30 letnie auta zabytkowe mogłyby wjeżdżać do tej strefy . To niekonsekwentne i doprowadza do tego, że są równi i równiejsi. Tak, jestem za tym, żeby ograniczyć ruch w centrum, ale nie jestem za tym, żeby centrum wyłączyć z ruchu w ogóle.

Jako radna optowała Pani za rozwiązaniem straży miejskiej we Wrocławiu. To najbardziej optymalne rozwiązanie?
Optymalnie byłoby, gdyby straż miejska wykonywała zadania, do których została powołana, czyli do utrzymywania szeroko pojętego porządku w mieście. Jeśli realia są takie, że w straży miejskiej nikt nie chce pracować, bo pensje są za niskie, a na wyposażenie, szkolenie i podnoszenie umiejętności gminy nie stać, to mamy atrapę, a nie straż miejską. Ostatnio byłam u znajomych, na południu Włoch. Tam „polizia locale” do pilnowania porządku w mieście to firmy do tego wynajęte przez gminy. Pracownicy tych firm mają odpowiednie pozwolenia i certyfikaty, są wyszkoleni i skuteczni. Miasto, niezadowolone z usług takiej firmy, może ją ukarać lub wybrać inną. My we Wrocławiu robimy odwrotnie, powielamy instytucje, dublujemy departamenty, spółki miejskie i kompetencje. Straż miejska w tej formie, w jakiej jest dzisiaj, nie służy nikomu.

Dlaczego należy sprzedać Śląsk Wrocław? Przeczytaj na następnej stronie